MAGAZYN / FILM
Julien Temple
JULIEN TEMPLE
DOKUMENTALISTA PUNK ROCKA
Tekst: Filip Sarniak & Artur Pleskot    
2009.11.06
Julien Temple dziś jest już legendą, która współtworzyła inną legendę. Jest twórcą filmów dokumentalnych o Sex Pistols, z których zasłynął, ale i one same przyczyniły się też w pewnym stopniu do legendy tego zespołu. Jest też określany mianem „ojca kultury trzyminutowej”, był on bowiem jednym z pierwszych twórców nowoczesnych wideoklipów, tworzył dla wszystkich od The Rolling Stones po Whitney Houston. Na koncie ma mnóstwo dokumentalnych filmów muzycznych.

Jednym z jego pierwszych filmów był „The Greate Rock And Roll Swindle”, który według legendy jest filmem stworzonym na zlecenie Malcolma McLarena, managera i współtwórcy Sex Pistols. Wyśmiewał on zespół i wskazywał na McLarena jako jedynego twórcę zespołu i całego ruchu punk, a muzyków ukazywał jako pionki w grze słynnego managera. Następny film o tym zespole „The Filth And The Fury” był już dokumentem nakręconym z perspektywy muzyków. Oprócz tych najgłośniejszych filmów Temple nakręcił też „Stones At The Max”, „Glastonbury” czy „Joe Strummer: The Future Is Unwritten”. Teraz nakręcił kolejny film o Sex Pistols: „There'll Always Be An England”, dokumentujący powrót zespołu na scenę po prawie trzydziestu latach.

Czy nowy film o Sex Pistols tworzył pan w kontekście legendy zespołu? Czy w ogóle podejmował pan tę kwestię?

Tak było w pewnym sensie. Oczywiście film ten powstał, bo po prostu zostałem o to poproszony. Ale zabierając się za niego, zastanawiałem się nad tym powrotem i samym jego pomysłem oraz chciałem to pokazać z punktu widzenia samych członków zespołu. Zwłaszcza że oni są pod tym względem bardzo szczerzy. Otwarcie mówią, że robią to dla pieniędzy, mówią „jesteśmy starzy, grubi, nie jesteśmy niezależni”. Chciałem to pokazać w takim ujęciu komiksowym, karykaturalnym. Co prawda jest to tylko i wyłącznie zapis jednego koncertu. Filmowałem, będąc też pod wpływem Scorsese i jego filmu „Shine a Light” pokazującego jeden koncert The Rolling Stones. Skupiłem się więc na kontakcie zespołu z publicznością w kontekście zetknięcia mitu Sex Pistols z młodą publicznością. Właśnie to było naprawdę fascynujące. Była tam masa ludzi, którzy gdyby to były lata siedemdziesiąte, nigdy by nie przyszło na taki koncert – rodziny, dzieci, ich dziadkowie, ludzie z zagranicy, z Pakistanu, Afryki itd. W pewnym sensie, w perspektywie epoki początków zespołu, to była komiczna sytuacja.

Czy uważa pan, że ta nowa publiczność przychodzi tylko, żeby zobaczyć cyrk, widowisko? Czy ktokolwiek może jeszcze wierzyć w to, o czym Sex Pistols śpiewa: anarchia, punkowa rewolta?

Uważam, że to dość ciekawa mieszanka sytuacji. Z jednej strony jest to wydarzenie historyczne, publiczność jest tu niczym turyści oglądający pałac Buckingham. Ale jednak te słowa, które śpiewają wspólnie z zespołem nie są puste. To nie „Every Breathe I Take”, piosenki o miłości. Te słowa są dla nich, dla publiczności, nadal bardzo ważne. Trzeba zwrócić uwagę na publiczność. To nie jest takie zwykłe wspólne śpiewanie piosenki. Ci ludzie to przeżywają, utożsamiają się z tymi słowami.

Artur Pleskot: Ta sytuacja jest dość specyficzna. Z jednej strony ma się świadomość, że to nieprawda, że to nie jest szczere. Ale jednocześnie wierzy się w to, utożsamia podczas koncertu.

Ale te słowa są szczere. To była prawda. Jak choćby z piosenką „EMI”, gdzie tekst idzie „Nie ma żadnego powodu”, taka była prawda. Dzisiaj również nie wierzy się wielkim wytwórniom płytowym. Wtedy w 1976 roku chciano je zniszczyć, dziś idą one na dno, można się obejść bez nich.

