MAGAZYN / DESIGN
SUROWE PIĘKNO
SUROWE PIĘKNO
Tekst: Anna Serdiukow    Foto: Adam Pańczuk    
2009.11.07
„Karczeby” to fotograficzny projekt pokazujący wieś Podlasia. Autor zdjęć, Adam Pańczuk, został wyróżniony w 2009 roku przez prestiżową agencję Magnum. Wystawa jego prac jest pokazywana od 28 stycznia w warszawskiej Yours Gallery. Odchodzący świat surowej poezji. Zobaczcie koniecznie.

Skąd pomysł na cykl zdjęć „Karczeby”?

Od pięciu lat robiłem zdjęcia wsi. Przez ten czas projekt ewoluował. W pewnym momencie zobaczyłem coś, co wykraczało poza to, co mogłem pokazać w zwykły reporterski sposób. Zacząłem portretować ludzi, którzy pracują na roli. Od pokoleń uprawiają tę ziemię. Mając już kilka zrobionych zdjęć, poszedłem do człowieka, który jest reżyserem wiejskiego teatru. Pokazałem mu swoje prace i powiedziałem, że brakuje mi nazwy – elementu, który spinałby te zdjęcia. Po kilku dniach zadzwonił do mnie, powiedział: „Mam. Karczeby”. Mówił, że tak jeszcze jego matka mówiła na ludzi, którzy są bardzo silnie związani z ziemią. Karczeb to także pień z korzeniem, który jest mocno wrośnięty w ziemię. Nawet jak się go zetnie, to on jest tak głęboko, że po jakimś czasie i tak wypuści nowe gałęzie. I to drzewo dalej rośnie. Co prawda w ten sposób mówiło się w jednej czy dwóch wsiach, ale ta nazwa funkcjonowała w całym regionie.

Jak tam trafiłeś?

Pochodzę stamtąd. Moi rodzice wychowywali się na wsi. W dzieciństwie wakacje spędzałem u babci, właśnie na wsi. Dlatego pamiętam, jak było kiedyś – dzisiaj już tego nie ma, niewiele osób to pamięta. Te portrety były dla mnie ważne, bo stanowiły zwrot do rzeczy pierwszych, pierwotnych. Dzisiaj już inaczej się ziemię uprawia, inaczej do niej podchodzi, ale pewna mentalność została. Dla mnie te zdjęcia są przede wszystkim opowieścią o pewnej duchowości, o tym, jak ziemia może być traktowana, czym może być dla człowieka.

Wracasz w tamte strony?

Można powiedzieć, że nawet przez jakiś czas tam mieszkałem. Przez jakieś dwa lata nic innego nie robiłem, tylko po tych wsiach jeździłem. Później oczywiście już musiałem zająć się czymś, z czego mógłbym żyć. Ale ostatni portret zrobiłem bodaj w październiku ubiegłego roku. Pierwsze zdjęcia, które znalazły się na wystawie, zrobiłem w 2005 roku.

Mówimy o związkach człowieka z ziemią. O jego korzeniach, ale nie tylko. Na twoich zdjęciach widać pogodzenie człowieka z naturalnym cyklem życia. Narodzinami, pracą, śmiercią.

Fakt, w mieście na pewno jest to bardziej przypudrowane. A tam na wsi niewątpliwie jest coś takiego. Mój dziadek mawiał: „Durniem się urodziłeś, durniem umrzesz”. To o tym, że w globalnym rozrachunku człowiek jest małym trybikiem w mechanizmie narodzin i przemijania. I co by nie robił i tak umrze bezbronny wobec praw natury. I tam, na wsi, jest na to zgoda. W mieście ludzie chcą być kimś innym, kimś lepszym. Oczywiście w mieście też jest sporo ludzi, którzy mają świadomość przemijania.
Ale na wsi to jest bardziej oczywiste. Jak jedziesz po wsi i przy płocie któregoś z domów widzisz bardzo dużo rowerów, to najprawdopodobniej znaczy, że ktoś w tym domu umarł. Ludzie się zjeżdżają całą wsią na różaniec. Kiedyś pamiętam takie czuwanie, które trwało całą noc. W mieście tego nie ma – kostnica, cmentarz. Na wsi rytuał pożegnania jest bardzo silnie obecny, śmierć nie jest wypierana, jest elementem życia. Z podobną świadomością ci ludzie hodują świnię – wiedzą, że żeby żyć, muszą ją zabić i zjeść. To naturalne. Kiedyś cała rodzina się zjeżdżała i zabijała świniaka. W mieście kupujesz ładnie zapakowaną wędlinę i się nad tym nie zastanawiasz.

