MAG. / FELIETONY
Moje HIRO, czyli komu mógłbym nogi myć i wodę pić
MOJE HIRO, CZYLI KOMU MÓGŁBYM NOGI MYĆ I WODĘ PIĆ
GRZMOCISZCZE
2010.08.11
„Ona to jest stare grzmociszcze!” – powiedziała niegdyś, podczas wigilijnej kolacji, jedna ciocia o drugiej. Stare, bo ma ponad 70 lat, a grzmociszcze, bo znalazła sobie nowego chłopa, kiedy jej mąż nieboszczyk jeszcze ciepły leżał. Kiedy to usłyszałem, o mało nie udławiłem się karpiem i zsunąłem się z kanapy. Leżąc pod stołem, doszedłem w końcu do siebie i do wniosku, że nie istnieje lepsze określenie dla mojej przyjaciółki Oli, będącej uosobieniem anioła, delikatności i czystości.

A Olę poznałem tak: pewnego dnia siedząc w pracy i co chwila sprawdzając, czy ktoś wpisał mi się do księgi gości lub skomentował coś na blogu, postanowiłem też sprawdzić, czy może dostałem jakiegoś maila. Jakież było moje zdziwienie, gdy przeczytałem wiadomość od jakiejś 18-letniej dziewuszki, która napisała do mnie, by zapytać, czy nie chciałbym poudawać jej chłopaka na imprezie, bo nie ma z kim iść, a z bloga wydaję jej się fajny. Oczywiście, że się zgodziłem, nie pamiętam już, co to była za impreza, za to z ową dziewuszką, która okazała się być Olą, przyjaźnię się do dziś.

Kiedy jeszcze mieszkałem w Warszawie, na Brackiej, przyjaźń wyglądała na przykład tak: wyglądam sobie przez okno, z mojego idealnego punktu obserwacyjnego obejmującego najważniejsze miejsca strategiczne lansu i bywania, gdy dostaję esemesa od Oli: „Między za 10 min?”, i już po chwili siedzimy razem przy stoliku w Między Nami, rozmawiamy o wszystkim, bo od wczoraj wszystko się już zmieniło i kończę po Oli makaron z łososiem. Zawsze warto chodzić z Olą na jedzenie, bo Ola jest malutka, a porcje wielkie, więc można się razem z nią najeść, i to za darmo, co w dzisiejszych czasach nieczęsto się zdarza. Albo przechodzę obok Między i widzę jej mamę z jakimś przystojniakiem przy stoliku, piszę więc szybko esa: „Twoja mama z jakimś przystojniakiem w Między!!!”, Ola biegnie z drugiego końca miasta sprawdzić, kto to, dobiega i odpowiada: „Przecież to mój tata”. Pewnego dnia wybraliśmy się razem do Norwegii, ja do moich znajomych, których poznałem sto lat temu na ulicy w Warszawie, kiedy przylecieli tu wziąć ślub („Weźmy ślub za granicą! Ale gdzie? Może w Warszawie? Świetny pomysł!”) i nie znali nikogo i postanowili właśnie mnie zaczepić i się zapoznać, a Ola do mojej norweskiej wersji, tylko, muszę niestety przyznać, niewyobrażalnie lepszej. I pomimo że na lotnisku w Oslo Ola wsiadła do porsche, a ja do starego saaba i zobaczyliśmy się dopiero po kilku dniach, oficjalna wersja dla rodziców brzmiała, że będę się nią cały czas opiekował. Czasami trzeba kłamać w imię przyjaźni. Dzięki temu można przejechać się porsche po raz pierwszy w życiu.

A Ola zawsze idealnie potrafiła zadbać o siebie sama, dobrze wie, czego chce i pomimo, że może nas zmylić niewinnymi wielkimi niebieskimi oczami i blond grzywką, realizuje swoje cele z determinacją prawdziwego zodiakalnego skorpiona. Bardzo mi tym imponuje. Kiedy się poznaliśmy, dopiero zaczynała rysować i teraz, patrząc na jej pierwsze prace, rozczulają one swoją nieporadnością. Zresztą większość moich ulubionych artystów zaczynała nieporadnie – Agata Nowicka, której prace zamieszcza teraz „New Yorker”, czy Bartek Arobal, którego najnowsze rysunki w niczym nie przypominają pierwszych bazgrołów.

Dzisiaj Ola rysuje dla najlepszych marek, współpracuje z międzynarodowymi artystami, a ostatnio portret jej autorstwa zamieścił na swoim profilu na Twitterze sam Jeremy Scott! Warto śledzić kariery naszych polskich artystów, bo naprawdę możemy być z nich dumni.

 

Nie ma jeszcze żadnych komentarzy...

Imię
Email
Komentarz


Wpisz litery, które widzisz na obrazku powyżej.
Pojawiają się tylko litery od A do Z.
Wielkość znaków jest nieistotna.