Siedzimy w Planie B, którego jesteś stałym bywalcem. Jak czujesz się tu od czasu wprowadzenia zakazu palenia?
Mam poczucie, że zatriumfowała poprawność. Palacze zostali wtrąceni przez państwo do gett. Nie podoba mi się ta narzucona z góry sterylność. Ale dlaczego masz z tym problem? Przecież nie palisz. To prawda, jestem jak cesarz Neron, który broni chrześcijan (śmiech). Jestem przeciwnikiem palenia. Ale lokale zawsze były ujściem dla naszych „brudnych“ potrzeb, a ja bronię prawa do zbrukania się. Człowiek ma prawo wrócić do domu nad ranem, śmierdząc papierosami i seksem.
Jest w tobie, w całej twojej twórczości, potrzeba buntu. Zawsze ustawiasz się w kontrze. Z czego to wynika?
Z natury. Zresztą chodzi nie tyle o bunt, co o niezgodę. Niezgodę na. Bo właśnie poprzez negację dochodzi się do afirmacji. Kiedy piszę, odżywa we mnie szatan niepoprawności i krnąbrności, który podważa to, co wydaje się nie do podważenia, mąci w przykazaniach, kpi z nakazów, demaskuje pozoranctwo moralne.
A co byś powiedział na ustawowy zakaz religii?
Wiem, do czego zmierzasz. Mnie jako ateiście może i byłoby to na rękę. Ale nie chciałbym, aby wszyscy byli ateistami. Sprzeciwiam się regulacjom narzucanym z zewnątrz. Represje zwykle wzmacniają opór, co dobrze pokazuje historia samego Kościoła. W miejsce spalonego Giordano Bruno pojawili się nowi, bardziej radykalni krytycy wiary. A maltretowane i topione w workach czarownice zostały dziś pomszczone przez feministki. Nie należy zakazywać religii, ale warto z nią – dla dobra jej samej – walczyć. W Polsce ta batalia dopiero się zaczyna, a pierwszymi bojownikami jest właśnie moje pokolenie, które nie boi się, „co ojce powiedzą”.
Wciąż trzymasz Biblię w toalecie?
Tak. Brakuje mi do kolekcji Koranu. Gdyby więc ktoś chciał mi sprawić na urodziny, ślicznie podziękuję. Cóż, „święte księgi” dobrze nadają się do leżakowania w toalecie. Religia jest bliska naszym potrzebom, także biologicznym (śmiech). Dobrze się to wtedy czyta – nikt nas nie rozprasza, przypowieści nie są długie, można się nad nimi odpowiednio skupić…
Kiedyś byłeś ministrantem…
Dzieciak przyjmuje rzeczywistość taką, jaka jest. Jeśli kazaliby mi wierzyć w latające łosie, to bym w nie uwierzył. Proste. Zresztą Kościół był wtedy fajny, bo w kontrze. Koledzy mieli komże, to ja też chciałem. Ale koniec końców nadmiar katolicyzmu wywołał u mnie reakcję alergiczną. Potrzebę antytezy.
Wydanie twojej „Gangreny”, którą profesor Czapliński nazwał plugastwem, zbiegło się ze śmiercią Jana Pawła II. Pamiętasz, co wtedy czułeś?
Papież umierał medialnie. Świadomość jego cierpienia, podkręcana non-stop w sieci, radiu i telewizji chyba z każdego wydusiła parę łez. I ze mnie również. Bo jestem bardzo sentymentalny i autentycznie się wzruszyłem, żal mi było dziadka, tak po prostu. Nie było opcji, trzeba było płakać i już. Żeby to potem odreagować. Przejrzeć szerzej na oczy. Zobaczyć z jeszcze większą mocą ten nasz cały kartoflany katolicyzm, który ciężko obrać ze skórki niedorzeczności i zacofania.
Myślisz, że to tylko polska specyfika?
Katolicyzm w wersji polskiej jest jak reklama outdoorowa – liczy się dla niego to, co na zewnątrz. Ceremonie i deklaracje. Na zbliżającej się beatyfikacji skorzystają przede wszystkim przewoźnicy, linie lotnicze. W sumie to niezły bonus dla gospodarki. Skoro jesteśmy na dorobku, może by tak co roku organizować jakąś beatyfikację, wliczy się to do budżetu i od razu prognozowany PKB będzie dużo wyższy.
Przez kilkanaście lat pracowałeś w branży reklamowej. W „Cięciach” – twojej nowej powieści, która ukaże się już w czerwcu – świat reklamy i religii zbiega się. Jeden wróg?
Od reklamy nowej lodówki do reklamy wiary wcale nie jest daleko. Te wszystkie „pisma święte” to nic innego jak dobrze napisane katalogi. W „Cięciach” agencja reklamowa przyjmuje zlecenie od nowego Kościoła Konsumentów Wiary. Ma on swoje świątynie, a są nimi wielka centra handlowe… Założycielom nie chodzi jednak o ożenienie wiary z zakupami. Wychodzą z prostej obserwacji, że wszyscy jesteśmy konsumentami. Również wiary…
Dobrze sypiasz?
Niekoniecznie. Od jakiegoś czasu cierpię na bezsenność, budzę się o trzeciej nad ranem, łykam tabletki uspokajające. Skłamałbym, gdybym powiedział, że tak jest non-stop. Ale kiedy mnie dopada, jest naprawdę ciężko…
O czym myślisz, gdy nie możesz spać?
O śmierci. Mam dojmujące poczucie śmieci. Nie potrafię o niej nie myśleć. Do tego dochodzą zmarszczki i siwiejące włosy. Czy to grozi depresją, autodestrukcją – nie wiem. Być może każdy z nas jest – odwołam się tu do słynnej powieści Lowry’ego – pod wulkanem… Tylko jedni weń skaczą, a drudzy tylko krążą i się nad tym zastanawiają.
Co trzyma cię przy życiu?
Nie mam złudzeń: ciało z roku na rok traci na swej witalności. Nawet gdybym roił sobie o przyszłym życiu, nie zmienia to faktu, że to tutaj jest po prostu odczuwalne. Jedynym chyba rozwiązaniem jest zanurkowanie w nim. Bardzo, bardzo głęboko. W miłość, rozkosz, słowa, smaki, śmiech. To najlepsze leki, których nie przepiszą nam żadni doktorzy ani kapłani.
























Nie ma jeszcze żadnych komentarzy...