Recykling,
odniesienia, hołdy, inspiracje. Zestaw naturalny. Co nie wychodzi na
zdrowie temu wydawnictwu to jego po primo próba juvelenowej
sensualności, co w połączeniu z rodzimym spleenem wypada ani tak ani
tak. Po drugie primo ultimo – wokal. Umówmy się, 90% genialności ich
zeszłorocznego epiku to świetne poprowadzenie partii instrumentalnych i
wokal zepchnięty do roli przeszkadzajki (heh heh). Tutaj wszystko z
radiową poprawnością spycha podkłady (nie rewelacyjne tak czy siak,
niestety) w tył i daje pohasać dąsającemu się głosowi wypchniętemu na
samotny przód – to nucenie, słodki jezu. Poza tym, brakuje energii i
spontanu. To nie są jakieś złe piosenki, tylko brzmią jakby zespół był
na scenie od 15 lat i mógł sobie wypuścić taki nieśpieszny singielek do
analizy dla złaknionych fanów. A to nie zachodzi tutaj przecież, o ile
wiem. Poza tym, brzmienie momentami trąci komunijnym kibordem Casio
(pianino). Najlepiej wypada instrumentalny środek bisajdu –
przechodzący od post-prince’a do Cut Cupy. To za mało jednak by
wykrzesać ze mnie entuzjazm do tych dwóch ślamazarnych, niezbyt
melodyjnych kawałków, których zmorą będzie słowo „przyzwoite”. Jako
przedsmak płyty wypada więc dosyć blado. Ale cóż. Louden Up Now jakąś rewelacją też nie było.
Kamp!, “Heats”
Ocena: 3+/6




















