I to prawda. Pilarski jest chyba
najlepszym polskim standuperem albostandupistą – sam się zastanawia, gdy
musi coś wpisać w rubryce „zawód”. A może, po prostu, nazwijmy go po
polsku: powstańcem? Sama idea stand up comedy, czyli zabawnych występów
na żywo w formie monologu, wywodzi się z zadymionych amerykańskich
barów. Tam nierzadko na scenie komicy wywoływali skandale, nabijając się
z prezydentów, religii, czy rzucając inne niewybredne i bardzo
niepoprawne politycznie żarty. Przekraczanie granic dobrego smaku to
także jeden z wyróżników tego gatunku, chociaż moim zdaniem o wiele
zabawniejsze, a zarazem trudniejsze jest balansowanie na owej granicy:
jedną nogą w eleganckiej restauracji, drugą w ubikacji. W Polsce jest to
zjawisko stosunkowo nowe, stąd brak jeszcze dobrego słowa, które
zastąpiłoby angielski „stand up”. Od niedawna występy można śledzić w
kilku programach telewizyjnych, a przede wszystkim na żywo, w różnych
barach o dziwnych nazwach, które pragną uchodzić na bardzo offowe.
Najważniejsze w tym zawodzie są osobowość oraz poczucie humoru. I tu
właśnie widać ogromną przewagę Pilarskiego nad innymi podobnymi
artystami. Bo stand up nie polega na zakładaniu głupio wyglądającej
czapki, przyklejaniu sobie klaunowego nosa czy parodiowaniu innych.
Najważniejsze, aby być na scenie sobą i w ten sposób wywoływać śmiech u
publiczności. Tego nie da się udawać, a widzowie szybko odrzucają
wszelkie przejawy sztuczności. Ja miałem szczęście mieszkać z Przemkiem
przez kilka lat i na co dzień, zupełnie nieświadomie, rozśmieszał mnie
do łez. Inteligencja, dowcip, świadomość własnych braków, a także
dystans do wszystkiego sprawiają, że Pilarski ma idealne warunki do
występowania na scenie. I nawet fakt, że słabo wymawia „r”, potrafi
zamienić w swój atut, wciąż pamiętając o dyplomie wiszącym nad łóżkiem, w
którym pani logopedka zaświadczała, że Przemysław Pilarski zawsze i
wszędzie potrafi ładnie wymawiać wszystkie nasze zgłoski. Nie zawsze, oj
nie zawsze, szczególnie jak się najebie.
Jakie są jego żarty? Wyobraźcie sobie, że zabawne – co nie jest wcale takie oczywiste. Kiedy miałem trzy lata, słowa „kupa” lub „siki” wywoływały we mnie salwy śmiechu. Dziś mam trochę więcej lat i wymagam rozrywki bardziej wysublimowanej, abstrakcyjnej, mniej dosłownej. Nie bawiło mnie udawanie seksu oralnego w wykonaniu feministki, co miałem wątpliwą przyjemność obejrzeć u innych artystów. Pragnę tego balansowania, tego spaceru po ostrzu absurdu. Przemek jest królem takiego dowcipu. Przytoczę kilka przykładów: „Znacie to uczucie, kiedy coś wam nie chce przejść przez gardło, chociaż samo ciśnie się na usta?”, „Komentujący w internecie są jak pasożyty przewodu pokarmowego – z byle gówna potrafią zrobić aferę”. Kiedy obejrzało się Pilarskiego, nie chce się oglądać nikogo innego. Opisując pierwszego pornola, który obejrzał w życiu, a który zdarzył się być gejowsko-futbolowy, mówi: „Wyobrażacie sobie dwadzieścia dwie cioty biegające po boisku? To jakby Polska grała z Polską”. Chociaż teksty przygotowuje sobie zawczasu, na scenie jest niesamowicie naturalny i zręcznie reaguje na zachowanie publiczności. Poza sceną jest zresztą taki sam jak w świetle jupiterów – nosi takie same marynareczki i lansiarski obuw, gada głupoty do ekspedientek i czasem aż dziw bierze, że taka gwiazda, a też kupuje ćwierć kilo salcesonu jak my wszyscy. Choć zdradzę w tajemnicy, że „Sekretem Mnicha” też nie pogardzi. A gdzie można obejrzeć jego stan dupy? Na www.standuppolska.com, w serwisie YouTube albo na prześwietleniu u urologa w państwowej przychodni. Szukajcie też na Fejsie.




