Jak ocenia pan cały ruch punk z perspektywy osiągniętej po nakręceniu „The Greate Rock'n'roll Swindle” i „Filthy And The Fury”? W jakim stopniu była to moda wymyślona, sterowana przez ludzi takich jak Malcom McLaren? Czy był to właśnie wielki przekręt, czy też szczery i prawdziwy ruch?

Ta kwestia jest bardzo skomplikowana. Bo rzeczywiście McLaren nosił się z zamiarem stworzenia takiego zespołu. Ale jednocześnie w Wielkiej Brytanii naprawdę było takie nastawienie, które tworzyło podatny grunt dla tego typu buntu czy ruchu. Ludzie byli sfrustrowani hipokryzją władzy. Z jednej strony utrzymywanie wizerunku mocarstwa, a z drugiej odczuwania biedy i braku pracy. Było więc dużo gniewu, który znalazł ujście w tekstach Johnny’ego Rottena. W tym wszystkim Malcolm był niczym przewodnik prądu w silniku. Był też takim spin doktorem, potrafił to sprzedać ludziom i mediom. Jednak ta wściekłość ludzi była bardzo prawdziwa. Ważną sprawą, która potwierdza tę spontaniczność, był słynny występ Pistolsów w wieczornym programie telewizyjnym, gdzie na wizji muzycy przeklinali i zwyzywali prowadzącego. Byłem tam wtedy i pamiętam, jak Malcolm krzyczał „Co wy żeście zrobili? Zniszczyliście wszystko, całą waszą karierę! To koniec! Cała moja praca poszła na marne”. A na następny dzień, pisały o tym wszystkie gazety... To był początek sukcesu i legendy.

Czy wówczas był pan tego świadomy?

Tak, uczestnicząc w tym i widząc to wszystko, patrzyłem z pozycji widza. Dlatego gdy robiłem „The Greate Rock And Roll Swindle”, stworzyłem taką właśnie prowokację. Wymierzona była ona w tych, którzy hołubili zespół, bezrefleksyjnie wieszając sobie ich plakaty nad łóżkiem. A ja wtedy powiedziałem: „Ci goście to debile, nic nie potrafią, ani grać, ani pisać. Wszystko wymyślił ich manager”, no bo nie o to chodziło, żeby stworzyć kolejną legendę rock'n'rolla, ale by zmusić ludzi do myślenia. Tylko że Malcolm w pewnym momencie chyba sam uwierzył, że to on stworzył wszystko. A to wszystko było dowcipem.

Ale sami muzycy tak tego nie odebrali. Byli wściekli.

Istotnie, podzielili się. Byli wściekli na McLarena. Ale część z nich, oprócz Johna, wzięła udział w tworzeniu filmu i dlatego Rotten był najbardziej wściekły. Dziś nadal tak jest, ale raczej dlatego, że może na tym zarobić... (śmiech).

Co punk rock znaczy dla pana?

Dla mnie to pewne nastawienie do świata. Ale starzy punkowcy są równie smutni jak starzy hipisi. Wolę nosić swój niewidzialny irokez (tu Temple wykonuje ruch, jakby stawiał sobie czuba ze swoich siwych włosów – przyp. HIRO.) niż prawdziwy i malowany na różowo. Noszę go, ale ludzie go nie widzą. Ważne jest dla mnie wyrażanie sprzeciwu, samodzielne myślenie, niezależność. Potrzebne jest to zwłaszcza dziś, w zalewie informacji i różnego typu mainstreamu.

Czy dla pana punk był sprawą bardziej mody czy muzyki i samej idei?


Moda zawsze była ważna, we wszystkich przejawach buntu i rewolucji, już od rewolucji francuskiej z 1789 roku. Po prostu młodzi ludzie lubią się inaczej ubierać, wyrażać swoją indywidualność.

Czy czuje się pan dokumentalistą punk rocka?

No cóż, chyba tak. Po prostu byłem w okolicy, no i kręciłem, a nikt inny tego nie robił. Poza tym ja w tym wszystkim uczestniczyłem, to mnie pochłonęło i zmieniło. To, jaka była ta cała punkowa rewolta, atmosfera, no i też gdzieś po drodze brak pieniędzy, wpłynęło na to jak kręciłem te filmy.

A czuje się pan „ojcem kultury 3-minutowej”, czyli teledysków?

