A ona nie chce już śpiewać piosenek w duchu: "hejka, jest imprezka, chodźmy do klubu" - w każdym razie, nie tylko w takim. Płytę rozpczyna zatem od zupełnie serio narzekań na swój alkoholizm i narkotyki, przechodzi jednak do ironicznych utyskiwań nad złem całego świata, które skupiło się właśnie na niej. Jest mało poważnie, ale za to tanecznie i z udawaniem robota. W trzecim numerze - za sprawą tytułu, energii i rzewnego podejścia do miłosnych zawodów przypominającego świetne "Be Mine" - taneczność sięga apogeum. Potem stopniowo opada, nawet mimo gościnnego wtrętu Royksöpp i dubstepowych podkładów. O dziwo - to dobrze, bo wyśpiewany w jej ojczystym języku utwór zamykający płytę stanowi jeden z najmocniejszych i najbardziej emocjonujących momentów w twórczości Robyn. Jeśli w tę stronę pójdzie na kolejnych częściach trylogii "Body Talk", wtedy będzie górą.
6/10




















