Dlaczego sam nie napisałeś scenariusza romansu?
Określenie gatunku to sprawa dystrybutora. Ja lubię pracować na styku kina i teatru oraz na styku gatunków. Nie wiem w związku z tym, czy „Róża” to romans, melodramat, western czy jeszcze coś innego. Zawsze chciałem zrobić film o miłości, ale nie wiem, dlaczego sam nie napisałem sobie scenariusza. Może wstydzę się mówić o uczuciach. A może potrzebowałem bodźca i inspiracji z zewnątrz. Jest jeszcze kwestia roli przypadku w kinie i być może to był przypadek.
Czyli nie jest tak, że z łatwością jesteś w stanie napisać o czymś bezlitosnym albo obrazoburczym, a masz problem z historię miłosną?
Nie wiem, nie myślałem o tym. Może się starzeję i postanowiłem o miłości.
Czy miałeś założenie, jak ma wyglądać ta historia miłosna, którą chciałeś nakręcić? Zakładałeś z góry, że bohaterowie muszą być po przejściach?
Jestem na jakimś etapie swojego życia i myślę, o czym chciałbym zrobić film. Na przykład urodziły mi się dzieci i zacząłem się zastanawiać nad tym, czym jest dobro, czym jest zło, myślałem też nad tym, w co mógłbym moje dzieci wyposażyć, żeby ich nie zjadł świat, żeby potrafiły się obronić. No i wyszło mi, że oprócz języka angielskiego to przede wszystkim w granaty, broń palną, kastety, karate, kung-fu, bejsbole i siekiery. I wtedy zrobiłem „Dom Zły”. Potem pomyślałem, że dla równowagi muszę zrobić film o miłości. Stało się tak, że trafił do mnie scenariusz „Róży”.
To spytam cię jako widz – jak to się stało, że wyszedł ci film o wojnie?
To było wpisane w zabawę, od razu zawarte w tym tekście. Miłość i ta wojna.
Jak przygotowywałeś się do kręcenia „Róży”?
Oczywiście swoją lekcję historyczną musiałem odrobić, ale głównie inspirowałem się fotografiami. Jest tu też duży ładunek mojego wyobrażenia o wojnie, który został mi w głowie z oglądania innych filmów wojennych. Przede wszystkim jednak to jest dla mnie historia o ludziach, rozgrywająca się w bardzo konkretnym momencie.
Ale wiesz, że znowu tak wyszło, że tym filmem się z czymś rozliczasz?
Film musi mieć kontekst. Moją bazą warsztatową jest realizm i może dlatego te filmy wychodzą takie rozliczeniowe. Ale jak zaczynałem pracę nad „Różą”, to prze-de wszystkim zobaczyłem dwie postacie, które są duchami, wrakami. Z tego punktu zacząłem budować historię o tym, jak się odnaleźli w tym potwornym świecie.
Mam wrażenie, że w „Weselu” rozliczałeś się z polską mentalnością, w „Domu Złym” z PRL-em, w „Róży” zaś z okrucieństwem wojny i z tym, że wcale się nie skończyła, kiedy Niemcy przegrali. Czy gdy oglądasz swoje filmy już zmontowane, to widzisz, że oprócz historii udało ci się przemycić również jakąś swoją tezę?
Interesowało mnie zrobienie filmu o kobiecie jako zdobyczy wojennej i na ten aspekt kładłem nacisk. Porównawczo obejrzałem „Kobietę w Berlinie”, czytałem wojenne wspomnienia Ślązaczek, Mazurek, dowiedziałem się, jak te kobiety były traktowane. Teraz ludzie oglądają „Różę” i słyszę od nich, jak to działa. A działa emocjonalnie, czyli dobrze.
Dlaczego spodobało ci się to, że oni obydwoje są wrakami?
Nie, żadnych odniesień do mojego życia (śmiech). Po prostu wydało mi się to ciekawe.
A dlaczego kiedyś czytywałeś czasopismo „Detektyw”?
Dla inspiracji. To jest kopalnia pomysłów ze świata, którego tak naprawdę nie znam. Poza tym sporo jest dobrych filmów z kiepskiej literatury, a kiedy mierzysz się z dobrą, to film z reguły przegrywa. Być może rozwiązaniem ekranizacji dobrej literatury jest robienie wariacji na temat, ja przynajmniej dzisiaj tak myślę.
Skąd się bierze zło?
