Najnowszy film reżysera „Alicja w Krainie Czarów” wszedł na ekrany polskich kin 5 marca. Po raz kolejny Burton obronił swoją wizję kina. Bardziej mroczną, wyrafinowaną, ukazującą znaną historię w nieco odmiennej oprawie. Burtonowski styl, karykaturalny, przerażający, jest też w swoim przesłaniu rozbrajająco pozytywny, prosty i naiwny. „Zawsze interesowała mnie bardziej ciemna strona mocy – wielokrotnie wyjaśniał. – Ukazywanie pozytywów w negatywie życia”. Ale ta deklaracja to również parafraza dzieciństwa twórcy. Dziwaczne dzieje.
Urodzony w 1958 roku w Burbank w Kalifornii, nim jeszcze zaczął chodzić, próbował zwiać. Wyczołgiwał się przez wszystkie możliwe otwory. Uchylony balkon, drzwi, maciupkie wyjście dla kota. Coś go ciągnęło, aby być gdzie indziej. Może dlatego większą część swojego dzieciństwa spędził pod kluczem. Rodzice zamykali go w pokoju bez względu na to, czy byli obecni w domu, czy gdzieś wychodzili. Jedno z najsilniejszych wspomnień Burtona związanych z dzieciństwem dotyczy okien. Jako nastolatek miał w pokoju dwa. Jedno duże, wychodzące na piękną stronę podwórka, przez które wpadało zawsze dużo światła. Dorośli, wiecznie zaniepokojeni jego wielokrotnymi próbami ucieczki, szybko zabili je deskami, uniemożliwiając nawet delikatne jego otwarcie. Zostawili synowi mały lufcik – żeby przez niego wyjrzeć, musiał stanąć na krześle i jeszcze wspiąć się na palce. „Dorastanie w Burbank to jedno z bardziej dziwacznych doświadczeń w moim życiu – wspomina. – Zawsze miałem wrażenie, że uczestniczę w pewnego rodzaju Nocy żywych trupów w pełnym słońcu”. Czy czuł się samotny? „Tak, ale to nie było dojmujące uczucie, raczej dobrze czułem się sam. Stworzyłem swój własny świat, w którym nigdy się nie nudziłem. Odkąd pamiętam, zawsze niezwykle atrakcyjne wydawały mi się potwory, szkieletory, różne monstra. Nie bałem się ich, byłem nimi zafascynowany. Na to na pewno nałożyła się bliskość Meksyku, w którym kultura, sztuka, w ogóle życie pozostaje w dużo większym kontakcie ze śmiercią. Oni nie negują tego aspektu ludzkiej egzystencji, wręcz przeciwnie – celebrują świat poprzez większą świadomość tego, co nieuchronne”.
Timothy William Burton zawsze czuł się inny. Z racji różnic w postrzeganiu świata przez siebie i swoją rodzinę nigdy tak naprawdę nie znalazł z nimi wspólnego języka. Bardziej niż z rodzicami i bratem czuł się zawsze związany z Edgarem Allanem Poe, Vincentem Pricem, Edem Woodem czy Rayem Harryhausenem – człowiekiem legendą, autorem efektów specjalnych do wielu hollywoodzkich klasyków. Ale to powinowactwo dusz wynikało nie tylko z racji odizolowania chłopca w jego pokoju, także z jego postrzegania politycznej i obyczajowej atmosfery lat 60. amerykańskiej prowincji. A Burton miał wiele czasu na rozmyślania. I choć Burbank leży niedaleko
od Los Angeles, według wówczas dziesięcioletniego chłopca było oddalone od mekki filmowców o całe lata świetlne. „Pamiętam klimat konformizmu, jaki cechował nasze miasteczko – opowiadał w jednym z wywiadów. – Zresztą nie tylko to nasze postawiło na propagandę dobrobytu. A najgorsze, co można wmówić klasie średniej, a jeszcze bardziej przedstawicielom drobnomieszczaństwa, to wiara w spełniony amerykański sen. Zero ambicji, dążenia do celu, spełniania marzeń. Stagnacja, absolutne pogodzenie z poczuciem, że to już wszystko, na co nas stać. Galopujący konsumpcjonizm, choć tylko w kwestii dóbr doczesnych. Byłem przerażony. Jak to możliwe? To już wszystko, co ma się wydarzyć?”.
