Dziwny był, do eksżony mówił siostro i zgłębiał europejskie ruchy artystyczne. Ale minimalizm na granicy dewiacji przysłużył się jego potędze. White nie dał się prawu sezonowych uniesień - przetrwał, wyrastając na instytucję amerykańskiej sceny. Lubi trzy kolory, ale sam doskonale sprawdza się w tandemach. Z Meg White - w swoich flagowych The White Stripes, z Brendanem Bensonem - w spontanicznie powołanych kilka lat temu The Racounters. Tyle że obie ze wspomnianych grup
zapędził wreszcie w formalne eksperymenty wyznaczane radykalną
filozofią rejestracji dźwięku. I trzeba było nowych par, by przypomniał sobie, jak pisać dobre piosenki. Po prostu piosenki. W duecie z Alicią Keys nagrał Bondowskie "Another Way to Die", z Alison "VV" Mosshart założył The Dead Weather. No właśnie.
Alison Mosshart. Niekoronowana królowa garażowego revivalu, jedna z dwóch najważniejszych dziewczyn nowego rock and rolla (druga: wiadomo, Karen O), ta bardziej neurotyczna połówka The Kills. Kolega z zespołu prowadza się po salonach z niegrzeczną modelką, nic dziwnego, że ona poszła z innym.
White nie mógł trafić na bardziej wyrazistą partnerkę, Mosshart wreszcie spotkała kogoś, kto wie, że przed pierwszą płytą Velvet Underground też była muzyka. Mocne połączenie gardeł i głów, konceptualna konsekwencja, brną razem w ascetyczne blues punki, kurczowo trzymają się tradycji i retoryki starych bardów. I hałasują na potęgę,
a surowość brzmienia bywa fizycznie nieprzyswajalna. Głośno, duszno i boli. Jest dobrze.





















Nie ma jeszcze żadnych komentarzy...