Tak! Czekałam dwa miesiące, żeby jak zwykle wrzucić coś super-znanego.
Genialność ścieżki dźwiękowej do “Broken Flowers” to już zagadnienie na
tyle stare, że drzwi do ewentualnego wyważania nie tylko stoją otworem,
ale wręcz zmurszały, przejdźmy więc do konkretów – wersja karaoke,
idealna pod prysznic:
The Greenhornes feat. Holly Golightly – There Is an End
Można wskoczyć z tym na YouTube’a i poklikać po sugestiach, gdzie reszta genialnej muzyki, w tym Mulatu Astatke.
_________________________________________
Kilka lat temu, kiedy byłam jeszcze bardziej egzaltowana, a poza tym oglądałam całkiem sporo filmów, rozwalał mnie co drugi soundtrack. Pomijam teraz te naprawdę kultowe i zwierzę wam się ze swoich emo-momentów.
1. Numer jeden to dla mnie zagadka, trochę. Był taki mały filmik “Dandelion”, który pojawił się u nas na WFF jako “Dmuchawiec”, a rok temu ktoś litościwie wrzucił go na YT, klik. Z jakiegoś powodu wydaje mi się, że to tam w ścieżce dźwiękowej pojawił się “Sunflower” Low, ale zupełnie nic na to nie wskazuje. Pewnie mi się kwiatki pomyliły. W jakim filmie był “Sunflower”? Wiki podpowiada tylko nędzny serial dla młodzieży. Na pewno usłyszycie za to Cat Power kowerującą The Velvet Underground – “I Found a Reason“.
2. Dołował mnie też odpowiednio soundtrack do “Kontrolerów”, nagrany przez węgierski zespół Neo. Właściwie w całości, ale jak się trąbka pojawiała, aaaaaa. Teraz umieram przy tym z nudów.
3. Wewnętrznego Wertera odnalazłam nawet przy Tarantino, zamęczając kolejny kower, tym razem “About Her“, czyli Zombiesowe “She’s Not There” w wersji Malcolma McLarena (znicz).
4. Oczywiście czułe struny pensjonarskiej duszy poszarpał odpowiednio Michael Andrews & Gary Jules i ich wersja “Mad World” w ścieżce dźwiękowej do filmu “Donnie Darko”. Swoja drogą dlaczego ten niby-sequel okazał się taką straszliwą kupą.
Soundtrackowych emo-momentów było jeszcze mnóstwo, ale chyba macie już obraz. Wszystkie powyższe były w moim przypadku dość mocno zgrane w czasie – co najlepsze, słuchałam wtedy sporo straszliwych hałasów, ale najwyraźniej jakoś mi się to dobrze komponowało.
Już poza kategorią wzruszeń, ale z niewielu filmów, które ostatnio oglądałam, niegłupim soundtrackiem mogą się pochwalić “Niezasłane łóżka”. Samego filmu nie oglądajcie, jest zupełnie o niczym, za to do smętów powyżej dołączyć mógłby ten kawałek:
Tindersticks – Cherry Blossoms





















Nie ma jeszcze żadnych komentarzy...