Ale chyba i na wsi czas nie stoi w miejscu?

Nie, oczywiście. Jeszcze 15 lat temu nie było tylu maszyn. Trzeba było wstać o 5 rano, wydoić krowę, potem ruszyć na pole i na tym polu pracować przez cały dzień. Dziś dużo rzeczy załatwia maszyna. Co prawda ci ludzie zostali w miejscu, w którym od pokoleń żyły ich rodziny, ale ten cykl życia został już zaburzony przez zdobycze cywilizacji. Ta ziemia jest i tak bliżej niż w mieście – w żniwa cały czas pracujemy, ale już nie tak jak kiedyś… Dzikie zwierzęta dzisiaj dużo chętniej wchodzą na pole. Bo jest tam mniej ludzi. Maszyna, traktor wykonają pracę w jeden dzień, a potem pole pustoszeje. Sarna, dzik przyzwyczają się, że potem tam nie ma już nikogo.

Nie myślałeś, żeby zostać na Podlasiu na stałe? Nie korciło cię?

Nie. Rodzice mają dom na wsi i zawsze mogę przyjechać. Chcę być aktywnym fotografem. To był temat, któremu poświęciłem najwięcej wysiłku i czasu, ale nie chciałbym tylko do tego zawężać swojej działalności.

Czyli nie chcesz być kronikarzem jednego miejsca?

Na pewno będę jeszcze robił portrety. Będę tam wracał. Ale nie chcę zamykać się tylko do tej tematyki.

Dlaczego akurat portret zajmuje tak ważne miejsce w twojej
fotografii?

Bo tam jest człowiek. A on jest zawsze najważniejszy, ma najwięcej
do przekazania. To w nim jest jakaś historia do opowiedzenia, nie w pejzażu.

Jak daleko byś się posunął, by pokazać historię człowieka?

To jest bardzo względne. Wydaje mi się, że każdy intuicyjnie to wie, czuje to. Na pewno nigdy nie zrobiłbym niczego wbrew komuś albo z ukrycia. Z drugiej strony ja nie jeżdżę na wojny, nie mam tego typu wątpliwości etycznych, nie mam sytuacji ekstremalnych.

Nie korciło cię, żeby jechać na front?

Kiedyś tak, ale teraz skręciłem na jakieś swoje tory, więc nie widzę już takiej możliwości. Trzeba mieć też do tego odpowiednie przygotowanie, wiedzieć, jak stawiać kroki, psychicznie być uodpornionym. Jestem przekonany, że są ludzie, którzy się do tego nadają lepiej niż ja.

A masz poczucie, że dziś przynależysz już do jakiegoś miejsca?

Kilka lat mieszkałem w trzech miastach jednocześnie. W Poznaniu, w Warszawie i u rodziców. Pięć dni w Poznaniu, pięć w stolicy, a pracownię miałem u rodziców. Dziś to zdecydowanie Warszawę określam miejscem, w którym osiadłem. Dobrze się tu czuję. Może dlatego, że nie stoję w korkach i zupełnie inaczej funkcjonuję niż większość – nie dotyczy mnie bycie w korporacji, wyścig szczurów, pośpiech, pogoń za czymś.

Sporo podróżowałeś. Zrobiłeś cykl zdjęć w Bangkoku, gdzie jak głosi plotka, dobrze poznałeś zasady funkcjonowania domów publicznych.

To był bardzo ciężki temat do zrobienia. Ciężki kawałek chleba.

W sensie metaforycznym i dosłownym?

Tak. Tamten świat rządzi się kasą. A ja wyjechałem tam jako student,
w ogóle nie miałem pieniędzy.

To jak zbierałeś forsę na to, by w ogóle wyjechać do takich miejsc jak Tajlandia?

Pracowałem w wakacje. W lipcu jeździłem na miesiąc do Holandii. Ale cały rok był podporządkowany wyjazdom. Wszystko odkładałem na te podróże, rodzice mi pomagali. Nie miałem żadnych obowiązków, dlatego pewnie było mi łatwiej. Ale dzisiaj mam poczucie, że jeździłem gdzieś bardzo daleko, kiedy tak naprawdę miałem temat tutaj pod nosem. Podróże dały mi jakiś dystans, pozwoliły też zdobyć cenne doświadczenie. Nie wiem, czy gdybym wcześniej zdecydował się na taki temat jak Karczeby, to starczyłoby mi cierpliwości i umiałbym docenić to, co leży tak blisko.

