Wpisujesz czasem w wyszukiwarkę swoje nazwisko?
Osobiście postanowiłem się w to nie wkręcać, bo można sobie tylko zaszkodzić. Ale robi to moja mama – trochę na zasadzie sprawdzania, co tam u syna. Gdybym czytał, co o mnie wypisują, to pewnie byłbym na tyle sobą przejęty, że nigdy nie kupiłbym koszulki za 10 złotych (śmiech).
No właśnie. Gdzie ubiera się Jakub Gierszał? Jakiej słucha muzyki? Takie
pytania pojawiają się najczęściej w internecie.
Koszulkę mam z dziurą – dlatego była za dychę. Spodnie – nie pamiętam skąd. Buty kupiłem, bo stare mi przemokły. A skarpety pożyczyłem, bo mam wszystkie brudne (śmiech). Co się zaś tyczy muzy, to nie mam nawyku noszenia słuchawek na uszach, nie mam iPoda i chyba przez to niewiele słucham. Bez tego lepiej mi się myśli.
Ale nie chcesz się czasem odciąć? W autobusie, pociągu – przecież ciągle jeździsz z Krakowa do Warszawy.
Tak, dużo jeżdżę, ale wolę poczytać niż słuchać. Nadrabiam teraz zaległości
– właśnie dostałem od dziadka kilkanaście kapitalnych książek.
A chodzisz po knajpach czy jako celebryta wyznajesz zasadę, że mniej bywać znaczy wyżej się cenić?
Celebryta? Kto to jest celebryta? Z jaką dziedziną jest to związane? Chodzę, to jasne, choć teraz jakby trochę mniej. Kiedy częściej bywałem w Krakowie i studiowałem, to cały czas się imprezowało, chodziło się do... Aaa, wy nie znacie Krakowa...
Znamy!
No to chodziło się do Spokoju, do Psa, w akademiku były imprezy. Jednak teraz, kiedy częściej wyjeżdżam, krążę, wygląda to tak, że przedwczoraj nie miałem wolnego, wczoraj też nie, dzisiaj nie mam. Przez to, że musisz bardziej ogarniać, to mniej możesz imprezować. Luz odszedł.
Masz jakieś nałogi?
Palę, jak widać (zaciąga się wiśniowym djarumem). Chyba jeszcze nie dorosłem do tego, by rzucić. Na razie mi się to podoba.
W jednym z wywiadów powiedziałeś, że emo to kultura naszych czasów. Przecież emo to obciach... Naprawdę uważasz, ze dzieciaki teraz takie są?W latach 80. w Polsce rządziły punki. W latach 90. synonimem młodzości był hip-hop. Sam nosiłem wtedy szerokie spodnie i wychowałem się w duchu tej kultury. To samo jest dziś z emo, które odzwierciedla nasze czasy, ale na pewno nie jest to dzisiejsza młodzież jeden do jednego.
A co z hipsterami?
Kiedy pojedziesz do miejscowości liczącej 50 tysięcy mieszkańców, nie uświadczysz ani jednej takiej osoby. A dziewczyn emo znajdziesz co najmniej kilkanaście.
A młodzież bananowa, którą oglądaliśmy w „Sali Samobójców”?
Byłem wraz z reżyserem Jankiem Komasą na kilku takich imprezach i panował dość ciężki klimat. Podstawowe pytanie brzmiało: „Czym zajmuje się twój ojciec?”. Kilka takich scen żywcem przenieśliśmy do filmu, chociażby studniówkową imprezę, na której dziewczyny zaczynają się całować, a inni to kręcą...
Czy trudno było ci zagrać rozpieszczonego nastolatka?
Nie pochodzę z takiego środowiska, dlatego na początku nie mogłem zrozumieć, jak można mieć takie problemy. Musiałem poświęcić dużo czasu, by wczuć się w rolę chłopaka, któremu w dupie się poprzewracało.
Czy w Niemczech, gdzie spędziłeś pierwsze lata swojego życia, czułeś się wyobcowany, dzieciaki wytykały cię palcami?
Nie, bo tam fala emigracji nie była tylko z Polski, nie miałem w klasie samych Niemców. Byli Rosjanie, mulaci, mój przyjaciel Turek z Iranu, byli też oczywiście inni Polacy. Jak przyjechałem do Polski i okazało się, że wokół mnie są tylko polskie dzieci, to dopiero poznałem, co to brak tolerancji.
Czy twój powrót do Polski był traumatyczny?
Na pewno zmiana kraju wywarła na mnie duży wpływ. Ale kiedy masz 11 lat, to nie mówisz „chcę” lub „nie chcę”, to rodzice decydują. Odnalezienie się w nowym miejscu na pewno nie było proste. Może dlatego bardziej byłem outsiderem, gdy tu przyjechałem, aniżeli wcześniej, w Niemczech.
We wszystkich filmach, w których do tej pory zagrałeś, wcielasz się właśnie w rolę outsidera. Świadomie?
Na ogół aktorzy obsadzani są w różnych projektach w zależności od osobowości i warunków fizycznych. Mnie obsadzają jako outsidera. Chudy i zgarbiony koleś nie będzie przecież grał kabana (śmiech).
Po zakończeniu zdjęć do „Sali samobójców” ogoliłeś głowę. Nie myślałeś sobie wtedy właśnie: „O, teraz mógłbym zagrać dresiarza albo skinheada”?
To pociągające. A co do mojej głowy, to po prostu denerwowały mnie czarne włosy. W dniu zakończenia zdjęć postanowiłem, że je zgolę. Zszedłem z planu, dziewczyny z charakteryzacji to załatwiły (śmiech).
A jak się pracuje ze znanymi polskimi aktorami? W twoim nowym filmie „Milion dolarów” grałeś z samą śmietanką. Ktoś cię zainspirował? A może ktoś cię wkurzył?
Ja nie mam czegoś takiego, że jak przyjdzie na plan gwiazda, to trzeba przed nią bić pokłony. Może to przez to, że wychowywałem się w Niemczech i popularni polscy aktorzy nie są bohaterami mojego dzieciństwa.
Dostajesz serialowe propozycje? Czasem się zdarzają, ale na razie chcą mnie tylko do epizodów...
***
Jakub Gierszał (ur. 1988) – aktor. Debiutował w filmie „Wszystko co kocham”, po którym prasa nazwała go „polskim Jamesem Deanem”, bo ładnie się zaciągał i zaczesywał bez brylantyny. Sławę przyniosła mu „Sala samobójców”, a już na jesień zapowiadana jest gangsterska „Yuma”. Deklaruje, że nie wystąpi w żadnym telewizyjnym show.























