Wieść o rzekomym pojawieniu się Petera Saville'a wśród gości tegorocznego rozdania prestiżowych D&AD Awards połechtała wyobraźnię amatorów postpunkowych obrazków. Bilety na panel dyskusyjny z jego udziałem sprzedały się w ciągu kilku godzin. Sceneria wypchanej po brzegi auli Logan Hall logistycznie przypominała rockowe show, zainstalowano nawet specjalny telebim, przed którym gromadzili się zainteresowani. W takich okolicznościach przyrody znany z protekcjonalnego stosunku do uprawianej sztuki Saville obwieścił koniec artyzmu okładek. Nic dziwnego – biorąc pod uwagę, że robił to, co robił, początkowo głównie z zazdrości.
Kiedy w 1976 roku Sex Pistols pierwszy raz zagrali w Manchesterze, na sali były 42 osoby. Wśród garstki zapaleńców znaleźli się m.in Howard Devoto (Buzzcocks, Magazine), Martin Hannet, członkowie Stiff Kittens (później Joy Division) oraz Tony Wilson, dziennikarz odpowiedzialny za popularyzację sceny punk. Kilka lat później ich drogi ponownie spotkają się przy realizacji projektu Factory. Ale zanim Manchester stał się wylęgarnią najciekawszych zespołów lat 80., to punk rock opanował ulice Zjednoczonego Królestwa, a Sex Pistols wydali na świat jedną z najbardziej rozpoznawalnych okładek – „God Save the Queen” autorstwa Jamie’ego Reida. Saville miał wtedy za sobą pierwszy rok studiów graficznych i głowę zajętą rosyjskim konstruktywizmem. „Nie widziałem koncertu Sex Pistols w Manchesterze, nie nadawałem na tych samych falach, wtedy wystarczał mi David Bowie i Roxy Music, byłem zafascynowany Kraftwerkiem” – przyznaje. Urok artystycznej samowolki udzielił się Saville'owi dopiero po pierwszych sukcesach szkolnego kolegi Malcolma Garretta, gwiazdy designerskiej alternatywy. „Miałem dosyć robienia projektów stricte uczelnianych, no i cholernie zazdrościłem Malcolmowi, który pracował dla Buzzcocks”.
Wiedział, gdzie uderzyć. W 1978 r. istniało tylko jedno miejsce, w którym w ciągu miesiąca na tej samej scenie zagrali Cabaret Voltaire, Humane League i Joy Division. Na pomysł rozkręcenia klubu, który z zalożenia miał być inkubatorem młodych talentów, wpadł Tony Wilson. Saville zaaranżował niby-przypadkowe spotkanie po koncercie młodziutkiej Patti Smith. Nie wiadomo, czy Wilson był bardziej pod wrażeniem młodego erudyty bredzącego coś o niemieckich mistrzach typografii, czy może po prostu, jak chcieliby złośliwi, był pod wpływem wiadomych środków. Tak czy inaczej – zaproponował Saville’owi zaprojektowanie plakatu dla Factory. Inspiracją stała się alternatywna wersja okładki płyty „Autobahn” Kraftwerka, na której widniał znak drogowy oznaczający autostradę. Grafikowi tak bardzo spodobała się ostrzegawcza symbolika, że zaczął odklejać i odłupywać wszystko, co miało żółto-czarne barwy, nie oszczędzając nawet gmachu własnej uczelni. Po kilku tygodniach plakat był gotowy.
Rok później Wilson poprosił Saville'a, żeby zaprojektował okładki dla kilku zespołów, które występowały kiedyś w Factory, a teraz miały stać się gwiazdami katalogu nowo powstałej wytwórni o tej samej nazwie. Dyrektor artystyczny Factory Records cieszył się absolutną wolnością twórczą, zresztą podobnie jak muzycy, którzy związali się z tym niesfornym labelem. Saville, realizując swoje artystyczne fanaberie, kilkakrotnie pogrążył finansowo wytwórnię. Do najbardziej spektakularnych należy historia okładki do „Blue Monday”, przełomowego singla New Order. Banita Saville, który w międzyczasie ulotnił się z tonącego w długach Factory do DinDisc, oddziału burżuazyjnej Virgin Records, zaproponował iście warholowskie rozwiązanie. Projekt utrzymany w stylu die-cut miał do złudzenia przypominać dyskietkę. Choć „Blue Monday” był 12. wśród najlepiej sprzedających się nagrań w historii muzyki, to zarząd wytwórni zamiast skakać z radości, płakał rzewnymi łzami – bynajmniej nie ze szczęścia. Jak głosi legenda, produkcja okładki była tak kosztowna, iż zaprzestano jej rozpowszechniania, bo zwyczajnie się to nie opłacało.
Ale to, co Wilsona doprowadziło do bankructwa, Saville’owi paradoksalnie przyniosło popularność. Rozszerzył więc pole działania. Projektował już nie tylko okładki (Wham!, Roxy Music), ale dodatkowo współpracował z projektantami mody (Dior, Yamamoto). Do tego tworzył monumentalne kampanie reklamowe dla Kate Moss, Adidasa, Selfridges czy Kilgour. W 2003 roku grafik hucznie świętował retrospektywę reklamowej działalności w londyńskim Design Museum, co z kolei przywróciło zainteresowanie jego artystyczną aktywnością. Galerie z całego świata ściągały do siebie konceptualne eksponaty Saville'a, a wraz z nimi też jego najciekawsze okładki. Mógł ten spóźniony splendor koniunkturalnie wykorzystać, tymczasem zaczął konsekwentnie odchodzić od projektowania okładek. Na pytanie, dlaczego, odpowiada z niesmakiem: „Znudziło mi się". Figlarz!

































Nie ma jeszcze żadnych komentarzy...