Traf, przypadek, zrządzenie (albo zrzędzenie) losu lub podszept szefa wszystkich szefów wpłynął na poniższą propozycję, której inspiracją, podobnie jak w zeszłym numerze, było dzieło muzyczne. Jakoś dobrze wszystkim zrobił przepis na sos pomidorowy serwowany ostatnio, dość swobodnie oparty na pomyśle z teledysku „Revolution 909” duetu Daft Punk, więc oczywista, niczym oliwki do mozzarelli, wydała się dalsza eksploracja półki z adnotacją „elektronika”. Długo szukać w muzycznej spiżarce nie trzeba było, ot znów wskazaniem Zeusa czy raczej Mefista wybór padł na duet – tym razem z Królestwa Albionu. Rzecz o tyle prosta i łatwa w obróbce, że panowie dedykowali jedzeniu – fakt, że ciut wyszukanemu, choć zasadniej napisać: specyficznemu – cały swój album. Rzecz tyczy się Simian Mobile Disco. Na świeżutkiej, niczym bagietka z francuskiej braserie, długogrającej propozycji zatytułowanej „Delicacies” każdy utwór poświęcony jest innej potrawie, które rzekomo panowie kosztowali podczas swoich didżejskich podróży. Płytę otwiera singlowy „Aspic”. Toż to nic odkrywczego, staropolski auszpik, czyli wywar z żelatyną. Albo wersja dla bardziej cierpliwych – zawiesina powstała z gotowania świńskich nóg z warzywno-przyprawowym dodatkiem.
Nuda, następny kawałek. Dużo smakowiciej mieni się kompozycja „Casu Marzu”. Tytułowy produkt to ser owczy rodem z Sardynii. Cóż w nim niezwykłego? Ano celowo wzbogacany jest o larwy serowej muchy. Po rozkrojeniu śmierdzi potwornie, a ze środka wyskakują białe robaki. Co ciekawe, smak jest wyjątkowo ostry, a larwy nie zawsze trawione są w ludzkim żołądku i mogą rozmnażać się, uszkadzając przewód pokarmowy, co prowadzi do wymiotów i konkretnego sranka – tasty! Dalej głodni? To śmigamy na kolejną wyspę, tym razem na północy kontynentu. „Hákarl” to tradycyjna potrawa przygotowywana z rekina – gwoli ścisłości – z mięsa fermentującego rekina. Na świeżo nie do zjedzenia, bo rybka wyjątkowo bogata jest w kwas moczowy, ale po procesie zmiękczania i owszem. Avec recipe, rekina po złowieniu pozbawiamy wnętrzności, głowy i innych zbędnych półproduktów, potem obficie zlewamy wodą i zakopujemy w ziemi. Po kilku tygodniach wieszamy mięso o intensywnym smaku amoniaku w drewnianej komórce i suszymy kilka miesięcy. Et voilà, cała filozofia. Doskonałe jako zakąska do zimnej wódki. A jak ktoś lubi ekstremalne doznania i randki ze śmiercią, panowie z Simian Mobile Disco proponują na zakończenie płyty potrawę z „Fugu” – morskiej ryby z rodziny rozdymkowatych. Gdzie cała mecyja? Ano stworzenie to jest wyjątkowo toksyczne, z dumą nosi w sobie truciznę zwaną tetrodotoksyną, dlatego przygotowywać ją mogą jedynie licencjonowani kucharze, co nie oznacza, że przypadki zatruć się nie zdarzają. Człowiek bez farta i opieki najwyższego po spożyciu źle przyrządzonej ryby umiera zwykle w kilka godzin, co ciekawe, zostaje sparaliżowany, ma bezwładne członki, nie może mówić, często występują duszności, ale jest całkowicie świadomy i przytomny. Jak mawiają biegli w gotowaniu i ludowych mądrościach – jak pożegnać się z ziemskim padołem, to z gracją.
Ale, ale, czas na przepis. No to odpalamy utwór zatytułowany „Sweetbread”. Kto myśli, że o słodkie bułeczki idzie, ten myli się jak kuchcik solący przed zesmażeniem sztukę mięsa z wołu. Nasza potrawa to nic innego jak poczciwa grasica vel mleczko cielęce alias animelka, czyli coś, co podchodzi pod kategorię podrobów. Przysmak u nas niedoceniany, a szkoda, bo i delikatny, i niskokaloryczny. Do roboty! Potrzebujemy tak z pół kilograma grasicy, dwa ząbki czosnku, małą cebulę, kieliszek czerwonego wina, szklankę bulionu i ćwierć kostki masła. Na patelni rozpuszczamy połowę masła, szklimy posiekaną cebulę, dodajemy obraną z błon grasicę, lekko podsmażamy, dorzucamy czosnek i po chwili zalewamy winem (w ostateczności bulion można sobie darować, ale jak ktoś lubi, to może chlusnąć chwilę po winnym napitku). Po 264 sekundach dodajemy resztę masła i czekamy kilka minut, aż sos zgęstnieje. Wydajemy na talerz, posypując obficie natką pietruszki. Idealne z razowym pieczywem i szklanką jasnego piwa. Czy panowie z Simian Mobile Disco kosztowali wszystkich swoich kompozycyjnych potraw – śmiem wątpić, ale jeśli jednak, to trochę zazdroszczę, szczególnie sera z larwami i walącego moczem rekina.




















