Późne popołudnie w środku Polski. Kończy się pierwsza kadencja prezydenta Kwaśniewskiego. Jan Paweł II żyje w najlepsze i śmiga po świecie z przesłaniem „żadnych kondomów”. Bracia Kaczyńscy ładują polityczne akumulatory na następną dekadę. Bronisław Komorowski jest znacznie chudszy niż dziś, a „Krytyka Polityczna” nie wie, że powstanie za trzy lata. Tak, nikt nie wie, co to jest „Mam talent”, e-reader, iPad, a nawet iPhone.
Wieże World Trade Center jeszcze stoją. Bin Laden zapuszcza brodę, której rośnięcie skończy się definitywnie za dwanaście lat, kiedy jej właściciel zostanie zastrzelony w ataku amerykańskich sił specjalnych. W Niemczech płaci się markami, a we Włoszech lirami. Nie ma podatku Belki, nie ma Świątyni Opatrzności. Jest tak sobie, choć nieźle, czyli w sam raz. No, ale wracamy do początku. Nie było wtedy Google Maps, więc uściślijmy: to Łódź, ulica Piotrkowska. Wszędzie ludzie. Młodzi, nieco starsi, starzy, a nawet bardzo starzy. Co jest grane? To kolejna, inspirowana berlińską Love Parade jej słowiańska odsłona o solidarnościowej nazwie – Parada Wolności. Socjolog, chcący podsumować błyskotliwym paradoksem à la Oscar Wilde obecny tu przekrój społeczny, miałby niezły orzech do zgryzienia, który zapewne połamałby mu mądralińskie zęby. Nie pasowali do siebie, a jednak pasowali do siebie, ci wszyscy kontrastowi partycypanci. Faceci we flanelowych koszulach, wieśniacko jaskrawych dżinsach za 39 PLN 17 września roku hardcore’owego ’99. Sobota.
Słońce, zmęczone całodziennym promieniowaniem, powoli zapada w kimę. nie ma co się dziwić, od miliardów lat zmęczone jest patrzeniem na naszą nudną planetę. zaraz, zaraz... Właśnie dzieje się coś ciekawego. Słońce opóźnia więc swój sen. Jest jasno zaintrygowane pewnym niezwykłym wydarzaniem.
Parada minionej wolności z hipermarketowej promocji, w grzywkach na lizusa lub ogoleni na dresa. Panny z końskimi ogonami w stylu przedwojennej dojarki krów. Niektórzy, zazwyczaj płci męskiej, przebrani w transwestyckie, skrzące lubieżnymi hormonami ciuszki. Puchate, zielone czy pomarańczowe boa podduszające naprężone koksem szyje. Niebosiężne koturny, obcisłe podkoszulki sięgające pępka, wielu w maskach gazowych lub chirurgicznych. Odjechana maskarada. A pośród tego nieziemskie dziewczęta z odkrytymi, push-upowymi stanikami, z których wylewają się konkretne rozmiary. Jedni przypudrowani, drudzy zmejkapowani i seksualnie uwydatnieni w każdym szczególe. Teraz zoom na didaskalia, które dosłownie rozjeżdżają Piotrkowską. Główne celebrytki tego dnia – ciężarówki z platformami. Kto je prowadzi? Technoszatany? Nie wiadomo. Na platformach znów ludzie. Jedni pełnią rolę rave-fordanserek, drudzy pichcą muzę na miejscu. Didżeje przy konsoletach i, z perspektywy A.D. 2011, oldskulowych komputerach. Głośniki jeden przy drugim niczym mury twierdzy Kamieniec Podolski. Grzmią muzyką. Coraz szybszą. Bum, bum, bum. Rytmy podkręcone, przyjemnie transowe. Nie dyskotekowe czy w stylu disco polo, kiedy jesteś szalona, lecz takie, których unikają mainstreamowe rozgłośnie radiowe czy stacje telewizyjne – nawet teraz, w czasach streamingu, Lady Gagi i którejś tam rocznicy śmierci Michaela Jacksona.
Nikt nie nagrywał Parady na smartfona, nie uploadował jej potem na YouTube’a czy Wrzutę, ba, nikt nie miał stałego dostępu do sieci z racji jego braku. Za to chyba każdy trząsł sobą, ile się dało. W tym i ja, lepiący ze śniegu w nosie szalonego bałwana w swojej głowie. Przy ciężarówce, na której grał kolektyw Polish Hardcore Mailorder. W kilkugodzinnej drodze do hali sportowej, gdzie potem do rana w potopie podkładów i wokaliz dopełni się Parada. Dekadencja i hedonizm. Trochę wina i kokaina. Świetne laski. Fajni kolesie. Było gejowsko. A to znaczy, że luzacko; to taki niemrawy, choć pełen autentyzmu synonim. Techno z natury jest trans. Nie przejmuje się ramami. Jest obrazem, który anektuje również ściany. Dla stonowanych osobowości to „jeb-jeb-jeb”. Dla zaangażowanych – bicie serca. Ból. Radość. Ekstaza. Czasem ecstasy.
Co z tego zostało? Ano niewiele. Narkomobilizatory wypchane przez dopalacze. Choć od niedawna zbanowane w naszym kraju, to już zastępowane przez te na nielegalu. No i święta polska wóda, której nikt się nie ośmieli zakazać.Ponętne panny z Parady niańczą dziś dzieci, kupują kremy przeciwzmarszczkowe, męcząc się monogamią i dotykiem brzuchatego męża. Na ich miejsce przychodzą nowe. Tylko gdzie? Może w legendarnym berlińskim klubie Berghein, który przygarnął sieroty po Love Parade. A u nas? Nie wiem. Czekam. Czy nadaremno? Podobno nadchodzi nowe, jeszcze bardziej radykalne. Jędrne, wściekłe, ultraszybkie, jumping style razy dwa. Aż strach się bawić. Można oberwać endorfiną. Czy podołam? Dołączę? Zacznę skakać i ekstazjować się ten ostatni raz? Chciałbym. Wpierw nagi lunch. Potem kolacja. I żadnych, naprawdę żadnych zakwasów.





















Nie ma jeszcze żadnych komentarzy...