MAGAZYN / DESIGN
OD NIELEGALU DO OFICJALU
OD NIELEGALU DO OFICJALU
POLSKI STREET ART
Tekst: Aleksander Hudzik    
2011.06.08
Awantura o służewiecki mur uświadomiła wszystkim, że wartość ścian pomazanych sprayem oszacowują dziś marketerzy. Świat reklamy próbuje zwęszyć interes, gdzie się tylko da, stąd wykonanie muralu znajduje się dziś w ofercie różnych agencji jako tzw. działanie niestandardowe.  A gdzie w tym wszystkim jest sztuka...?

Street art w 2010 roku dobił ostatecznie do brzegu zwanego popkulturą. Banksy za swój film „Wyjście przez sklep z pamiątkami”, w którym przez ponad 90 minut robi nas w balona, omal nie otrzymał Oskara. Statuetki nie zdobył, ale sporą widownię – na pewno. Co więcej, publika mogła zobaczyć jego film nie tylko w studyjnych, ale też zupełnie komercyjnych kinach. O Banksym warto mówić, a gdy robi to on sam, powinniśmy być szczęśliwi w dwójnasób. Warto mówić także o tym, co dzieje się u nas. Książka „Polski street art” Elżbiety Dymnej i Marcina Rutkiewicza to właśnie przewodnik po naszym podwórku. Jednym się podoba, drugim nie, ale na pewno na jej dostępność i popularność narzekać nie można. Teraz każdy bywalec księgarni obok albumu contemporary art i photography now może zobaczyć sztukę ulicy. Street art stał się celebrytą na artystowskim świeczniku. Ale jak się tam wspiął? Kalendarz kulturalny usiany jest wydarzeniami z metką street. Murale powstają jak grzyby po deszczu. Zamiast do IKEI idziemy na targi „Need For Street”, gdzie kupić można designerskie gadżety typu DIY. Do klubów przyciągają nas nie tylko koncerty, ale street art jamy. Wystarczy przypomnieć Secret Wars 2010. Bitwa na flamastry między ekipą z Polski i Szkocji wypełniła warszawskie Powiększenie po brzegi i rozgrzała publikę do czerwoności. Tacy twórcy jak Zbiok, M-City czy Sepe stali się rozpoznawalni na równi z artystami sztuki „wysokiej”. Mamy popularnych artystów, mamy znane prace. Wszystko to jest wierzchołkiem góry, która formuje się już od wielu lat. Rozpoznawalność medialna street artu przyciągnęła zainteresowanie wszystkich, w tym wielkich międzynarodowych koncernów. Cóż, orężem popularności można wiele zdziałać. Ale – jak się niedawno okazało – można się też pokaleczyć. O mały włos nie stało się to udziałem marki adidas. Firma utożsamiana z kulturą ulicy, muzyką, sportem, wreszcie deską i graffiti, omal nie strzeliła sobie w stopę, gdy postanowiła zrealizować niestandardową kampanię, która podziałałaby na wyobraźnię coraz liczniejszych wyznawców street artu. A gdzie w Warszawie najlepiej przemówić językiem sztuki ulicy, jeśli nie na służewieckim murze (gwoli przypomnienia, drugą intratną przestrzeń – Metro Centrum – zajęła już firma Nike)? Mekka polskiego graffiti, 1100 metrów ściany, ponad 250 dzieł – to wszystko miało pójść pod pędzel na rzecz gigantycznej reklamy adidasa. Plotka o zaanektowaniu muru przez znany brand poszła w świat, a raczej w cyberprzestrzeń, i w ciągu ledwie kilku godzin facebookowa grupa „adisucks” miała 10 tys. członków, namawiających swoich znajomych do bojkotu marki. Wypadało już tylko czekać na chóralne: „Gdzie jest mur”. Cała „afera adidasa” przypominała odbijanie piłki, z tym że pomiędzy firmą a środowiskiem stał jeszcze cały zastęp pośredników, co dodatkowo gmatwa sprawę. Szum podkręcały też media – TVN i Gazeta Stołeczna w mnożących się nieporozumieniach dopatrywały się co najmniej zamachu na wolną i demokratyczną wypowiedź. Ściana służewieckiego Toru Wyścigów Konnych jest faktycznie przestrzenią demokratycznej sztuki. Wiele można o niej mówić, wiele zarzucić – przyjmuje raz lepsze, raz gorsze dzieła. Niestety, od dłuższego czasu zarastała mchem. Plan zagospodarowania jej nowymi ni to muralami, ni to billboardami kreującymi wizerunek adidasa jako marki młodzieżowo-streetartowej to niewypał – szczęśliwie tak w zamyśle, jak i realizacji. Historia ma jednak swój szczęśliwy finał. Tak oto za sprawą adidasa i sporego zamieszania mur zyskał parędziesiąt metrów nowego wdzianka (zagruntowaną przez adidasa ścianę już tydzień później sprejowali bracia streetersi) i sporo szumu, który na pewno na złe mu nie wyjdzie.

