MAGAZYN / FILM
Mleczna droga Gusa Van Santa
MLECZNA DROGA GUSA VAN SANTA
2009.11.08
Kariera twórcy "Słonia" przypomina nieco drogę mleczną. Czasem trudno ją dostrzec, ale bez wątpienia jest ważnym elementem gwiezdno-filmowego firmamentu.

Początek roku jak zwykle imponuje pod względem liczby znakomitych filmowych premier, zwłaszcza tych z oscarowymi szansami. Zdaniem wielu czarnym koniem tegorocznych nagród Amerykańskiej Akademii Filmowej może być najnowsze dzieło jednego z najciekawszych artystów współczesnej kinematografii. "Milk" (który na nasze ekrany trafi pod dość nieszczęśliwym tytułem "Obywatel M.", kojarzącym się z kontrowersyjną sztuką teatralną opartą na biografii premiera Leszka Millera) opowiada prawdziwą historię pierwszego Kalifornijczyka, który zwyciężył w demokratycznych wyborach, nie ukrywając tego, że jest gejem.

Pochodzący z Nowego Jorku Harvey Milk po przeprowadzce do San Francisco został gejowskim aktywistą i działaczem. Za trzecim podejściem, w 1977 roku, wybrano go do tamtejszej Rady Nadzorczej. Rok później razem z burmistrzem George'em Moscone'em został zamordowany przez swego politycznego przeciwnika.
To pierwszy i najprawdopodobniej jedyny w karierze Van Santa (który tak jak jego bohater nigdy nie krył swojej odmiennej orientacji) film poruszający wprost problem praw mniejszości seksualnych, zwłaszcza w tak jawnie politycznym kontekście. W całej jego twórczości wątki homoseksualne, choć obecne, nigdy nie stanowiły prowokacji ani ideowej manifestacji.

Początek drogi

Zdecydowanie najwięcej można ich odnaleźć na początku filmowej drogi Gusa Greene'a Van Santa Juniora, który urodził się w Louisville w Kentucky w bardzo zamożnej rodzinie. Dla nastawionego na sukces w biznesie ojca artystyczne ciągoty syna były trudne do zaakceptowania. Uznany za czarną owcę swojej klasy społecznej już jako młody chłopak nakręcił na taśmie ośmiomilimetrowej sporą liczbę autobiograficznych filmów. Po wielu przeprowadzkach osiadł w Portland, gdzie zaczął także działać na tamtejszej scenie muzycznej ze swoim zespołem "Destroy All Blondes". Poważną karierę filmową rozpoczął w 1985 roku. Pełnometrażowy debiut fabularny "Mala Noche" zrealizowany za jedyne dwadzieścia pięć tysięcy dolarów, pełna erotycznego napięcia opowieść o podróży trzech outsiderów przez Stany, zdobyła spory rozgłos. Kolejne, wyprodukowane w latach 80., wyraźnie gejowskie obrazy krótkometrażowe powoli zaczynały przypinać mu łatkę twórcy niszowego i środowiskowego. W obawie przed wpadnięciem w niewygodną szufladkę Van Sant uciekł w kierunku mainstreamu.

W stronę mainstreamu

Do swoich filmów zaczął angażować gwiazdy. We wciąż jeszcze dość awangardowym "Narkotykowym kowboju" zagrał Matt Dillon, w kultowym już dziś "Moim własnym Idaho" - Keanu Reeves i genialny River Phoenix, a w "I kowbojki mogą marzyć" - Uma Thurman. Co przyciągało wielkie nazwiska do tego niepozornego i niezbyt docenianego wówczas twórcy Być może jego skromny, mało gwiazdorski styl bycia oraz oryginalne pomysły realizatorskie. Przy okazji premiery "Za wszelką cenę" w Cannes wielka Nicole Kidman wyznała, że "od dawna pragnęła pracować z Gusem", a jego scenariusz "zachwycił ją swoim makabrycznym komizmem". Robin Williams zaś zachwalał jego podejście do aktora: "Przy nim człowiek jest tak wyluzowany, że jakby gra sam i nagle odkrywa w sobie rzeczy, o których nie miał pojęcia. On jest taki kojący, tańszy niż jakikolwiek proszek czy lek".
Droga ku mainstreamowi doprowadziła reżysera do wielkiego prestiżowego i artystycznego sukcesu. "Buntownik z wyboru" zrealizowany na podstawie powstającego przez blisko 20 lat scenariusza autorstwa dwóch gwiazdorów: Matta Damona i Bena Afflecka, był prezentowany na wielu międzynarodowych festiwalach oraz nominowany do dziesiątek nagród, w tym Oscara. Uznanie krytyków i widzów sprawiło, że nazwisko Van Santa zaczęło funkcjonować w świadomości miłośników kina na całym świecie.

