Przysięga w telewizji, ma gdzieś co wszyscy o nim myślą. Dziewczyny kochają go nawet z brodą, dzięki akcentowi może mieć wszystko. Pali jak komin, pije jakby jutro nie istniało, jest Irlandczykiem i nic mu nie straszne. Chciałbym nim być: nie przejmować się niczym, a i tak mieć wszystko – śpiewa Cedric Gauthier w piosence „I wanna be Colin Farrell”. Powinna jej chyba posłuchać cała rodzina Alicji Bachledy-Curuś i wreszcie zrozumieć, że Farrell pozostanie Farrellem i nic tego nie zmieni. Sam zainteresowany ma niedługo zaszczycić swoją obecnością polską premierę „Niepokonanych” – filmu Petera Weira o Polakach uciekających z łagru. Chociaż możliwe, że nie przyjedzie, gdyż górale na pewno zasadzą się na niego z ciupagami. A problemów lepiej unikać. Colin Farrell właściwie nie miał wyjścia i temperamentnym dupkiem po prostu się urodził. W Irlandii, w piłkarskiej rodzinie – taka geolokalizacja to mieszanka wybuchowa. W wieku 17 lat postanowił spróbować sił jako członek boysbandu. Na szczęście nie przeszedł eliminacji. On i Boyzone poszli swoimi drogami. Ciekawe, czy gdyby wtedy mu się udało, to zamiast aktorem w filmach wielkich reżyserów byłyby dziś Ronanem Keatingiem? Porażka na muzycznym polu absolutnie go nie zraziła – spokojnie, do śpiewania jeszcze zdąży wrócić. Na razie zapisał się do szkoły teatralnej. Ale i tę wkrótce rzucił.
Chłopak miał dużo szczęścia – szybko otworzył się worek z propozycjami. Serial BBC, kilka epizodów, film telewizyjny, a potem debiut reżyserski Tima Rotha, skąd od razu trafił na plan „Krainy tygrysów” Joela Schumachera. Mimo że dwa kolejne filmy były – delikatnie mówiąc – finansowymi klapami, to w 2002 roku Colin grał już w zupełnie innej lidze. Musiał wprawdzie zmienić swój irlandzki akcent na coś, co mogłoby brzmieć jak wymowa George W. Busha, który zażył sporą dawkę leków uspokajających, ale zaczął grywać z Bruce’em Willisem. Następne dwa lata to zdecydowanie najważniejszy moment w karierze Irlandczyka. Niby w jego życiu prywatnym już coś zaczęło się komplikować – małżeństwo z koleżanką po fachu Amelią Warner nie trwało nawet pół roku, dwa lata później modelka Kim Bordenave urodziła mu syna – zawodowo był jednak na szczycie. Schumacher dał mu kolejną szansę i obsadził w głównej roli w „Telefonie”. Teraz już każdy kojarzył jego twarz. „Klikalność” Colina Farrella wzrosła dosłownie w ciągu kilku tygodni. Bardzo ważna w jego CV była też rola w „Raporcie mniejszości”. To po niej opowiadał, jaki to z Toma Cruise’a fajny ziomek, a przede wszystkim mógł sobie zaliczyć praktyki u samego Stevena Spielberga.
To nie koniec spotkań z idolami. W 2003 dostał bukiet pochwał od samego Ala Pacino, któremu towarzyszył na planie „Rekruta” – filmu akcji o CIA. Rzecz to taka można sobotnia i jednorazowa, ale Colin dwoił i się i troił, żeby zostać kolejnym ekranowym twardzielem. „S.W.A.T.” to w zasadzie wariacja na ten sam temat – znów szkolenia, akcje i specjalne jednostki. W życiu prywatnym natomiast kolejne rozstania, ale i zabawa, zabawa i jeszcze raz zabawa. Tu i ówdzie trafiał na listy najseksowniejszych żyjących mężczyzn. Telefon ciągle dzwonił. Gdzieniegdzie grał z irlandzkim akcentem, czasami walczył o role z Mattem Damonem bądź Benem Affleckiem. Nazwisko Farrell stało się marką. Przy tym wszystkim nie wspinał się na wyżyny artyzmu – jest raczej dobrym i uroczym hollywoodzkim rzemieślnikiem, który ma w sobie to „coś”. W 2003 trafił na ekrany irlandzki niskobudżetowy film gangsterski „Intermission”. Mniejsza o całość, ale otwierająca scena, w której jego bohater dosłownie i w przenośni zwala z nóg uroczą kasjerkę, przeszła już do historii kina. Colin na ekranie i w życiu zdaje się odgrywać tę samą rolę. Jest playboyem o złotym sercu, który sieje zniszczenie, ale nikt nie wydaje się mieć mu tego za złe.
