Opisywany obrazek był okładką pierwszego numeru magazynu „Produkt” – dziś niemal ikony, jednego z najważniejszych ogniw w historii rodzimych opowieści z dymkiem. Wydawnictwo było o tyle istotne, że zapoczątkowało kariery wielu ważnych dla tej niszy twórców, choćby Karola KRL Kalinowskiego. Tu też narodziły się takie serie jak „Wilq superbohater”. Ale filarem całego przedsięwzięcia było właśnie „Osiedle Swoboda”.
MIEJSKIE LEGENDY
Zamiast siódmej wody po fantastyczno-naukowym kisielu zza Oceanu bądź artystowskich powieści graficznych, czytelnik dostał obyczajówkę z krwi i kości. Koncepcja całego „OS” powstała z potrzeby snucia dłuższej opowieści. Michał „Śledziu” Śledziński, wcześniej rozpoznawany przede wszystkim przez graczy czytujących „Secret Service” czy „Świat Gier Komputerowych” bądź tropicieli zinów takich jak „Azbest”, miał już bowiem dosyć krótkich form. Co ciekawe, sam przyzna po latach, że pierwsze szkice wykonał z nudów. Powstali wówczas główni bohaterowie: obdarzony czymś na kształt afro Szopa („diler z zasadami”) i masywny, zawsze przyodziany w czapkę Niedźwiedź („największy moczymorda na osiedlu”). Potem pojawiła się pozostała trójka – zakręcony wodzirej Wiraż w kapelusiku „po dziadku”, znawca kobiecych serc i umysłów Kundzio, a wreszcie Smutny, który ponoć ma tendencję do spotykania największych świrów na osiedlu i postrzegany bywa jako alter ego autora (co sam zainteresowany dementuje). Cała piątka przeżywa niespiesznie swoją młodość, trochę jak u wczes- nego Spike’a Lee, trochę jak w filmach Kevina Smitha. Dwudziestoparo- letni kolesie trwający w zawieszeniu między szczeniactwem a doro- słością, między rozmowami o dupie maryni i dupach znanych artystek, nie mogą niby uwolnić się od spojrzeń okolicznego elementu i poleceń rodziny. Mają jednak czas, by wieczorne wyjście na koncert zakończyć piciem do rana, a potem spędzić dzień szwendając po okolicy. Czasem któryś pójdzie do roboty, ale to nic poważnego. Zresztą jak człowieka kac męczy, a zioło samo wskakuje w bibułę, kto by myślał o niej poważnie? I tak w oparach marihuany tracą przykładowo pracę w miejskiej kostnicy, po uprzednim... hm... podpaleniu nieboszczyka. Niektóre wydarzenia nie są zwyczajne, ale co dziś jest normalne – zapytałby taki Ciachciarachciach, postać drugoplanowa, osiedlowy filozof z lepianki, mistyk o powierzchowności żula. Wydarzenia dnia powszedniego uzupełnia więc realizm magiczny. Miejskie legendy ożywają, by zderzyć się z trącącymi sucharem żartami o 2Pacu.
NIENAJGORSZE REALIA
Tłem do wszystkiego jest zaś osiedle. W rzeczywistości Swoboda to bydgoskie Szwederowo i – wbrew obiegowej opinii czytelników – nie składa się z samej wielkiej płyty. Wśród mieszkańców spoza dzielnicy, było za to miejscem „złą sławą owianym”. – Szwederowo miało swoją mroczną legendę, ale to raczej wynik działań PR-owych naszych zakapiorków, którzy chcieli odstraszyć tzw. nieproszonych gości – mówi Michał Śledziński. I dodaje jeszcze: Jeśli ktoś wychowuje się na podobnym osiedlu, zna je od podszewki. Wie, gdzie przesiadują wesołki, a gdzie psychole. No i zna jednych i drugich, więc jest poczucie przynależności i pewne bezpieczeństwo. „Szwederko” dzieli się na Nowe i Stare, to drugie to przede wszystkim brukowane ulice, stare kamienice. No ale cóż, łatka blokowiska przylgnęła do Osiedla Swoboda. Może dlatego, że piątka głównych bohaterów rzadko rusza się poza swoją okolicę. Centrum postrzegane jest jak inny świat. Można z niego toczyć wojnę o wpływy, można tam ruszyć na wyprawę, ale życie toczy się na Swobodzie. Wszystko, czego potrzeba, znajduje się przecież pod ręką – kościół, w którym zbiera się na mdłości, jak również sklepy nocne, gdzie za ladą stoi baba, co „z wina by sobie nie żartowała”. Swoboda ma swój patrol obywatelski „Osiedle Pod Ochroną” i oczywiście własną enklawę kulturalną – klub o wdzięcznej nazwie „Mordownia”, jako żywo przypominający najmrocz-niejsze zaułki krasnoludzkiej kopalni. Co prawda, Śledziu bardziej niż topografią inspirował się klimatem i postaciami, niemniej pokazany w drugim odcinku komiksu autobus linii 64, zawsze po brzegi wypchany emerytami, istnieje naprawdę. I na Morską jeździ do dziś. Jeżeli zatem ktoś z was gustuje w wycieczkach tropami postaci literackich, śmiało może ruszyć szlakiem bohaterów Niedźwiedzia i jego kumpli. Ale nie trzeba jechać w Bydgoszczy, by poczuć ten klimat...