Czas na rozwód

Euforia nie trwał jednak zbyt długo. Romans Van Santa z kinem popularnym wkrótce zaowocował dwiema bardzo słabymi produkcjami, które wprawiły w osłupienie fanów jego twórczości. Klęska zmiażdżonego przez krytykę "Psychola", remake'u "Psychozy" Hitchocka z gwiazdorską obsadą, oraz nieznośnie wręcz słodkiego "Szukając siebie" z Seanem Connerym w roli siedemdziesięcioletniego pisarza biorącego pod swe skrzydła literackiego debiutanta z miejskiego getta szybko zachęciły reżysera do powrotu do kina niezależnego i artystycznego.Idealną odtrutką na grzech komercji okazał się inspirowany twórczością Węgra Beli Tarra "Gerry" - pierwszy obraz z planowanej trylogii, której głównym tematem jest śmierć. Van Sant zaskoczył wszystkich. Kontrast między kilkoma jego wcześniejszymi filmami a tym niepozornym dziełem jest wręcz szokujący. Nic dziwnego, że "Gerry" spotkał się ze skrajnymi opiniami. Blisko dwugodzinna opowieść o wędrówce dwóch przyjaciół przez pustkowia, w której pada zaledwie kilkadziesiąt zdań, mimo iż została zbojkotowana przez większość dystrybutorów skazujących ją niemal wyłącznie na obieg festiwalowy, po raz kolejny ukazała nieprzeciętny talent i charakter artysty.

Własna ścieżka

Gus poszedł za ciosem, zaryzykował i znowu zwyciężył. Wyprodukowana za pieniądze telewizji HBO druga odsłona trylogii śmierci - "Słoń" przyniosła mu największy jak dotąd sukces branżowy. Został on bowiem pierwszym w historii twórcą wyróżnionym na festiwalu w Cannes zarówno Złotą Palmą, jak i nagrodą za reżyserię. Genialny w swej prostocie, pięknie sfotografowany i wymyślnie skonstruowany film poruszający temat krwawych wydarzeń, jakie miały miejsce w 1999 roku w liceum Columbine, jest swoistą odpowiedzią na propagandowe i manipulatorskie podejście do tego samego dramatu, jakie Michael Moore zastosował rok wcześniej w swoich oscarowych "Zabawach z bronią". W prawdzie klasie "Słonia" nie dorównała już ostatnia część trylogii - "Last Days", w której Van Sant opowiada o ostatnich dniach życia lidera zespołu rockowego - postaci jawnie nawiązującej do osoby Kurta Cobaina, ale reżyser pozostał wierny wykorzystywanej w swych ostatnich filmach ascetycznej formie i nadal nie stronił od formalnych eksperymentów. W swoim przedostatnim dziele "Paranoid Park" umiejętnie połączył zdjęcia rejestrowane za pomocą klasycznej kamery z materiałem wykonanym na 8-milimetrowej taśmie filmowej. Nagrywane małym sprzętem sceny popisów skateboardzistów dodają obrazowi realizmu. Reżyser zastosował też nowatorski sposób przeprowadzenia castingu za pośrednictwem serwisu MySpace.

Bez ograniczeń

Gus Van Sant jest artystą o szerokich zainteresowaniach i polach działania. Nie ograniczał się nigdy wyłącznie do kinematografii. Jest fanem fotografii. W 1992 roku ukazał się obszerny zbiór jego prac pod tytułem "108 Portraits". Miłość do muzyki zaowocowała z kolei wydaniem w 1997 roku dwóch solowych albumów: "Gus Van Sant" i "18 Songs About Golf". Dwanaście lat wcześniej jego głos pojawił się już zresztą na płycie Williama S. Burroughsa "The Elvis Of Letters". Stworzył też kilkadziesiąt teledysków m.in. do "Fame '90" Davida Bowie, "The last song" Eltona Johna, "Bang bang bang" Tracy Chapman, "Under the bridge" Red Hot Chili Peppers, "San Francisco days" i "Solitary man" Chrisa Isaaka czy "Weird" grupy Hanson.

Bliskie relacje z muzykami rockowymi nie pozostały bez wpływu na jego twórczość filmową, niekiedy niestety tragicznego. Swego czasu całe środowisku huczało od plotek na temat ostrych imprez odbywających się na planie "Mojego własnego Idaho", których głównym prowodyrem miał być basista Red Hot Chili Peppers - Flea. Od tamtej pory problem z narkotykami zaczął mieć wybitny młody aktor River Phoenix, który dwa lata później zginął z przedawkowania środków odurzających. Swój żal po jego śmierci Gus Van Sant zawarł w dedykowanej mu powieści "Pink".
Filmem "Milk" reżyser powraca do kina głównego nurtu. Oby tym razem romans z mainstreamem wyszedł mu na zdrowie. Wszak nie od dziś wiadomo, że trzeba pić mleko, żeby być wielkim.

GALERIA

Nie ma jeszcze żadnych komentarzy...

Imię
Email
Komentarz


Wpisz litery, które widzisz na obrazku powyżej.
Pojawiają się tylko litery od A do Z.
Wielkość znaków jest nieistotna.