Odkąd street art stał się modny, nie może się opędzić od wielbicieli. A tymi równie często co firmy prywatne są państwowe instytucje, które potrzebują dużo młodzieżowego „lubię to”. W taki oto sposób w Roku Chopinowskim na ścianach zaobserwowaliśmy wzmożone występowanie Fryderyków Chopinów. Naszą chopinadę zacznijmy od preludium. Już w 2009 roku na skrzyżowaniu ulic Złotej i Marszałkowskiej w Warszawie powstał pierwszy mural chopinowski. Frycek gra, pod palcami wije mu się klawiatura, a gdzieś obok pod parasolką skrywa się jego ukochana George Sand. Wszystko wygląda świetnie, do pracy nad muralem przyłożyli się profesorzy polskiego streetu: Sepe, Chazme i Elo Melo. Jeden Chopin to naprawdę dobra inicjatywa, szczere połączenie polskiej tradycji i sztuki nowych czasów. Cała armia Chopinów to niestety inna bajka. Tymczasem wizerunków naszego wielkiego kompozytora w samej Warszawie zrealizowano jeszcze kilka. Piętnaście minut piechotą i jesteśmy przy ulicy Konopczyńskiego, gdzie czeka aż dwóch Chopinów. W tym przypadku za sprawą nie stoją jednak ludzie, którzy bawią się farbą w puszce, a firma graficzna. Ta obok Chopina na murach polskich miast upamiętnia też kubki do kawy, ubrania, itp. Zresztą nie o biednego Frycka tu chodzi, a o reklamę, która przybrała streetartowe wdzianko. „Bo też kocham Chopina... i słuchać”, jak Adaś Miauczyński, „ale nie przez drzwi, sufit, ścianę!”, czyli po prostu na siłę. Ani słuchać, ani oglądać. Nie lubię też myśleć o tym, że Maria Skłodowska-Curie, nowy „patron roku”, już doczekała się muralu. Boję się o to, jak uwieczniony zostanie kolejny jubilat – Czesław Miłosz. Rapujący wiersze? Czy walczący z Szymborską na nagrody Nobla?

W muralach chopinowskich sprytnie wykorzystano wizualne skojarzenie ze street artem. Podobieństwo kończy się jednak na formie wykonania – może i na ścianie, ale bez ducha, którym sztuka ulicy żyje. Wychwycono modę na styl graficzny, ale pogardzono ideą, która street artowi od początku towarzyszy. Murale nie mają w sobie tego buntowniczego rozczochrania, które zastąpione jest kaskadą radosnych barw. Angażować street art w defiladowe dekoracje to trochę jak kazać Rychowi Peji śpiewać hymn podczas meczu reprezentacji. Chcielibyście? On Szacunek Ludzi Ulicy zdobył raczej tekstami w stylu: Komercja, komercja, to mnie właśnie irytuje. No właśnie.

Grad zarzutów o zaprzedanie ideałów spadł na Zbioka, któremu przypadło w udziale tworzenie murali pokazywanych w ubiegłorocznym spocie reklamowym TVN-u, a który już wcześniej współpracował z kilkoma markami odzieżowymi. Była to jednak krytyka bardziej zawistna niż merytoryczna. Zbiok po prostu dobrze zarobił, a kto nie lubi zgarniać pieniędzy za to, co lubi robić, a przy okazji robi to znakomicie? Czy szanowany artysta popularnego nurtu sztuki współczesnej ma sprzedawać frytki w McDonald’s, a po nocach ganiać ze sprayem w dłoni? Dla większości nie, ale dla niektórych – tak.