Łatwo było zdobyć zaufanie miejscowych?

Miałem kolegę, który na stałe tam mieszkał. I on mi pomógł w dotarciu do mieszkańców. Wszędzie zawsze chodziłem z aparatem. Jak zrobiłem
jakieś zdjęcie, to potem je pokazywałem. To wymagało czasu. Bo nie można nagle po prostu zjawić się w jakimś miejscu na wsi, wykopać dół i powiedzieć do chłopa: Panie, wejdź pan tutaj. To było pracochłonne i czasochłonne zadanie, ale bez zaufania nie udałoby mi się go zrealizować.

W Polsce nie było też bariery językowej, kulturowej. Zastanawiam się, jak się zdobywa zaufanie prostytutki w Bangkoku, by pozwoliła zrobić sobie zdjęcie.

No, tam się tego zaufania nie zdobywa. Po prostu człowiek uśmiecha się głupio i mówi, że jest biednym studenciakiem z Polski. Waliłem głupa, co mogę powiedzieć. Byłem zdeterminowany. Wiedziałem, co chciałem zrobić, jaki mam cel. Miałem ogromny aparat, lampę błyskową, bo przecież wychodziło się wieczorami, żeby zrobić te zdjęcia. Ktoś mnie ganiał, ktoś na mnie krzyczał, parę razy aparat chcieli mi zabrać… Jak masz duży budżet, na pewno jest łatwiej. Wchodzisz do knajpy, płacisz i hulaj dusza. Według mnie ten materiał pozostawia wiele do życzenia.

Bardzo ładne te panie, choć niektóre bez talii.

No, trzeba uważać, wiadomo, połowa to nie są dziewczyny.

Zdjęcia z Bangkoku są w kolorze, polską wieś sfotografowałeś z kolei w czerni i bieli. Temat determinuje takie decyzje?

Nie zawsze. Mnie zdecydowanie lepiej pracuje się w czerni i bieli. Uczyłem się robić zdjęcia na czarno-białej fotografii. Kolor jest cięższy do opanowania. Inaczej widzi się obraz. Ja cały czas uczę się kolorów. Wiele decyzji podejmuję intuicyjnie. Jak robiłem materiał o rikszarzach, to czułem, że on musi być czarno-biały, czułem, że kolor może coś przysłonić – wyraz twarzy, grymas, że może odwrócić uwagę odbiorcy. Dziś oczywiście głównie publikuje się w kolorze. Czerń i biel odchodzi.

A na ile to, co fotografujesz, jest sytuacją zastaną, a na ile ustawioną?

Fotografując wieś, zrobiłem taką serię z prowincjonalnymi aktorami. To było ustawione, zagrane w stu procentach. Taki miałem pomysł – stroje są wypożyczone z tego teatru, scenki oczywiście nie wchodzą w repertuar, niektóre rekwizyty były ich, niektóre moje. To jest pół na pół, oni też się bawili tą sytuacją, byli gdzieś pomiędzy byciem sobą, a pozowaniem, grą. Wiedzieli, że to jest konwencja, choć ja chciałem, aby w ramach tej konwencji byli naturalni. Podobnie z Karczebami – miałem zawsze bohatera, on mi pozował, były rekwizyty. Oczywiście wszystko pochodziło z ich świata, z ich obejścia, podwórka, pola.

Wolisz taką fotografię czy tę zupełnie spontaniczną,
reportażową?

Mnie się dobrze pracuje z zacięciem kreacyjnym. Choć lubię też obserwować i dokumentować. Teraz bliżej mi pewnie do kreacji, ona zresztą była motorem dla mnie, kiedy zaczynałem. Na kilka lat odszedłem w dokument, przez moment był jeszcze reportaż, ale cyklem o aktorach wróciłem do kreacyjności. Choć w moim przypadku to chyba wypadkowa
kreacji i dokumentu.

Oglądając cykl „Karczeby”, zastanawiałam się, na ile idealizujesz to miejsce, wiążesz z krainą dzieciństwa? Bo życie na wsi to orka, co też widać na twarzach twoich bohaterów.

