MAGAZYN / FILM
FILC Z DUSZĄ
FILC Z DUSZĄ
THE MUPPETS
Tekst: Piotr Dobry    
2012.01.16
Od premiery ostatniego filmu o Muppetach minęły niespełna trzy lata, jednak mało kto pamięta o telewizyjnych "Listach do Świętego Mikołaja". Tymczasem kinowe "Muppety" plasują się w czołówce najbardziej oczekwianych produkcji bieżącego roku. Będzie hit?

Analitycy amerykańskiego rynku filmowego przewidują imponujące otwarcie weekendowe na poziomie kilkudziesięciu milionów dolarów. To bardzo prawdopodobne, zważywszy na hajp wokół filmu. Inwencyjne trailery, m.in. „Świnia z żabim tatuażem” parodiująca głośną fincherowską adaptację kryminału Stiega Larssona, biją w sieci rekordy popularności. Zgryźliwi dziadkowie komentowali z loży tegoroczne rozdanie nagród Emmy, a Świnka Piggy brylowała w show Jaya Leno. Nade wszystko działa zaś nostalgia. Jason Segel („Chłopaki też płaczą”), pomysłodawca, współscenarzysta i gwiazda przedsięwzięcia, podkreśla w wywiadach, że ma ambicje przywrócenia filcowym kukiełkom świetności z czasów oryginalnego „Muppet Show” Jima Hensona. Magnesem na widzów ma też być kalejdoskop celebrytów w epizodach. Selena Gomez, Katy Perry, Mila Kunis, Zach Galifianakis, Jack Black, Danny Trejo czy Liza Minnelli to tylko niektóre z nich. Robi wrażenie? Niewątpliwie, niemniej czymże jest cameo dziewczyny Justina Biebera wobec faktu, że niegdyś w blasku muppetów grzały się takie nazwiska jak Debbie Harry, Vincent Price, Harry Belafonte, Elton John, Peters Sellers, Shirley Bassey, Gene Kelly, Johnny Cash i multum innych, równie poważanych. Jednak nawet wtedy największymi gwiazdami show pozostawały lalki stworzone i dubbingowane przez Hensona

i Franka „Yodę” Oza.

 

Zaczęło się od Kermita Żaby. A właściwie jeszcze nie Żaby, bo w swej pierwotnej postaci Kermit bardziej przypominał jaszczurkę. Młody lalkarz Jim Henson, student Uniwersytetu Maryland, wykonał swojego pierwszego pokazanego publicznie muppeta (jak sam określił skrzyżowanie marionetki i pacynki) ze starego płaszcza matki i piłeczek ping-pongowych. Strach pomyśleć, kim byłby dziś Kermit, gdyby płaszcz nie był zielony, prawda? Debiut Żaby-jeszcze-nie-żaby nastąpił w roku 1955 w jednym ze skeczy składających się na cykl „Sam i przyjaciele”, tworzony dla lokalnej telewizji przez Jima i jego żonę Jane. Kermit był bohaterem drugiego planu, tuż obok Harry’ego Hipstera (!), jednak to on cieszył się ponoć największą sympatią widzów. Ze swoimi wyłupiastymi oczami i szeroko rozstawionymi ramionami stał się też szablonem dla muppetów, które Henson powoływał do życia przy pomocy gumy piankowej, filcu i drutów, co w przeciwieństwie do wykorzystywanych ówcześnie do produkcji marionetek drewna i sznurków pozwalało na nieporównywalnie większe pole manewru dla animatora wprawiającego w ruch i ukazującego emocje kukiełek.

 

To był przełom. Niejedyny zresztą. Jim Henson przeszedł do historii również jako pionier wykorzystania telewizyjnego kadru jako rodzaju sceny, wykorzystując znane wówczas tylko orkiestrom doły i filmując muppety od pasa w dół, co w interakcji ze stojącymi na platformach ludźmi sprawiało w swoim czasie niebywale reali-styczne wrażenie. Iluzja, że muppety żyją, mają duszę, z pewnością tłumaczy po części ich fenomen. Jego nie mniej ważną składową jest też to, że muppetem może być dosłownie wszystko. Ludzie, zwierzęta (najczęściej antropomorfizowane), rozmaite stwory, a nawet zwykłe przedmioty codziennego użytku. W uniwersum Hensona postacie z różnych „bajek” od początku znakomicie ze sobą współgrały, przekraczając bariery płci, rasy, religii i różnic kulturowych. Ucząc bawiły, bawiąc uczyły – czy może więc dziwić, że „Ulica Sezamkowa” emitowana jest nieprzerwanie od 1969 roku i trafia do niemal każdego zakątka na kuli ziemskiej?

 

Co jednak podoba się dzieciom, niekoniecznie musi dorosłym – z tego założenia wyszli bossowie trzęsący amerykańską telewizją w latach 70. i mimo ogromnego sukcesu „Sezamkowej” pokazali Hensonowi drzwi, gdy ten przedłożył im projekt lalkarskiego show ukierunkowanego familijnie na wszystkich widzów. Niezrażony artysta znalazł finansowe wsparcie u od-ważniejszych Brytyjczyków i produkcja ruszyła. Emitowany w latach 1976-81 „Muppet Show”, na który złożyły się świetne skecze o pastiszowym charakterze, błyskotliwe rewiowe piosenki i epizody wspomnianych już gwiazd, podbił świat. We wczesnych latach 80. jakimś cudem (taka kolorowa, że bardziej nie można, kapitalistyczna szmira?!) trafił nawet do ponurej peerelowskiej Polski, gdzie również święcił triumfy, przyciągając przed ekran rzesze widzów w każdym wieku. Ja, wówczas ledwie kilkuletni brzdąc, przylepiony

z szeroko rozdziawioną z zachwytu buzią do ekranu Rubina, oglądałem go z babcią. Nowy film obejrzę natomiast z córką, co dobitnie mówi o żywotności muppetów. Szkoda tylko, że na dzieło Jamesa Bobina przyjdzie nam poczekać do ostatniego tygodnia stycznia, podczas gdy Amerykanie zobaczą je już w listopadzie. No ale w końcu jaki byłby ten świat bez opóźnionych dat polskich premier? Albo bez muppetów?

 

Niektóre rzeczy skazane są na wieczność i już.

Nie ma jeszcze żadnych komentarzy...

Imię
Email
Komentarz


Wpisz litery, które widzisz na obrazku powyżej.
Pojawiają się tylko litery od A do Z.
Wielkość znaków jest nieistotna.