Tim wbrew koniunkturze rozwijał swoje pasje. Ale jeśli myślicie, że dużo czytał i wspaniała kraina młodzieńczych lektur wynagrodziła mu męki nastoletniego życia, jesteście w błędzie. Reżyser podejrzewa, że był dyslektykiem. Nie czytał nawet komiksów. „Zawsze zapominałem o prawym dymku…” – śmieje się dzisiaj. Interesowała go kraina filmów animowanych i kina grozy. Gdy firma wywożąca śmieci ogłosiła konkurs na projekt plakatu o najlepszym przekazie ich działalności, wiedział, że zostanie zwycięzcą. Przez rok każda śmieciarka w Burbank była oplakatowana afiszami Tima. Od początku myślał obrazami, uwielbiał kreślić, rysować, projektował dziwne kostiumy i maski, wymyślał scenografie nie z tego świata. Szkołę olewał. Nigdy specjalnie nie krył się z poczuciem, że do tego, co chce robić w życiu, nie jest mu potrzebna amerykańska edukacja. Kiedy musiał wraz z resztą klasy napisać esej o wybranej przez siebie książce, zignorował zadaną formę wypowiedzi. Wziął do ręki kamerę Super 8 i zrealizował krótki film o Houdinim. Nie przeczytał żadnej książki, nie napisał eseju, a i tak został oceniony najlepiej z całej klasy. Do dzisiaj nie wiadomo zresztą, czy skończył ogólniak, czy nie. Jedno jest pewne – królem balu maturalnego na pewno nie został. To mu jednak nie przeszkodziło ukończyć Kalifornijski Instytut Sztuk i rozpocząć pracę dla Disneya.
Pierwszy film był sześciominutowym hołdem dla Vincenta Price’a. Krótka animacja „Vincent” była utrzymana w czarno-białej tonacji i nawiązywała do niemieckiego ekspresjonizmu. Disney pozostawił mu wolną rękę, choć jego następnego filmu, 27-minutowego „Frankenweenie”, nie dopuścił do emisji, uznając, że obraz nie nadaje się dla małoletniego odbiorcy. Produkcja wpadła w ręce Paula Reubensa, który stwierdził, że tylko Burton może zrealizować film opowiadający o kreowanej przez komika postaci, Pee Wee Hermanie. Powstała w 1985 roku „Wielka przygoda Pee-Wee” została zignorowana przez krytyków, ale okazała się kinowym hitem. Propozycje następnych filmów posypały się szybko: „Sok z żuka” w 1988 roku, „Batman” w 1989, „Edward Nożycoręki” w 1990, „Powrót Batmana” dwa lata później, „Ed Wood” w 1994 roku. Po drodze były również takie tytuły jak „Marsjanie atakują!” czy „Planeta małp”, ale też, a może przede wszystkim: „Jeździec bez głowy”, „Duża ryba”, „Charlie i fabryka czekolady”, „Gnijąca panna młoda” czy „Sweeney Todd: demoniczny golibroda z Fleet Street”. Tim Burton, bez względu na mody i kaprysy rynku, rozwija swój indywidualizm, porusza się w niedostępnych dla innych obszarach kina. Kreuje bajki dla dzieci i dla dorosłych, reinterpretując opowieść o pięknej i bestii – co zresztą sam podkreśla, mówiąc, że film wciąż opowiada tę samą historię na wszelkie możliwe nowe sposoby. To w pewnym sensie dekonstrukcja życia – Burton powiedziałby raczej „rozkład” – która, przewrotnie u niego, prowadzi do afirmacji tego, co dobre, niewinne, szczere.
„Szanuję kultury, w których podejście do rzeczywistości jest dużo bardziej pozytywne – mówi. – Mimo przeciwności losu, wszelkich bolączek, lęków, niespełnienia. W kulturze Zachodu zawsze denerwowało mnie to wpajane od najmłodszych lat pojęcie strachu. Trzeba się bać i odczuwać niepokój przed tym, co może przynieść przyszłość. Na wszelki wypadek – może czekać nas miłe rozczarowanie, ale jeśli zdarzy się nieszczęście, przynajmniej będziemy na nie przygotowani. Nigdy nie rozumiałem tego, że jako dziecko musiałem chodzić do przykościelnej szkółki niedzielnej, choć moi rodzice nawet nie byli specjalnie religijni. Wysyłali mnie chyba po to, by zagłuszyć własne wyrzuty sumienia – jako przedstawiciela domu, który za nich ma odpokutować grzechy”.
On sam dzieci wychowuje z dużą dozą wolności i tolerancji dla ich potrzeb. Zapytany, czego by im nie pokazał, odpowiada, że chyba tylko porno. Hard porno. Wraz ze swoją partnerką, Heleną Bonham-Carter, wychowuje syna Billy’ego (siedem lat) i córkę Nell (trzy lata). Aktorka gra w jego filmach – jako jedyna z obsady przechodzi przez selekcję castingu. „Chyba jestem bardziej wymagający wobec Heleny, dlatego że jest moją partnerką…” – wyjaśnia. Z miejsca za to zatrudnia Johnny’ego Deppa,
który jest także ojcem chrzestnym jego syna. „Poślubiłem już dwukrotnie życiową partnerkę Tima – śmieje się Depp. – W Gnijącej pannie młodej – naprawdę muszę lubić gościa – Helena była tą gnijącą bohaterką. Oraz w filmie Sweeney Todd: demoniczny golibroda z Fleet Street… Uwielbiam Burtona, to jedyny przyjaciel, który mi na to pozwala!”. Faktycznie, aktor ma szczególne miejsce wśród znajomych reżysera, który raczej nie słynie z otwartości. Z Deppem rozumieją się bez słów, przyjaźnią, razem podróżują. „Jesteśmy komplementarni – w czym Johnny jest gorszy, ja jestem lepszy i odwrotnie. Gdyby nie Helena i Vanessa (Paradis, żona Deppa – przyp. red.) pewnie bym mu się oświadczył…” – dodaje Burton.