Kapuściński napisał, że „jeden cham potrafi zepsuć kulturalną imprezę, ale jeden kulturalny człowiek nie naprawi imprezy chamów”. Zło jest dużo bardziej destrukcyjne niż dobro. Być może dlatego, że dobro zużywa całą energię na walkę ze złem, nie wiem...
Czy właśnie przeciwko temu jednemu chamowi chcesz robić filmy?
Robię filmy o tym, co mnie boli. Ale to tylko jeden z powodów. Film ma parę warstw, na które składają się różne elementy. W tych elementach staram się wyrazić siebie. A wracając do zła, nie ma nic odkrywczego w stwierdzeniu, że jest o wiele bardziej interesujące dla filmu niż dobro.
Ale dlaczego dla ciebie jest bardziej interesujące? Wyrobiłeś sobie już markę – ludzie chętnie pójdą na twój film i jednocześnie wiedzą, że potem sobie z rodziną przy niedzielnym rosole tak po prostu nie pogadają. Dla-czego bierzesz stale na warsztat ciemną stronę mocy?
Jestem – jak chyba każdy – ani dobry, ani zły. Bohaterowie moich filmów w moim mniemaniu też tacy są. Jest we mnie obawa, że ta ciemna strona może zdominować jasną i może dlatego robię takie filmy. Ale to jest raczej pytanie do psychiatry.
Twoje filmy są bardzo intensywne − ile procent tekstu ostatecznie wyrzucasz?
Zależy na jakim etapie. Kiedy piszę scenariusz, to początkowo dialogi są literackie – po to, żebym pamiętał, o co mi właściwie chodziło. Po pierwszej selekcji robią się bardziej potoczyste i zwarte, wtedy też różnicuję je, dopasowuję do konkretnych postaci. Kolejny etap to złapanie dystansu, a później jeszcze próby z aktorami, które pokazują, że część rzeczy można zagrać, nie trzeba ich nazywać. Na planie okazuje się, że można wyrzucić kolejne. I jeszcze sporo wyrzucam w montażu. Robienie filmu to jest proces. Kiedy piszę i mam kwestię na dwie linijki, to zrobię wszystko, by zajęła jedną, a później – żeby zastąpić ją jednym słowem. Nie zawsze się udaje, ale trudno. To samo dotyczy didaskaliów, moje scenariusze są gęste, staram się nie bić piany i zostawiać tylko te zdania, które coś znaczą. Nie dlatego, żeby się ścigać w jakimś konkursie literackim, tylko dlatego, że taka praca zmusza mnie do przemyślenia, co jest naprawdę ważne. Chcę, aby wszystkie zapisane słowa czemuś służyły, a potem kiedy idę z tekstem do aktorów, i tak sporo zmieniam, głównie skracam. Jednak zanim odważę się komuś pokazać scenariusz, to on już jest przemyślany zarówno pod kątem dialogów, jak i didaskaliów.
Mówisz, że nie interesują cię historie naskórkowe, film musi mieć wiele warstw. Czy wiesz z góry, jakie będą te głębsze warstwy, czy one się ujawniają właśnie w trakcie procesu?
Trzy muszą być na starcie, żeby uzasadnić wyjęcie kamery z samochodu. Opowieść o bohaterach, akcja pierwszoplanowa, czyli kto z kim, kogo i dlaczego zabił – to pierwsza warstwa. Tło, kontekst – to druga. I trzecia, najważniejsza – ta, która mówi, o czym naprawdę jest film. Później dochodzą pozostałe, które wynikają ze zderzenia z aktorami, współpracownikami i ekipą. Trzeba pamiętać, że film to praca zbiorowa, a na ostateczny efekt pracuje wiele osób.
Mógłbyś w takim razie powiedzieć, o czym dla ciebie są konkretnie twoje filmy (nie pytam o „Małżowinę”). O czym jest są według Wojtka Smarzowskiego filmy Wojtka Smarzowskiego?
„Wesele” jest o miłości do pieniądza. „Dom Zły” jest o tym, że człowiek nie jest ani dobry, ani zły, ale zło jest zawsze na wyciągnięcie ręki. „Róża” jest o miłości na gruzach i o kobiecie jako zdobyczy wojennej. „Drogówka” i „Anioł”, jeżeli powstaną, będą kolejno o korupcji i o nałogu.
No właśnie, od dłuższego czasu mówisz o tych dwóch projektach– o „Drogówce” i o ekranizacji książki Pilcha ...
