Życie na granicy prawa nie jest łatwe. Powie wam to każdy, kto choć raz zobaczył swoją podobiznę przybitą do słupa i opatrzoną wymownym napisem „WANTED”. Prywatna armia przemysłowców, inni samotni jeźdźcy, ludzie szeryfa, żądni krwi autochtoni – nieważne kto nas ściga; ważne, żeby nie dać się złapać. Jak się okazuje, równie nieistotne jest też w jakich okolicznościach uciekamy i dokąd. Uciekać można wszędzie tam, gdzie cywilizacja białego (zasadniczo) człowieka odkrywa nowe terytoria do zasiedlenia i zaprowadzenia wolnego rynku. Przełęcz na zachód od Missisipi, księżyc Jowisza, zupełnie nowy system gwiezdny – serio, whatever works. Konie można zastąpić statkami kosmicznymi, a epidemię ospy rojem Obcych pod batutą Ridleya Scotta.
Kurwy, wino i pianino
Właśnie seria „Obcy” była jedną z pierwszych dużych produkcji przemycających westernowe schematy fabularne do przemysłu filmów science fiction. Wielka korporacja, podstawiona w naszym schemacie pod zachłannego przedsiębiorcę, obok prowadzenia biznesu wydobywczego zajmuje się także branżą zbrojeniową. Stąd ich zainteresowanie biologicznym potencjałem Obcych i ewentualnymi korzyściami, jakie z niego płyną, oraz potrzeba przeprowadzania badań nad tą niebezpieczną formą życia za wszelką cenę, co stawiało bezpieczeństwo załóg kolejnych statków wysyłanych na granice zasięgu cywilizacji ludzkiej w dość niezręcznej sytuacji. Te granice to kolejna aktualizacja Dzikiego Zachodu – zamiast zachodniego brzegu Missisipi, poza który zapuszczali się pionierzy z zamiarem zasiedlania, mamy krańce Układu Słonecznego, a funkcję budowania miast na ziemiach Indian w XXI wieku i później spełnia terraforming, czyli kolonizowanie planet przez próby przystosowania warunków na nich panujących do życia ziemskiego.
Nowy Dziki Zachód zna instytucję saloonu i wszystko, co z nią związane. Kurwy, wino i pianino – niektóre rozrywki się nie starzeją. Nawet po sześciuset latach, bo tyle mniej więcej trwa różnica między starym a nowym Zachodem w świecie, w którym rozgrywa się akcja serialu „Firefly” Jossa Whedona (odpowiedzialnego m.in. za „Buffy”, trzeciego „Obcego” i nadchodzący przebój kinowy, „Avengers”). Whedon bardzo dosłownie wziął słowo „western” w nazwie gatunku „kosmiczny western” i mimo roku 2517 w jego produkcji możemy oglądać bohaterów biegających z rewolwerami, noszących kapelusze czy zaganiających krowy na rozmaitych terraformizowanych planetach. Oczywiście reszta technologii niosącej cywilizację (statki kosmiczne, bazy orbitalne) wygląda już zgodnie z biegiem czasu. Jak w każdej westernowej opowieści jest też miejsce dla „czynnika obcego” – są zombie latający na opuszczonych promach. Najważniejsze w „Firefly” to drużyna głównych bohaterów: rewolwerowiec ciągnący za sobą traumatyczną przeszłość luźno związaną z wojną domową, mięśniak, kobieta z pistoletem, urocza prostytutka, znający się na broni palnej pastor czy dziewczyna-mechanik pokładowy – jeśli szukacie typologii postaciwesternowych poza klasycznym westernem, dalej już nie musicie. Kapitan Mal Reynolds, owiewający swoją przeszłość sporą dozą tajemnicy, omijający obszary bezpośredniego wpływu rządowej jurysdykcji, opierający się wpływom powracającej co kilka odcinków uwodzicielki w opałach z własnym interesem (w tej roli jakże adekwatna Christina Hendricks), weteran walk ludzi z innymi ludźmi o niepodległość (w zaktualizowanej wojnie Północ-Południe), gdyby nie detale zaaranżowane przez Whedona, byłby chodzącym stereotypem. Podobnie jak cała wesoła załoga statku Serenity.
Etos łowcy nagród
Wojna domowa jako tło dla przeszłości i teraźniejszości kluczowych postaci prowadzi nas wprost do uniwersum „Starcrafta”, kultowej w pewnych kręgach (sport narodowy w Korei Południowej) komputerowej strategii czasu rzeczywistego. Tam też chodzi o surowce, Obcych i kobiety. Pierwsze się wydobywa, drugim zsyła pociski na głowy, a z trzecimi relacje są jak zwykle najbardziej skomplikowane. „Starcraft” ma zarówno swojego Kapitana Reynoldsa, w osobie protagonisty serii, Jima Raynora, jak i swoją Ellen Ripley z „Obcego”, tu ucieleśnioną w postaci Sary Kerrigan. Raynor to dowódca, strzelec i weteran; Sarah z kolei kończy pochłonięta przez rój istot zwanych zergami, czyli starcraftowy ekwiwalent Obcych, a jej los zależy w dużej mierze od Jima. Nie byłoby jednak ze „Starcrafta” prawdziwego space westernu, gdyby nie otoczka: kantyna w stylu „Gwiezdnych Wojen”, etos rewolwerowca, akordy banjo.
Tak, „Gwiezdne Wojny” też. Łowca nagród Boba Fett? Western. Rezolutny szmugler Han Solo? Western. Kantyny? Western. Zainteresowani etosem łowcy nagród mogą wycelować torrenty w kierunku znanego serialu anime, „Cowboy Bebop”, który eksploruje temat do samego dna, podobnie jak inna japońska produkcja, „Trigun”, oferująca intrygująco przerysowane podejście do zagadnienia nagrody za głowę.
Nie samym strzelaniem żyje jednak badacz kultury kowbojskiej. Aksjologia Zachodu rozwijała się skokowo w klasycznych westernach, co dotarło i do kosmicznych odmian. Po pierwsze, tolerancja. Goszczący na ekranach naszych kin film „Kowboje i obcy”, choć nie jest space westernem sensu stricto, a raczej westernem sci-fi (czyli fantastyka dzieje się na tradycyjnym Zachodzie), proponuje rozczulający obrazek połączenia sił białych i czerwonoskórych przeciwko wspólnemu zagrożeniu: inwazji Obcych. Lekcja dla polityków: wystarczą lasery i potwory, żeby rasowe uprzedzenia zostały w domu. Po drugie, równouprawnienie. Z czasem kobiety zaczęły się pojawiać na ekranie jako postaci mające aktywny wpływ na przebieg akcji. Anonimowe kurtyzany czy upchnięte za ścianą kuchennej pary i bandaży do opatrzania ran chodzące trofea, to już od dawna przeszłość. Dziś każdy może strzelać, a niektóre panie robią to najlepiej jak się da, po prostu bezbłędnie. Nurt feministyczny nie obyłby się nie tylko bez skupiającej na sobie fabułę kilku sporych produkcji Sigourney Weaver w roli Ripley, ale i bez scenariuszy Jossa Whedona – ciężko o płynniejsze traktowanie obu płci niż to, jaką rolę spełniają kobiety w „Firefly”.
Można pozbyć się uprzedzeń rasowych, można rozmazać różnice płciowe – rudymentarny kapitalizm w postaci kopalni złota i ciągłego rozwoju terytorialnego pozostanie nietknięty. Pogranicze zawsze musi stanąć w ogniu, nawet jeśli będzie to ogień z działa protonowego wielkości Ursynowa.
























