The Drums właśnie sprostali apetytom, które podkręcił wydany późnym latem 2009 minialbum „Summertime!”. Pełnometrażowy debiut wypuszczają już w ramach kontraktu z dużą wytwórnią, ale to jedynie formalny awans, który w żaden sposób nie odbił się na merytoryce. Konsekwencja (nawet jeśli wykalkulowana z sukcesów „Summertime!”) w wybranej estetyce to tylko jeden z atutów. Drums są z tej szkoły, w której songwriting jest największą z wartości. Bardzo słusznie. Już dawno nie było debiutanta, który pisałby tak uzależniające piosenki pod retro potańcówki i randki w plenerze. Romantyczne refreny, niedostępne dziewczyny, wrażliwi chłopcy, „przykrótkie sny nie w porę, zbyt lekko się ubiorę”, takie historie. Tu się krzyżuje niewinność pierwszych rock and rolli z beztroską surf popu i sentymentalną melodyką The Smiths. Naturalnie i bez pretensji, bo oni zaczesują grzywki do tyłu wcale nie dlatego, że tak kazał jakiś modowy magazyn. Och, bynajmniej. Jedyny niedosyt prowokuje fakt, że „The Drums” to nie jest materiał w stu procentach premierowy. Powtórzyli parę kawałków z „Summertime!”, dograli parę spośród tych, którę od kilku dobrych miesięcy krążą w najlepsze po różnych youtubach i ten złoty skład uzupełnili rzeczami zupełnie nowymi. Ale w sumie z drugiej strony – takiego „Let’s Go Surfing” nigdy dość. Chcę z nimi na wakacje!
9/10





















Nie ma jeszcze żadnych komentarzy...