Długo w sobie noszę temat, zanim się w końcu wykluje, sporo czasu zajmuje mi też samo pisanie. „Anioł” będzie o tym, że niezależnie od tego, czy się chleje dwunastoletnią whisky czy wino za 3,20 to koniec jest ten sam – obszczane parzenice, padaczka alkoholowa i ciąg odwyków. Chcę z tego zrobić opowieść-worek, w której będzie dużo różnych historii, niekoniecznie tylko tych, które są w książce.
To znaczy, że będziemy musieli długo czekać? Robisz długie przerwy między filmami...
Dlatego, żeby trochę te przerwy między filmami skrócić, zrobiłem „Różę”– film na podstawie nie mojego scenariusza. Lata lecą, zacząłem już zadawać sobie pytanie: ile jeszcze mogę nakręcić filmów...?
A właściwie dlaczego zacząłeś te filmy kręcić? Z jaką motywacją poszedłeś na wydział operatorski?
Ja na studia szedłem dlatego, żeby nie iść do wojska. Ale poza wszystkim nic mnie jakoś specjalnie nie interesowało w życiu, więc poszedłem na filmoznawstwo, bo tam nic nie trzeba umieć. Ale już wtedy postanowiłem pójść na wydział operatorski, bo tam było łatwiej się dostać niż na reżyserię, bo koledzy, bo nie miałem pomysłu na siebie, bo szukałem. A szkole filmowej wiedziałem już, że chcę być reżyserem, a nie autorem zdjęć. Napisałem „Małżowinę”, ale jeszcze długo po szkole pracowałem jako wynajmowany operator. Wszystko to bardzo długo trwało, moment był taki, że ciężko było zadebiutować, więc najpierw robiłem wideoklipy, potem teatry telewizji, pojawiły się nagrody i wreszcie przestałem być anonimowy dla decydentów. Zrobiłem „Wesele”.
Ale podobno miałeś taki moment, że zwątpiłeś, stwierdziłeś, że będziesz kładł glazurę na Zachodzie.
WS : Z tą glazurą to bujda, ale nawet teraz wiem, że nie muszę robić filmów za wszelką cenę. Że jest parę dyscyplin, w których jeszcze mógłbym się spełnić. Ale wtedy wynikało to z takiej sytuacji, że trzeba się było z czegoś utrzymać, zdobyć pieniądze na wynajęcie mieszkania w Warszawie. Fizycznie zasuwałem, ale dla głowy to były wakacje. Kończyłem pracę o konkretnej godzinie, a potem miałem czas na wszystko. Teraz kiedy piszę scenariusz, a wciąż piszę, to przez 24 godziny na dobę nie mogę wyłączyć głowy. Dopóki nie skończę, nie zamknę wersji, to jestem więźniem tego scenariusza... Lubię to, ale przerwy dobrze robią.
Od razu zakładałeś, że będziesz robił kino autorskie, że będziesz realizował własne scenariusze?
Już w szkole filmowej na wydziale operatorskim wiedziałem, że ciężko mi będzie dogadać się z innym reżyserem. To częściowo wynikało z mojego charakteru: umiem rozmawiać z ludźmi, ale zrozumiałem, że jeżeli chodzi o scenariusz, wybór aktorów i montaż, to muszę mieć ostatnie słowo. Muszę mieć kontrolę nad filmem. Dzisiaj też myślę, że „Róża” zostanie wyjątkiem. Chociaż cały czas dostaję różne scenariusze, to... Nie chciałbym wartościować, więc powiem, że w moich rękach nie byłoby z nich dobrych filmów.
Czy masz w głowie listę tematów? Rzeczy, o których chciałbyś zrobić filmy?
Mam. Ale ona wciąż się zmienia, bo ja się zmieniam. Dzisiaj wiem, o czym ma być „Drogówka”. Wiem też, o czym ma być „Anioł”, chciałbym zrobić „Klarę” na podstawie książki Izy Kuny, film o Wołyniu – o bandach UPA, ale to już zbyt odległe plany, żebym mógł powiedzieć, o czym te filmy będą naprawdę. Bo nie wiem, kim ja będę za parę lat, gdzie będę i co będzie mnie wtedy zajmowało.
Obawiam się, że i tak wyjdzie ci film o zniszczeniu i różnych jego aspektach.
Tak (śmiech).





















Nie ma jeszcze żadnych komentarzy...