Ostatnio reżyser odbył serię spotkań z licealną młodzieżą. Miały one rozwijać kreatywność nastolatków, mówić o tym, jak ważne jest poczucie i rozwijanie indywidualizmu każdego z nas. Podczas tych rozmów dzieciaki w stu procentach się z nim identyfikowały. Usłyszał też, że jest najbardziej emo z nich wszystkich – po prostu bardziej emo niż emo. Nie za bardzo wiedział, jak odnieść się do tego określenia, powiedział tylko, że wszystko zależy od tego, co czujemy w… ciemności.
„Może i jestem dziwny. Jednak mnie się zawsze wydawało, że jeśli coś czai się w ciemności, to nie dlatego, iż chce zaatakować, tylko dlatego, iż nie szuka kontaktu. Pragnie pozostać niewidocznym, chce się ukryć, boi się wyjścia na światło dzienne. To człowiek najczęściej idzie z latarką w najdalszy kąt strychu, woła kici, kici. Po co? Ten rozjazd pomiędzy moją interpretacją zachowania odmieńców a interpretacją reszty świata zawsze szalenie mnie frapował. Oczywiście, w tej rozgrywce jestem za odmieńcem, jemu kibicuję, chcę by wygrał. W końcu to jego spokój został zakłócony. Jednak bez względu na to, czy czaicie się z latarką, czy próbujecie pozostać niezauważonym, uważajcie w ciemności, drogie dzieci… Dekonspiracja dla obydwu stron zawsze bywa decydującym, ważnym przeżyciem. Czasami lepiej najpierw oswoić demona, niż bez zapowiedzi poświecić w oczy odbiciu w lustrze”.
ZMORY NOCNE TIMA BURTONA
Reżyser „Alicji w Krainie Czarów” uwielbia spać. Prawdę powiedziawszy, nic go tak nie odpręża jak sen, rozmowa o śnie albo pogawędka z tymi, którzy spać uwielbiają. Uspokajają go także opowieści o purée. Ale my woleliśmy napisać o czterech najważniejszych, powracających snach mistrza niż analizować znaczenie bulwy w jego życiu.
1. „Najważniejszy dla mnie sen opowiada o dziewczynce z mojego dzieciństwa, która mieszkała na tym samym osiedlu co ja. Byłem w niej zakochany, ale ona pewnego dnia się wyprowadziła. Od tamtej pory, co dziesięć lat, śni mi się ta dziewczyna, za każdym razem o dziesięć lat starsza. Straciliśmy kontakt, ale doskonale wiem jak wygląda dzisiaj, widzę to w moim powracającym śnie”.
2. „Drugi z moich snów dotyczy rodziców. Idą grać w kręgle, a mnie zostawiają w punkcie opieki nad dziećmi, gdzie każdy z rodziców, który chce zająć się sobą, może oddać swoje dziecko na przechowanie. Jednak to miejsce różni się od tych prawdziwych. Jest bardzo gotyckie, ciemne. Nagle, z niespodziewanie pojawiającej się łuny światła, wynurza się szkieletor, który otwiera tajemnicze drzwi, przez które wpadam. Budzę się w łóżku moich rodziców. Dziwne, nie? Ja, łóżko, moi rodzice… whoa!”.
3. „Kolejny sen dotyczy bitwy na topory. Biję się z kimś, walka nie na żarty, choć nie wiem, kim jest ta postać, pamiętam każde uderzenie. W pewnym momencie udaje mi się odrąbać przeciwnikowi pół twarzy… Nikt nie umiera”.
4. „Ten ostatni sen jest okropny. Paskudny, obślizgły plankton, jakaś taka galareta, ni to roślina, ni ryba, jakaś purpurowa morska narośl puchnie i przepoczwarza się w moich ustach. Cały czas rośnie, powiększa się, w pewnym momencie już nie mogę zamknąć buzi. Urywam kawałek po kawałku, odrywam strzępy, ale ten glon odrasta. Wciąż odrasta, coraz szybciej. Nie mówię więcej ani słowa”.
























Nie ma jeszcze żadnych komentarzy...