No cóż, już w latach 60-tych ludzie tworzyli teledyski. Ale jednak to lata 80-te zmieniły świat w bardziej globalny, no a dziś dzięki YouTube to nawet MTV jest martwe. Sam zresztą z tego korzystam. Robię teraz film z wykorzystaniem rzeczy z YouTube.

Co sądzi pan o Babyshambles i samym Pete’em Doherty’m? Nakręcił pan jeden teledysk dla nich. Są określani jako dość żałosna, ogołocona ze wszelkich już otoczek ideowości wersja punk rockowej grupy, która do tego śpiewa słodkie piosenki o niczym.

Bardzo ich lubię i uważam że wiele ich utworów jest bardzo dobrych. A sam Doherty to raczej ofiara sławy Kate Moss i swojej własnej. W sumie więc zgadzam się z tym zdaniem, ale jednak on sam ma w sobie trochę charyzmy. Samą ich muzykę porównałbym raczej do The Clash. To zresztą problem każdej muzyki, ciężko nagrać coś, czego jeszcze nie było. Każda grupa była przecież zainspirowana poprzednimi. W tym momencie pracuję nad filmem o The Kinks. Oni naprawdę byli pierwsi, to był absolutny szok i to było niezwykłe, robić coś, czego nikt jeszcze nie robił. Robię też film o zapomnianej już grupie Dr. Feelgood, na której wzorowali się Ramones.

Co myśli pan o subkulturach w dzisiejszym świecie? Czy w ogóle mogą one dziś powstawać?

Dzisiaj to prawie niemożliwe. Na pewno już nie na dużą skalę. Zbyt szybko wszelkie ruchy wchłaniane są przez kulturę masową. Więc dziś subkultury nie mogą się rozwijać. W latach sześćdziesiątych i osiemdziesiątych takie ruchy miały możliwość rozwoju, miały czas i miejsce. Dziś kultura masowa jest już wszędzie i działa bardzo szybko, jest niezwykle elastyczna. Jednak zawsze jest ten inny wymiar, którym jest nocne życie. To pewna paralela rzeczywistości i codzienności. Dziś ważne jest, aby takie rebelianckie nastawienie mieć w samym sobie, ludzie muszą nauczyć się myśleć po swojemu, być refleksyjni.


Czy jest jakaś nowa grupa, którą pan wyjątkowo lubi i dla której chciałby pan zrobić wideoklip?

Nie jestem dziś zainteresowany robieniem wideoklipów. Chcę raczej kręcić dłuższe formy. Ale gdyby przyszedł do mnie jakiś ciekawy zespół, to czemu nie. Bardzo lubię Kings Of Leon. Ale jeśli miałbym coś nakręcić, to dokument o tym, skąd są, kim są ich rodziny itd.

Robił pan wideoklipy dla wykonawców takich jak Van Halen, Whitney Houston...

Van Halen „Jump” – wszyscy myślą, że to ja jestem autorem tego wideoklipu, ale to nie ja. Nie wiem, kto go nakręcił i dlaczego powszechnie mi się go przypisuje. Ale Whitney Houston już tak, oczywiście była to typowa praca na zlecenie. Ciekawa osoba. Gdy leciałem z nią samolotem, ona zapaliła papierosa. Zaraz zbiegła się obsługa i krzyczała, żeby go zgasić, ale ona nie chciała. No to powiedziano jej, że za to grozi kara 1000 dolarów. I Houston po prostu wypisała czek. Za jakiś czas znowu zapaliła i znowu zapłaciła...

Porównując czasy, gdy muzyka była dużo bardziej niezależna, spontaniczna i gdy powstawał punk rock do dzisiejszego indie rocka. Co pan uważa o tej modzie?

Myślę, że jest tu dziś sporo dobrej muzyki. W tym systemie nowoczesnej kultury jest bardzo trudno tworzyć dobrą, wartościową muzykę, bo trudno się z taką przebić do publiczności. Jednak teraz to się zmienia.

Czy bardziej lubi pan The Clash czy Sex Pistols?

Lubię jednych i drugich tak samo. Jednak trzeba pamiętać, że The Clash byli zainspirowani Sex Pistols. Tak samo jak protopunkowy Iggy Pop był inspirowany przez The Kinks. Ciekawą sprawą byli Ramones, bo kiedy już Sex Pistols grali, my nie słyszeliśmy ich jeszcze. Mimo to Ramones byli bardzo inspirujący dla brytyjskiego punku. Co ciekawe, ten zespół inspirował się pewną już zapomnianą brytyjską grupą Dr. Feelgood. Pojechali oni do Nowego Jork jeszcze w 1975 roku i supportowali ich Ramones. Wyglądali zupełnie inaczej: mieli ścięte włosy, marynarki, wyglądali trochę jak gangsterzy... Robię właśnie o nich krótki film.