Kiedy uważniej przyjrzeć się karierze Farrella to zdecydowanie brak w niej wybitnych momentów. Jest głośno, owszem, są nazwiska, ale to trochę mało. Współpraca z Oliverem Stone’em przy koniec końców kiczowatym „Aleksandrze”, potem aktorska wersja „Pocahontas” – krytycy nie zostawili na tych projektach suchej nitki. Mieszane uczucia wzbudziło przeniesienie na ekran „Policjantów z Miami”. Ciężko uwierzyć, że ktokolwiek mógł wejść w buty Sonny’ego Crocketta z krokodylej skóry, które już na zawsze będzie miał na stopach Don Johnson. W międzyczasie Colin totalnie stracił kontrolę. – Ten odwyk to przez leki przeciwbólowe po kontuzji pleców – tłumaczył jego agent. Tak, na planie „Aleksandra” podobno się działo – filmowa matka Angelina Jolie świadkiem. Aktor miał w tamtym okresie problemy z własnym synem, u którego wykryto rzadką genetyczną chorobę. Tymczasem brukowce wytknęły mu kolejne potomstwo. Aktorka Minnie Driver, wieloletnia przyjaciółka, milczała, kiedy dziennikarze pytali ją, gdzie jest tatuś jej synka. Studentce medycyny Muireann McDonnell też spóźniał się okres. Dla Farrella straciła ona zupełnie głowę, a przy okazji... swojego dotychczasowego chłopaka. Zresztą permanentnie – kiedy wygrzewała się wraz z Colinem w romantycznej scenerii włoskiego Amalfi, załamany poczciwina John popełnił samobójstwo. Colin znów wpadł w „wir wydarzeń” – życzliwi twierdzili, że wciąga i połyka na co dzień dawki, które mogłyby zabić konia. Poproszony kilka lat później podczas wspólnego wywiadu z Jimem Strugessem o udzielenie mu kilku życiowych porad odpowiedział: Mógłbym co najwyżej stworzyć listę odwyków, na których dobrze byś się czuł. Apogeum wszystkiego stał się nowy film. Znów główna rola. Powiedzmy, że to krótki metraż. Zamieszanie wokół 13-minutowej sex-taśmy, w której oprócz niego zagrała piękna (Colin nie mógł wyjść z podziwu przez jakieś 5 minut) modelka Nicole Narain wydawał się być gwoździem do artystycznej trumny i oznaką całkowitej degrengolady aktora. On jednak niespodziewanie odbił się od dna. Zagrał u Woody’ego Allena, a rok później nakręcił rewelacyjne „Najpierw strzelaj, potem zwiedzaj”. To chyba najlepszy występ w jego karierze. Zabawny i przejmujący. Nigdy wcześniej tak przekonująco nie grał brwiami jak tutaj, one hipnotyzują! Krytycy docenili – Farrell postawił w łazience Złoty Glob. Następnie pracował z Terrym Gilliamem, śpiewał country z Jeffem Bridgesem (zaskakująco dobrze!), świadkował na ślubie brata-geja, wreszcie dostał propozycję od Neila Jordana, która znów postawiła jego świat na głowie. Alicja! Kolejna miłość, kolejne dziecko, kolejne „obiecuję poprawę i proszę o rozgrzeszenie”. Jak wyszło, tak wyszło – trzeba żyć dalej. Ładny dzieciak przynajmniej wyrośnie z Henry’ego Tadeusza Farrella. Tym, którzy nie umieją się pogodzić z dezercją Farrella seniora, możemy jedynie powiedzieć, że trzeba było brać przykład z reszty świata. Tam czasem wspominali o jego związku z naszą ABC, ale nikt nie robił sobie nadziei. Oni dobrze znają krewkiego Irlandczyka. Mówił, że się zmienił? Że przemyślał wszystko i przewartościował? Ten oszust Colin znów zaśmiał się nam w twarz, a potem kolejny raz ruszył w tan!


























Nie ma jeszcze żadnych komentarzy...