MAGAZYN / FILM
Walc z Bashirem
WALC Z BASHIREM
CZYLI DOKUMENTU Z FABUŁĄ ANIMOWANE TANGO
Tekst: Bartek Pulcyn    
2009.11.04
Pogranicza gatunków - fikcji i dokumentu - są coraz odważniej eksplorowanym terenem filmowego świata. Czy po końcu historii, śmierci Boga, narracji i autora czeka nas kres klasycznego filmu fabularnego

Kilka tygodni temu polska prasa huczała od pochwał pod adresem Andrzeja Wajdy, który na festiwalu w Berlinie pokazał swój najnowszy film "Tatarak". Reżyser podczas konferencji prasowej zawyrokował, że przyszłością kina są filmy z pogranicza dokumentu i fabuły, czyli generalnie takie jak jego własny. Słowa osiemdziesięciotrzyletniego nestora, można by rzeczywiście uznać za wytyczające nowe kierunki w kinematografii, gdyby pomijając ich egotyczny i autopromocyjny charakter, nie były spóźnione o mniej więcej dekadę.

Coraz wyraźniejszy mariaż obu gatunków można wszak obserwować od dawna. Do języka filmowego już na stałe trafiło kilka terminów określających to połączenie m.in. jako fabularyzowany dokument, docufiction, docudrama, ethnofiction, mockumentary, reality film, animated documentary. Wystarczy też spojrzeć na kinowe premiery ostatniego sezonu jak "Fros/Nixon", "W", " Obywatel Milk" czy nieco wcześniejsze "Miasto Boga", "Droga do Guantanamo", "Good Night, and Good Luck", "Cloverfield" czy "Borat". Wszystkie te bardzo różnorodne filmy znakomicie wpisują się w dostrzeżony przez mistrza trend. Wybitnym przykładem obrazu z wdziękiem balansującego na granicy obu typów narracji jest jeden z najciekawszych filmów 2008 roku - wyróżniony wieloma prestiżowymi nagrodami, w tym Złotym Globem dla filmu nieanglojęzycznego, izraelski "Walc z Bashirem".

Autoterapeutyczne śledztwo

Animowany dokument, który zadebiutował na ubiegłorocznym festiwalu w Cannes, jest swoistą kinematograficzną analizą stresu pourazowego, jakiego doznał główny bohater - reżyser filmu, dwudziestoletni wówczas Ari Folman - podczas służby w izraelskim wojsku. W 1982 roku, w trakcie pierwszej wojny libańskiej, był on świadkiem masakry dokonanej na palestyńskich cywilach w libańskich obozach dla uchodźców Sabra i Szatila. Impulsem do powstania obrazu stała się podobno rozmowa Folmana z wieloletnim przyjacielem i towarzyszem broni Boazem. Opowiedział mu on o swym trudnym doświadczeniu wieloletniego zmagania się z wciąż powracającym sennym koszmarem, w którym jest ścigany przez hordę 26 wściekłych psów. Interpretacja snu nie pozostawiała, zdaniem obu przyjaciół, wątpliwości - podczas wojny jako snajper Boaz zajmował się zabijaniem psów, które mogłyby szczekaniem zaalarmować mieszkańców wioski, do której zbliżali się izraelscy żołnierze. Historia ta zachęciła Ariego do przywołania własnych wspomnień z tamtych dni. Okazało się jednak, że zostały one całkowicie wyparte i zastąpione surrealistycznym obrazem kąpieli w ciepłym i słonym morzu w blasku wojskowych rac... Jego film jest zapisem autoterapeutycznego śledztwa, mającego na celu rekonstrukcję prawdziwych wydarzeń. Jest też okazją do odważnego rozliczenia się z tym haniebnym epizodem w historii Izraela.

Animacja w służbie dokumentu


Wybór formy - animowanego dokumentu - był podyktowany dwoma podstawowymi względami. Po pierwsze dzięki rysunkowym postaciom możliwe było ukrycie wizerunków bohaterów występujących na ekranie. Z siedmiu pojawiających się w filmie osób dzielących się swym doświadczeniem wojny dwie nie zgodziły się na wykonanie animowanych wersji swych twarzy oraz nie użyczyły reżyserowi głosów. W ich role wcielili się profesjonalni aktorzy. Ważniejszą jednak przesłanką była specyfika tematu obrazu. Animacja dawała twórcom znacznie więcej wolności i możliwości do ukazania zmagań z pamięcią, która w sytuacji pourazowego stresu zaczyna płatać figle; pojawiają się koszmary, reminiscencje, fałszywe wspomnienia, surrealistyczne wizje.

Decyzja dotycząca gatunku nie ułatwiła jednak Folmanowi życia, zarówno ze względu na kwestie finansowe, jak i charakter procesu jego realizacji. Potencjalni producenci niezbyt przychylnie podchodzili do pomysłu stworzenia kosztownych i czasochłonnych animacji do filmu dokumentalnego. Podobnie zresztą jak decydenci stacji telewizyjnych, którzy podczas pitchingu w Toronto, na którym został zaprezentowany projekt, przyjęli go bardzo chłodno. Na początku produkcja wspierana była jedynie przez jedną izraelską stację telewizyjną Chanel 8, która oferowała dotację w wysokości 120 tysięcy dolarów. Pierwsze kroki na drodze do powstania obrazu reżyser był zmuszony sfinansować z własnej kieszeni w ramach założonej firmy Bridgit Folman Film Gang.