Oceniając sytuację street artu w Polsce nie da się przeoczyć pewnych tendencji, sprzecznych ideologii, które tę sztukę rozrywają. Jej pole oddziaływania staje się coraz szersze, co dzieli rosnące środowisko na frakcje. Ortodoksi nadal będą marzyli o graffiti rodem z lat 80. z Nowego Jorku – czystej rebelii w sprayu. Młodsi zaakceptują pewne kompromisy, gdyż nie jest prawdą, że sztuka ulicy sprzedała się za popularność. Powinniśmy raczej dostrzegać plusy tej popularności, jak choćby to, że odwiedzili nasz kraj panowie Blu i Roa, zostawiając po sobie ślady, a konkretnie Ściany – w Warszawie i we Wrocławiu w ramach festiwalu Out Of Sth. Do Polski zawitali też Inse i Inka, a to mniej więcej tak, jak gdyby Madonna odwiedziła nas trzy razy i jeszcze nagrała tu teledysk.

Do nas przyjeżdżają, my wyjeżdżamy – i nie chodzi tu o loty na Zieloną Wyspę. M-city podbija swoimi czarno-białymi muralami nie tylko europejskie miasta. Ostatnio artysta gościł m.in. w São Paulo i Rio de Janeiro. Natomiast projekt Super City Bros. panów z Vlepvnetu zawędrował aż do Norwegii. Vlepvnet znalazł zresztą sposób na street-pop – ich ideą jest Postvandalizm, czyli wszystko to, co wiąże się z dewastacją, chaosem i wywrotową działalnością, która leży u podstaw sztuki ulicy. Wykorzystane zostaje to, co w przestrzeni publicznej brzydkie, zniszczone, już zdewastowane, co przez popkulturę jest wyrzucone na śmietnik. Idea jest klarowna – odkrywamy potencję brzydoty miasta, pokazujemy i czekamy na reakcję. Zresztą na podobnej zasadzie opierają się działania panów z galerii Viuro i samozwańczego pierwszego wandala Warszawy, niejakiego KRAC -a (jeśli nie kojarzycie, przejdźcie się dowolną ulicą w centrum Warszawy).

Czy street to tylko Warszawa? Nie! Kraków, Wrocław, Poznań – tam, gdzie rozwija się sztuka, popularyzuje się też street art. Wspomniany Out Of Sth zapełnił wrocławskie ściany pracami najwyższej próby, artystów takich jak Vova Vorotniow. Kraków gościł w zeszłym roku grupę Twożywo w ramach festiwalu Artboom. Wreszcie wiele działo się w Poznaniu na Biennale Sztuki Mediations. Street art staje się pełnoprawną sztuką w przestrzeni publicznej. Tworzy wizerunek miasta, tak jak tworzą go inne działania artystyczne poza obszarem galerii. Zaciera się granica między muralami a palmą Rajkowskiej i rzeźbami Althamer (z tym że Joannie Rajkowskiej nikt nie kazał stawiać w Warszawie palmy upamiętniającej Wielki Czyn, a Althamer mógł postawić na Pradze pomnik Gumie, a nie Wielkiemu Rodakowi). Wzrostowi zainteresowania street artem towarzyszą też inicjatywy bardziej utylitarne i z założenia nastawione na zysk, czerpiące jednak inspirację z tego nurtu i aprobowane przez środowisko, jak popularna trójmiejska marka odzieżowa Mleko.

Street art łatwo wykorzystać – nie ma zaplecza instytucjonalnego towarzyszącego sztuce z galerii, nie ma krytyków, kuratorów, artystycznego światka. Jest tylko moda, która spowodowała, że dziś ten rodzaj sztuki wypada lubić, nawet jeśli niewiele się z niego rozumie. Z drugiej strony chyba nie sposób oczekiwać, że coś, co miało swój początek dawno i daleko, czyli w latach 80. w USA, miałoby tkwić ciągle w tym samym punkcie. Street art musiał w końcu zostać doceniony w taki a nie inny sposób, wejść z undergroundu na salony. Problem w tym, by – jak mówi Banksy – pop zrobił dla street artu to, co „Karate Kid” dla sztuk walki, a nie to, co „Szczęki” dla surfingu.

Autor: mnebgb
22-11-2011 12:46:56
CG2A1x , [url=http://yupuajfxkgrw.com/]yupuajfxkgrw[/url], [link=http://kcqgclhsysof.com/]kcqgclhsysof[/link], http://hbvabnwdwnke.com/
Autor: Carly
20-11-2011 19:53:43
I supspoe that sounds and smells just about right.
Autor: Maciej Szumny
18-07-2011 17:27:13
Swietny tekst. A Krac moim zdaniem zupelnie, ale to zupelnie nie ma nic wspolnego ze street artem.
Imię
Email
Komentarz


Wpisz litery, które widzisz na obrazku powyżej.
Pojawiają się tylko litery od A do Z.
Wielkość znaków jest nieistotna.