Eliot Rosewater nie podejrzewa, że jeśli wypowie powyższe słowa podczas chrztu bliźniaków, pani Moody znajdzie się o krok bliżej uznania go za wariata, a powierzona mu część majątku Rosewaterów, przeznaczona na pomoc cwanym i potrzebującym, przypadnie nikczemnemu Normanowi Mushariemu. Eliot nie podejrzewa też, że jest narzędziem swego stwórcy: nad chrzcielnicą wygłosić ma bryk ze światopoglądu Kurta Vonneguta, pisarza dosadnego i lubującego się w uproszczeniach, filozofa wychowanego na komiksach. Trudno jednak o twórcę bardziej uprzejmego w stosunku do swoich czytelników. Jego ujmujący sarkazm potrafi umilić absurdy wojennego horroru. Nawet jeśli Eliotowi spadnie włos z głowy, będzie to zabawne i pouczające. Jak skończy Obstawiajcie i zajrzyjcie na ostatnią stronę "Niech Panu Bóg błogosławi, panie Rosewater".
Uważajcie jednak na duże stawki i próby rozgryzienia systemu. W "Galapagos" Vonnegut rozdaje partię tak nieprzewidywalną jak humorystyczny katastrofizm, co kończy się chwaleniem Boga za cofnięcie ewolucji człowieka z powrotem do postaci ryby. Za krach cywilizacji autor obwinił wielki mózg w każdej czaszce. Apokalipsę przetrwali tylko ci, których rozległa sieć przypadków umieściła na pokładzie łodzi pozbawionej kompetentnego sternika. Przeżyli dzięki bezwładnemu dryfowaniu i założyli małą społeczność rozbitków, której członkowie powoli cofali się w rozwoju aż w końcu kolejne pokolenia rzucały się na głęboką wodę bezmyślności. Rybi raj nigdy by nie powstał, gdyby ocaleni mieli szansę cokolwiek wymyślić. odcinek 6: Kurt Vonnegut.
Zbawienna natura pływania z prądem jest jednym z dogmatów religii opisanej przez Vonneguta w "Kociej kołysce". Najważniejszym rytuałem bokononizmu jest obrzęd boko-maru, zbratanie dusz poprzez dotykanie się podeszwami stóp. Bokononizm odrzucał powagę i poszukiwanie prawdy i błędem było, że jako religia funkcjonował tylko na wyspie San Lorenzo. Gdyby był bardziej rozpowszechniony, świat prawdopodobnie by nie zamarzł w wyniku użycia lodu K-9, ostatniego wynalazku człowieka odpowiedzialnego za stworzenie bomby atomowej. Katastrofa wpływa na trwałe zamrożenie notowań reszty wierzeń, więc zetknięcie się stopami zastąpiło garstce ocalonych wymyślne kulty.
W "Sinobrodym", fikcyjnej autobiografii jednookiego malarza Rabo Karabekiana, dowódcy walczącego w Wietnamie plutonu złożonego z samych artystów, Vonnegut po raz kolejny poddaje pod wątpliwość sens wikłania się w zagadki. W czasach pokoju pasją Rabo, tytułowego brodacza, staje się kolekcjonowanie dzieł sztuki. Dzięki dawnym przyjaźniom z wielkimi, a podówczas mało znanymi, malarzami wchodzi w posiadanie najwybitniejszych dzieł amerykańskiego ekspresjonizmu. To, co najcenniejsze Rabo ukrywa w wielkim spichrzu na kartofle, do którego nikt nie ma dostępu. Pragnąc prześwietlić tajemnicę, młoda i bogata wdowa powiela zadanie, jakie postawiły sobie ongiś żony Sinobrodego ze starej legendy: zajrzeć do komnaty, której widoku władca zabronił pod karą śmierci. Co odkryje wścibska kokietka w magazynie na ziemniaki?
Mknąc przez bibliografię Vonneguta (trudno uwierzyć w porzucenie lektury po jednej jego książce), łatwo przegapić fakt, że stworzył spójne uniwersum z własnymi wierzeniami (bokononizm), herosami (Kilgor Trout) i geografią (Wietnam był piekłem, Galapagos okazało się arkadią). Przeżył wszystko, co jest do przeżycia: bombardowanie, rozwody, małżeństwo z obłąkaną, sławę, etaty w pulpowych magazynach z fantastycznonaukowym porno. Świat jego prozy nie jest do końca zmyślony, ale trudno w niego uwierzyć, bo dzisiaj takich biografii już nie ma. Jeden z bohaterów "Hokus Pokus" znajduje się na boisku, kiedy na Hiroshimę upuszczona została bomba atomowa. Piłka wpada do rowu. Nasz piłkarz schyla się po nią, a po wyprostowaniu odkrywa, że jego kolegów, bramki i wszystko inne zmiotła fala uderzeniowa. Powieści hazardowe. Obstawiacie?
Sięgnij też po "Przygody Tomka Sawyera" Marka Twaina lub "Paragraf 22" Josepha Hallera.





















Nie ma jeszcze żadnych komentarzy...