Cierpliwość popłaca

Ostatecznie dzięki koproducentom z Niemiec i Francji budżet filmu wyniósł dwa miliony dolarów. Jego realizacja trwała cztery lata, które wypełniło kompletowanie dokumentacji, pisanie scenariusza, rejestracja poszczególnych sekwencji tradycyjnymi metodami w studio, wykonanie storyboardów oraz projektów postaci i w końcu rola animatorów. Obraz jest połączeniem animacji klasycznej, animacji 3D, animacji wycinankowej cut-out oraz Flash. Zespół składający się z ośmiu twórców (podobno tylko tylu kompetentnych ludzi w tej dziedzinie mieszka w Izraelu) był w stanie stworzyć około 37 klatek (1,5 sekundy filmu) podczas dziewięciogodzinnego dnia pracy. Tempo powstawania dzieła wystawiło cierpliwość reżysera na poważną próbę. Jego determinacja przyniosła jednak dorodne owoce. Powstało bowiem dzieło wybitne. Pominięte co prawda przy okazji głównych nagród na festiwalu w Cannes, ale z pewnością zapadające w pamięć każdego, kto się z nim zetknie. To, co w "Walcu z Bashirem" ujmuje przede wszystkim, to jego duszny, klaustrofobiczny i oniryczny nastrój, spotęgowany znakomitą, wyróżnioną Europejską Nagrodą Filmową, muzyką Maxa Richtera.

Zaproszenie do tanga

W swoim dziele Folman dokument i fabułę zaprosił do tanga. Oba gatunki przenikają się tu bowiem niczym w tanecznym układzie. Nie jest to jednak koegzystencja spokojna i harmonijna. Między sekwencjami dokumentalnymi a retrospekcjami, surrealistycznymi wizjami i fałszywymi rekonstrukcjami zdarzeń wyczuwalne jest stałe napięcie. Tak jakby raz jeden, raz drugi sposób narracji przejmował prowadzenie i uwodził widza. Fantazyjne projekcje mieszają się ze scenami brutalnych aktów przemocy, wypowiedzi świadków z subiektywnymi, mało realistycznymi wspomnieniami. Nie brakuje tu również humoru, głównie czarnego.

Kres fabuły

Czy "Walc z Bashirem" jest zwiastunem przełomu w kinematografii Czy łączenie filmu dokumentalnego z fabularnym jest znakiem czasu Czy warto nadawać temu mariażowi, jak chce Andrzej Wajda, rangę gatunku przyszłości Bardzo wątpię. Wszak to, że najlepsze scenariusze pisze życie, wiadome jest od dawna. Kino od swego zarania czerpie z tego faktu pełnymi garściami, czego dowodem są setki filmów biograficznych i tysiące tych zrealizowanych na podstawie prawdziwych wydarzeń. Eksperymenty, zabawy formą są płodne jedynie wtedy, gdy służą przekazywanej treści, są z nią spójne. Nic nie zapowiada, by twórcy filmów fabularnych mieli w najbliższym czasie wyraźniej nawiązywać do poetyki dokumentu czy posługiwać się przynależnymi mu środkami wyrazu.

Owszem, przykładów obrazów, w których granica między fikcją a dokumentem jest albo zacierana, albo w obu kierunkach przekraczana znaleźć można niemało. Wystarczy wspomnieć cykl grozy "Blair Witch Project", ekscentryczne wygłupy Sacha Baron Cohena w "Borat: Podpatrzone w Ameryce, aby Kazachstan rósł w siłę, a ludzie żyli dostatniej" i "Bruno", intrygujących "Idiotów" Larsa Von Triera czy "Projekt: Monster". Szczególny pod tym względem okazał się rok 2008, w którym premiery miały trzy istotne amerykańskie produkcje wpisujące się w ten sam trend: wplatające w fabułę archiwalne zdjęcia "W" Olivera Stone'a, "Obywatel Milk" Gusa Van Santa oraz "Frost/Nixon" Rona Howarda, zawierający sceny imitujące tak zwane "gadające głowy" znane z dokumentów. Biorąc pod uwagę oscarowe sukcesy dwóch ostatnich, grono naśladowców może się powiększyć, ale nic nie wskazuje na epidemię.

Znacznie bardziej prawdopodobny jest dalszy wzrost popularności pełnometrażowych dokumentów. Gatunek ten stale umacnia swoją pozycję od czasu "Zabaw z bronią" Moora, które zaprezentowane zostały w konkursie głównym w Cannes w 2002 roku. W ciągu kolejnych lat takie tytuły jak "Przeznaczone do burdelu", "Marsz pingwinów", "Mgły wojny", "Murderball", "Super Size Me", "Niewygodna prawda" czy ostatnio "Człowiek na linie" i "Spotkania na krańcach świata" zdobywały nie tylko uznanie krytyków, ale i uzyskiwały znakomite wyniki frekwencyjne.

***

Być może w świecie zdominowanym przez transfer informacji "na żywo" i "on-line" coraz trudniej jest twórcom snuć wiarygodne, zrozumiałe i atrakcyjne dla widza opowieści. Odbiorcy przyzwyczajonemu do codziennej dawki realizmu niełatwo jest zaimponować "udającą" rzeczywistość prostą fabułą. To daje spore pole do popisu dokumentalistom, którzy coraz odważniej stają do walki o sympatię publiczności, korzystając z form przypisywanych dotąd jedynie dziełom fabularnym. O klasyczne kino nie mamy się jednak co lękać. Jego funkcja eskapistyczna wciąż ma się dobrze. I nic w tej mierze nie zapowiada gwałtownej zmiany. Dobrze opowiedziana, poruszająca historia, choćby najprostsza w formie, zawsze się obroni, jeśli tylko pozwoli widzom uwierzyć, że nie "jest", ale "może być" prawdziwa.

GALERIA

Nie ma jeszcze żadnych komentarzy...

Imię
Email
Komentarz


Wpisz litery, które widzisz na obrazku powyżej.
Pojawiają się tylko litery od A do Z.
Wielkość znaków jest nieistotna.