W obliczu japońskiego kina seksploatacyjnego,
westernów ze wschodu czy filmów Jacka Smitha, twórczość amerykańskiego Pythona
wydaje się polskiemu widzowi po prostu znajoma – co nie oznacza, że nie
będzie on chętny odkryć na nowo wspaniałego „Brazil”, „12 Małp” albo „Las
Vegas Parano”. Gilliam zjawi się we Wrocławiu osobiście, lecz istnieje obawa,
że jego obecność zostanie przyćmiona rzeczonym repertuarem, wszak trudno
będzie odmówić sobie seansów z pinku eiga – filmamiw pewien socjologiczny
sposób symptomatycznymi dla kultury Kraju Kwitnącej Wiśni. Nurt ten znakomicie
opisuje japońską seksualność z jej cenzurą (np. nie wolno na ekranie pokazywać
genitaliów) i jednoczesną perwersyjnością, fetyszem. Obowiązkowo trzeba
zapoznać się z obrazami bodaj najbardziej kultowego z autorów pinku – Koji
Wakematsu.
Obawiam się nieco odbioru pinku przez
nowohoryzontową publiczność z uwagi na hermetyczny profil festiwalu – dzieła z
peryferiów kina, nierzadko z filmowego rynsztoka, zawsze puszczane były mimochodem,
gdzieś z boku, np. w specjalnych blokach typu „Nocne Szaleństwo”, gdzie Kenji
Misumiczy Dario Argento traktowani byli bez należytegozrozumienia specyficznych
kontekstów kulturowych. Być może zmieni się to nieco w tym roku dzięki filmom
o północy, „Midnight Movies”, które wybrał i zapowie Michał Oleszczyk. Mnie w
szczególności cieszy, iż „Noc żywych trupów” zostanie wyświetlona na dużym
ekranie obok filmów Lyncha czy Watersa, bowiem ów horror w Polsce nie doczekał
się chyba nigdy wcześniej podobnej nobilitacji. Zresztą grozy nie zabraknie także
i w innych sekcjach. Wystarczy wspomnieć chociażby o panoramie kina
norweskiego, w ramach której pokazane zostaną filmy „Zombie SS” i „Łowca
trolli” – znakomite obrazy łączące bez zbytniej pretensji i ostentacji horror z
humorem. Będzie też próbka skandynawskiego kina śmieciowego w postaci „Komandor
Treholt i grupa specjalna Ninja”, pozycji nawiązującej do amerykańskiego filmu
akcji i bijatyk z Hong-Kongu.
„Czerwone westerny”, czyli filmy o kowbojach i
traperach wyprodukowane w państwach bloku wschodniego, to kolejny obowiązkowy
punkt programu znakomicie obrazujący wpływ amerykańskiej kultury filmowej na
kinematografie wschodnie, innymi słowy – co kraj, to western. Kręcili wszyscy:
Bułgarzy, Rumuni, Rosjanie, Czesi i Słowacy. Mimo że sama idea komunistycznego
Dzikiego Wschodu może brzmieć odstraszająco dla widzów przyzwyczajonych do
rewolwerowych pojedynków puszczanych w niedzielne popołud-nie w telewizji,
warto zapoznać się z prawdziwymi arcydziełami, jak choćby „Według prawa” Lwa
Kuleszowa. W tym zacnym gronie Polskę reprezentuje „Prawo i pięść” Hoffmana i
Skórzewskiego z rolą Gustawa Holoubka jako prawdziwego badassa, byłego więźnia
obozu koncentracyjnego (rzecz dzieje się zaraz po drugiej wojnie).
Co jeszcze? Z pewnością Jack Smith – autor u nas praktycznie nieznany,a szkoda. Waters i Zorn nie mogą się mylić, określając go symbolem sztuki undergroundowej i nowym Warholem. Smith to czysty queer, camp i awangarda, a jego „Płonące istoty” to totalny must-see, będący esencją kina amerykańskiego mistrza performance’u. Będą też oczywiście, jak co roku, sekcje konkursowe i panorama kina światowego, czyli pojawi się szansa zobaczenia filmów pokazywanych na międzynarodowych festiwalach oraz nadrobienia wstydliwych zaległości (gdyby ktoś jeszcze nie widział np. wspaniałego, halucynacyjnego „Wkraczając w pustkę” Gaspara Noé).A moim osobistym faworytem jest „Michael” – austriacki film o pedofilu, który w piwnicy swojego domu więzi małego chłopca. Kino niepokojące,ale pozbawione perfidnej sensacyjności.
Bez czołobitności wobec Nowych Horyzontów przyznać muszę, że program prezentuje się okazale, choć dla bywalców festiwali w Berlinie, Wenecji czy Karlovych Varach będzie to powtórka z rozrywki. Lecz z drugiej strony, gdzie indziej w jednym miejscu można zobaczyć filmy Breien, Dumonta,Kim Ki-duka? Na ostatnie dziesięć dni lipca Wrocław is the place to be.




















Nie ma jeszcze żadnych komentarzy...