Płyta idealnie wręcz nieistotna. Miejscami przypomina Of Montreal, miejscami skręca w stronę mocno lansowanego chillwave’u. „Cogratulations” to dziwaczna podróż przez muzyczne style i dekady – znajdziemy tu Beatlesów z czasu ich psychodelicznych odjazdów, bezpośrednie odniesienia do ikon elektroniki („Brian Eno”) czy dzisiejszej popkultury („Lady Dada’s Nightmare”). Każdy zresztą usłyszy, co będzie chciał – to siła tego albumu. Słucha się go niezmiernie łatwo, choć nie chwyta jak „Oracular Spectacular”, który urósł do rozmiarów płyty symbolizującej nastroje końca dekady. Ale MGMT pokazali tu, że nie są (nie chcą być?) maszynką do robienia przebojów. Najlepiej wyzbyć się złudzeń, że są czymś więcej niż podćpanymi, zepsutymi chłopakami z Brooklynu, którzy niechcący urośli do rangi współczesnego wyznacznika fajności. „Congratulations” prosi – wyluzuj! Zamiast się rzucać, cofnij się do tego, w czym jesteś dobry i co lubisz. W ich przypadku – do muzyki, która nie musi poruszać tłumów napalonych nastolatków, ale wciąż ma
w sobie coś idealnie niezobowiązującego.
w sobie coś idealnie niezobowiązującego.
MGMT
„Congratulations”
Sony
7/10





















Nie ma jeszcze żadnych komentarzy...