To dobrze, że to widać. Starałem się w ogóle nie idealizować tego życia. Bałem się tego, że mogę stworzyć za bardzo romantyczny obraz. Nie chciałem tego. Tym bardziej, że ludzie widzą taką fotografię i myślą najprostszym kluczem – życie w rytmie natury, jakie to piękne. Z dalekiej perspektywy to może tak wyglądać.

A to surowa poezja?

Tak, surowe piękno, ciężkie życie. Ręczna, codzienna robota, małe
gospodarstwa. Ci ludzie mają jedynie po parę hektarów. Wiadomo, że dzieci
takiego małego gospodarstwa nie przejmą, bo się nie opłaca. Ten świat
odchodzi… To chciałem utrwalić.

To w takim razie, co chciałbyś, aby ludzie zobaczyli w tych
fotografiach?

Tego nie mogę powiedzieć. Oczywiście, pewnie się dowiem jeszcze niejednej rzeczy o swoich pracach – wziął wieśniaków i obrzucił błotem. Takie komentarze już się pojawiły. Ale jestem gotowy. Zresztą zrobię objazd po moich bohaterach i uczulę ich, że może być różnie. Chciałbym ich ochronić do końca.

Kiedy zdecydowałeś się zająć fotografią zawodowo?

Chyba to nie był jeden moment. Dużo zdjęć oglądałem, zastanawiałem się, jak ja bym opowiedział daną historię, jak ja bym zrobił jakieś zdjęcie. Myślałem też o tym, dlaczego tak, a nie inaczej jest coś skadrowane, dlaczego jakiś element jest w danym miejscu. Miałem różne fascynacje, Bresson oczywiście, Salgado w pewnym momencie mnie bardzo kręcił. Dziś podobają mi się zdjęcia Dave’a Andersona i Andersa Petersona.

Zostałeś wyróżniony nagrodą prestiżowej agencji Magnum. Co to znaczy dla fotografa z Polski?

Była jedna główna nagroda i dwa wyróżnienia. Co to znaczy? No wiesz, wpiszesz do historii choroby i to fajnie wygląda. A tak na poważnie, to nie wiem. Tak bezpośrednio to trudno ocenić.

Jak to trudno – to Magnum! Prestiż.

No, co mogę powiedzieć. Jeszcze nikt z Magnum się do mnie nie zgłosił.

A chciałbyś być takim zakontraktowanym fotografem, pracującym na zlecenie agencji?

No jasne. Magnum daje duże pole manewru. Reprezentują, ale nie masz ścisłych wytycznych. Ich prace są czasami tak konceptualne, że wykraczają poza ramy zwykłego reportażu czy dokumentu. Pewnie bym się nie zastanawiał, gdybym dostał propozycję. Ale jak tak rozmawiam z kolegami, to rzadko kiedy nagrody znaczą coś konkretnego. Prócz satysfakcji nie ma wymiernych korzyści. Pewnie, zaczynają cię kojarzyć, galerie proszą o jedną odbitkę. Zwłaszcza w Polsce konkursy na nic się nie przekładają. Idziesz po takim wręczeniu nagród na piwo z kolegami i jest fajnie. Tyle.

Co czyni ze zdjęcia wybitną fotografię?

Nie ma na to recepty. Musi być jakaś intryga, tajemnica. Ja lubię nieoczywiste rzeczy. Zdjęcie musi być prawdziwe, a fotograf zaangażowany. Są ludzie bardzo świadomi tego, co robią, jednak w tym, co dzieje się teraz w fotografii, szczególnie wśród młodych fotografów, jest zbyt dużo przypadkowości. Często są to kalki czegoś, co już było. Pewnie są tematy, w których się to sprawdza, ale myślę, że dzisiaj jest to za bardzo nadużywane. Każda fotografia prócz tego, że o czymś opowiada, mówi sporo o tym, kim jest osoba robiąca zdjęcie. Nawet sam dobór tematu, sposób jego ujęcia zdradza dużo o samym fotografującym.

Co w takim razie zdradzają o ich autorze zdjęcia Adama
Pańczuka?

O nie, ja się w to na pewno nie zagłębiam. Wiem, co mam w głowie, i nie robię takich wycieczek. Nie jestem kompetentny.

GALERIA

Nie ma jeszcze żadnych komentarzy...

Imię
Email
Komentarz


Wpisz litery, które widzisz na obrazku powyżej.
Pojawiają się tylko litery od A do Z.
Wielkość znaków jest nieistotna.