MY I DRESY
Dorastaliście w polskim mieście na przełomie wieków? Wasz dokładny wiek czy gust nie jest ważny. Wystarczyło jedno spotkanie z „Osiedlem Swoboda” i wsiąknęliście. Ta seria komiksowa miała znacznie więcej celnych spostrzeżeń niż prasowa socjologia Pęczaka i „Blokersi” Latkowskiego. Operowała językiem znanym z podwórek, a nie stylizacją jak u Masłowskiej. Pozostawała przy tym bardziej uniwersalna niż ów-czesny, „uliczny” hip-hop. Zamiast kreować ponury świat pełen zła i patologii, Śledziu pokazał zwyczajne życie, nieco leniwych, ale zwykłych dzieciaków, żadnych tam narkomanów czy alkoholików. Bo fakt, że bohaterowie lubią popić i nie gardzą „elementem baśniowym”, czyli marihuaną, nie uczynił z nich degeneratów. Wręcz przeciwnie, często pomagają innym... No dobrze, może nie mają w poważaniu „wapna”, czyli dzisiejszych „moherów”, i – tradycyjnie – starają się zagrać na nosie tępym dresiarzom. Jednak poza rozgraniczeniem na dresów i nie-dresów, brak tu wyraźnych subkulturowych podziałów. Sposób noszenia się postaci pierwszoplanowych nie odstaje też szczególnie od tego, co możemy i dziś zaobserwować na osiedlach, o ile odsiejemy wszystkich hipster-wannabe i lansiarzy. Natomiast przez mury, koszulki i plakaty przewija się swoista komiksowa ścieżka dźwiękowa. Śledziu przemycał nazwy zespołów, których słuchał przy tworzeniu: Kyuss, Aphex Twin, Cypress Hill, Deftones, Queens Of The Stone Age, Sonic Youth. Są też charakterystyczne dla tego autora motywy z gier komputerowych – bluza z logówką „GTA2” czy stara przyczepa z automatami. Dla dzisiejszych dzieciaków to inna rzeczywistość, ale świetnie wpisuje się ona w falę sentymentalnego powrotu do przeszłości, jaki przeżywają współcześni trzydziestolatkowie.
SWOBODNA EWOLUCJA
Forma graficzna opowieści ewoluowała z każdym numerem „Produktu”. – Komiks powstał na przestrzeni czterech lat i to w momencie, kiedy próbowałem podpatrzonych tu i ówdzie sztuczek, stąd np. od czwartego epizodu pojawia się więcej czerni – mówi Śledziu. – Niektóre epizody mają bardziej wyczyszczoną kreskę, bo wciągnąłem jakiegoś „amerykana” i postanowiłem przygotować komiks „pod kolor”. Autor opowiada też o ulepszaniu postaci: Niedźwiedź w pierwszym epizodzie ma niemal płaską twarz, a jego czapka wygląda jak doniczka. Dopiero z czasem postać nabiera przestrzeni. Wszyscy bohaterowie łapią właściwie proporcje dopiero w połowie całej historii. Ta zaś, po 14 odcinkach i ponad 250 zarysowanych stronach zakończyła się melodramatycznym finałem związku Smutnego i Młodej (siostry Wiraża). Owszem, Śledziński podjął jeszcze próbę zmiany komiksu obyczajowego na sensacyjny. Akcja, tajemnica i główni bohaterowie zepchnięci na drugi plan, wszystko to podane w odrębnych zeszytach tym razem już w pełni w kolorze. Niestety nowe, sześcioodcinkowe „Osiedle Swoboda” zatraciło swój wyjątkowy charakter i nie zaskarbiło sobie sympatii czytelników. Dekadę po premierze ukazał się natomiast zbiorczy album zawierający „produktowe” historie i galerię, w której własne interpretacje bohate-rów przygotowali twórcy związani z polskim komiksem. Jako że cały nakład rozszedł się bardzo szybko, a przez prasę opiniotwórczą przetoczyła się fala zachwytów – Bartek Chaciński pisał np. o „Swobodzie” „pięknie obyczajowej”, a Alex Kłoś o „doskonałej kresce i kadrach” – zebrane „Osiedle” ma powrócić w Kulturze Gniewu po raz drugi, wzbogacone o nowy odcinek. Ten zapowiadany jest przez autora jako „trochę swobodny, a trochę nie”. O tym, jaki będzie dokładnie, przekonamy się już pod koniec sierpnia.
CZEKAJĄC NA CHEMIĘ
Warto wiedzieć, że komiksowy odpowiednik Szwederowa wciąż żyje. Fani piszą „swobodne” magisterki, kręcą własne filmiki (fanowska wariacja w temacie „Ballady o Bystrym” jest na YouTube) i rośnie ciśnienie, by Smutny z ekipą dołączył do grona kolegów z „Produktu” – zekranizowanego już Jeża Jerzego oraz czekającego w kolejce Wilq. Śledziński nie mówi „Nie”, choć nie najlepiej wspomina pierwszą – i jak dotąd jedyną – próbę przeniesienia „Osiedla” na ekran. – Tuż przed wy-daniem kolorowej serii, czyli kontynuacji tego, co było w „Produkcie”, zgłosili się do mnie ludzie od programu Wojewódzkiego – wspomina. – „Osiedle” miało się pojawić tam w formie krótkich, aktorskich shortów. Mój wydawca przebrał się w garnitur i udawał agenta, ja spaliłem lolka. Przyjął nas jakiś nieprzyjemny grubcio, pogadaliśmy chwilę, ale chemii nie było. Śledziu zdradza też, że oferta finansowa za prawa do tytułu okazała się śmiesznie niska, a producenci zażyczyli sobie zmiany miej-sca akcji, a nawet imion bohaterów! Szczęśliwie „sprawa zdechła” i może po latach „Osiedle Swoboda” doczeka się lepszego traktowania. Bo o ile porównywanie go do rewolucyjnych nowel graficznych Willa Eisnera jest może ciut na wyrost, to jednak zasługuje ono na ogromny szacunek.























