Wakacyjne single wydają się tym bardziej efemeryczne, jeśli widzieć
je ujęte w klamrę dwóch zim: tej, którą wyparły, i tej niepowstrzymanie
nadchodzącej. Druga prowokuje do odświeżenia płyt, które zdefiniowały
pierwszą: minimalnego techno Panthy du Prince'a czy skrycie humanistycznego
dubstepu Ikoniki. Cykliczny wysyp lodowatych albumów
inspiruje arktyczna klasyka: "Stalker" Artemieva, dyskografie Biosphere,
Oöphoi czy Loscil. Literackim kontekstem tej muzyki, równie dobrym
jak następstwo pór roku, mogą być powieści Stanisława Lema, bardzo
osobne, chłodno odizolowane od reszty literatury polskiej i ogółu fantastyki.
To nie tylko szkolne "Bajki robotów". Paradoksalnie trzeźwość
i chłodny racjonalizm pozwalają naszemu czołowemu fantaście na opisywanie
wydarzeń stanowiących podstawę zabobonu, margines racjonalnej
myśli. Nie wolno przegapić świetnego opowiadania "Maska",
w którym Lem (IQ 165) rozprawia się z miłością i ku pokrzepieniu serc przegrywa. Bez wątpienia jednak to powieści stanowią meritum jego
twórczości.
"Eden" to klasyczna dla science fiction opowieść o rozbitkach na bezludnej planecie. Niepokój generują początkowo równinne przestrzenie i suche lasy pełne tajemniczych stworzeń. Napięcie potęgują opustoszałe manufaktury z zaangażowaniem perpetuum mobile produkujące części bezużytecznych, przypominających żywe organy, mechanizmów. Jak na Lema bardzo poetyckie opisy pozaziemskiej scenerii kojarzą się także z obcością obrazów Beksińskiego. Kulminacja następuje na cmentarzysku cywilizacji Edenu, uśpionej tylko do czasu. Thriller antropologiczny szybko awansuje na jedyną etykietkę zdolną w pełni opisać tę prozę, ze strony na stronę oddalającą się od zapraszającego nastroju powieści przygodowej dla młodzieży. Podejmowane przez zagubionych kosmonautów nieśmiałe próby dedukcji na temat kultury skrytych obcych, jej celów i potrzeb odzwierciedla kontakt z albumami Autechre lub 6 Supersilent - jakby specjalnie kaleczącymi język, którym dotychczas dogadywaliśmy się z muzyką.
Czy istnieje ilustracja Oceanu - głównego bohatera "Solaris" - lepsza
od wywołującego głęboką fazę snu bezosobowego ambientu. Medytacyjne pejzaże Biosphere, podobnie jak niesamowity wytwór fantazji
Lema, wydają się równo oddychać, pewne swojej nienaruszalności.
Płynny monolit pokrywającego całą planetę cytoplazmatycznego morza
wywołuje u gości z Ziemi halucynacje niezwykłe, bo namacalne. Ocean
faktycznie materializuje ich wspomnienia i tęsknoty, eksperymentując
na potrzebach ludzi tak, jak oni testują jego wodniste ciało. Kontakt
z obcą formą inteligencji daje efekty jeszcze mniej imponujące niż
pobyt na Edenie. Wysunięta pod koniec powieści hipoteza na temat
natury Oceanu sugeruje, że prawda o nieznanym może okazać się infantylna,
podobnie jak wzniosła muzyka, do złudzenia przypominająca
sanktuarium, jest tylko efektem manipulowania gałkami zabawek
generujących dźwięk.
Akcja "Głosu Pana" umiejscowiona jest na Ziemi, ale nie zwalnia jej to
z obnoszenia niepokojących stygmatów: odizolowani od świata w utajnionej
bazie, naukowcy z całego świata próbują rozszyfrować przekaz
nadany za pośrednictwem pasma neutrin przez kosmitów lub może nawet
kosmos we własnej osobie. Przypadkowo udaje im się wpaść na
trop teleportacji, wynalazku przełomowego, ale wydającego się być tylko
wisienką na torcie, którego pełną recepturę dekoduje na równych
prawach czytelnik. W "Śledztwie", czarnym kryminale s.f., do nakreślenia
atmosfery dreszczowca wystarcza Lemowi seria morderstw spędzająca
sen z powiek staroświeckiego detektywa. Kolejne trupy chadzają
własnymi ścieżkami, dosłownie. W tajemniczy sposób przemieszczające
się i doznające przemian, oziębłe ciała zdają się być założonymi na
Ziemi ruchomymi filiami lodowatego kosmosu. Do złudzenia przypominają
płyty, których czas nastaje dopiero z pierwszą mroźną zawieruchą.
Sięgnij też po: "Ubika" Philipa K. Dicka lub "Aldebarana" i "Betelgezę" Luiza Eduardo de Oliveiry.
























Nie ma jeszcze żadnych komentarzy...