A co Pan sądzi o Syd Viciousie? O jego popularności? Przecież on był jedynym członkiem grupy, który zupełnie nie umiał grać, dobrze tylko wyglądał... Czy przyjęcie go do zespołu nie było prowokacją?

Czuję wielki smutek, gdy o nim myślę. Pamiętam go jako młodego chłopca. Ale tak, to była zdecydowanie prowokacja. Chociażby on sam – był bardzo prowokujący i cały czas to robił. To on w pewnym stopniu „wynalazł” pogo. Ale on sam był wtedy jeszcze dzieckiem. Pamiętam, że jak kręciłem go podczas teledysku, to dawałem mu jakieś słodycze, żeby wszystko szło w porządku. Ale z drugiej strony on zupełnie nie czuł strachu.
Ta cała sprawa z zastąpieniem Matlocka (Glenn Matlock – basista i główny kompozytor Sex Pistols – przyp. HIRO) przez Syda była dość ciekawa. Bo Matlock był jedynym prawdziwym muzykiem w grupie, ale w pewnym stopniu nie rozumiał się z resztą. Ciekawą sprawą było tworzenie „Pretty Vacant” – Matlock ją wymyślił i kazał zagrać Steve'owi (Jones – gitarzysta Sex Pistols – przyp. HIRO) riff na gitarze, a on nie mógł się tego nauczyć. Ale zagrał to na swój sposób i w sumie wyszło lepiej... Z kolei John chciał mieć po prostu w zespole swojego kumpla, a takim był Syd. Na samym początku zresztą było wszystko dobrze, pierwsze koncerty były świetne. Syd miał takie mocno punkowe nastawienie, świetny kontakt z publicznością. Ale niestety później przerodziło się to w autodestrukcję.

A co sądzi pan o filmie „Syd & Nancy”?

To dość skomplikowane, bo uwielbiam pierwszą połowę, ale nie znoszę drugiej.

Czy w takim razie to punkowe nastawienie stworzyło styl teledysków?

W pewnym sensie tak się stało, ale ono raczej weszło do tego rodzaju filmowania. Ja też starałem się to przemycić. Przecież jak kręciłem The Rolling Stones „Undercover Of The Night”, to jest tam scena, jak Keith Richards strzela w głowę do Jaggera – to bardzo punkowe!

Kto z wielkich twórców miał na pana największy wpływ?


Przede wszystkim twórcy tacy jak Godard. Ci, którzy nie bali się łamać zasad. Lubię takie nastawienie, nie robić czegoś według już ustalonych zasad. To jest dla mnie bardzo ważne. Taki też był Jean Vigo. Robił je bez nastawienia komercyjnego, dla znajomych.

Czy zna pan jakichś polskich reżyserów?

Tak, choć nie jestem znawcą. Cenię Wajdę, Polańskiego, Skolimowskiego, no i oczywiście Kieślowskiego.

Zrobił pan jeden film hollywoodzki, „Ziemskie dziewczyny są łatwe”

W Rosji grają podobno ten film co roku w telewizji w święta. Przyznaję że był to czysto komercyjny film. Ale jednak było w nim sporo autoironii. Bo jak przyjechałem wtedy do Stanów, to czułem się jak kosmita w świecie, którego nie znam, który jest zupełnie inny, obcy. Od lat go nie widziałem, na pewno dziś jest strasznie obciachowy.

Proszę opowiedzieć coś o pana nowym filmie fabularnym „The Eternity Man” (pol. „Wieczność”).

To jest coś absolutnie nowego dla mnie. Nie bardzo lubię tu muzykę (film jest operą, a utwory były nagrywane na żywo – przyp. HIRO), ale fascynująca jest opowieść. Jest to historia obsesyjnej pracy twórcy, który pisze w wielkim mieście jedną pracę przez całe życie. Nawróconego alkoholika, który w pewien dziwny sposób chciał nawrócić ludzi w Sydney. 

GALERIA

Nie ma jeszcze żadnych komentarzy...

Imię
Email
Komentarz


Wpisz litery, które widzisz na obrazku powyżej.
Pojawiają się tylko litery od A do Z.
Wielkość znaków jest nieistotna.