Dlaczego po dwóch obszernych powieściach graficznych ("Box Office Poison" i "Wykiwani") zacząłeś robić krótsze komiksy?
Czysty przypadek. Chciałem, żeby "Zbyt cool by dało się zapomnieć" było krótkie, bo uznałem, że tej fabuły nie da się rozwinąć w taki sposób, jak tamtych dwóch wspomnianych przez ciebie. Tamte miały kilka głównych postaci i kilka wątków, a tutaj miałem jedną postać, która musiała - co jest oczywiste, gdy zna się treść - być obecna w każdej scenie. Tak więc nie było możliwości dopisania choćby jednego wątku pobocznego. Zaraz po "Zbyt cool by dało się zapomnieć" zrobiłem jeszcze krótszy "A Kidnapped Santa Claus", ale akurat tutaj krótkiej formy życzył sobie wydawca. Natomiast teraz pracuję nad historią, która będzie bliższa - przede wszystkim pod względem wielkości - moim pierwszym powieściom graficznym. Lubię robić dłuższe komiksy, ale też prawdą jest, że to wymaga dużego poświęcenia. To zabawa dla młodych twórców.
Wspomniałeś "A Kidnapped Santa Claus", który jest przecież adaptacją książki Lymana Franka Bauma. Jaka jest różnica między pracą nad wymyślonym przez siebie tekstem a adaptacją?
Przyznam, że było to bardzo interesujące wyzwanie. Nigdy wcześniej nie zrobiłem komiksu przeznaczonego dla dzieci. Nigdy nie adaptowałem też cudzego tekstu i w końcu nigdy nie pisałem scenariusza z wyprzedzeniem. W moich poprzednich komiksach mogłem opowiadać o tym, o czym chciałem. Wydawca znał tylko mój zamysł, ale całość widział dopiero, gdy mu ją pokazywałem. Podczas pracy nad "A Kidnapped Santa Claus" musiałem najpierw pokazać wydawcy skończony scenariusz, żeby mógł stwierdzić, czy mogę zacząć pracę i czy potrzebne są poprawki. Ale adaptowanie cudzego tekstu jest w jakimś sensie wyzwalające. Fajne było to, że nie musiałem się martwić o fabułę, a mogłem skupić się na postaciach. Miałem mniejszą odpowiedzialność. Chciałbym kiedyś spróbować czegoś podobnego, może nawet popracować z jakimś żyjącym autorem. Choć w tym przypadku pewnie chciałbym się z nim spotkać i podyskutować o jakichś zmianach.
Po przeczytaniu "Zbyt cool by dało się zapomnieć" odniosłem wrażenie, że to nie tylko fikcyjna historia, ale w pewnym sensie także twoja autobiografia. Jak wiele twoich prywatnych doświadczeń jest w tej historii?
Ten komiks to taka mieszanka. Z pewnością jest to opowieść, w której chciałem zmieścić jak najwięcej elementów autobiograficznych. Dom, w którym mieszkał Andy, to stary dom moich rodziców, a niektórzy jego przyjaciele to dzieciaki, z którymi chodziłem do szkoły. Ale jest tam też wiele szczegółów, które są całkowicie fikcyjne, na przykład rodzina Andy'ego. Musiałem też zrobić z Andy'ego normalnego dzieciaka, który chodzi na imprezy i spotyka się z dziewczynami, bo ja - jako nastolatek - siedziałem w pokoju i rysowałem historie obrazkowe. Gdybym całkowicie trzymał się faktów ze swojego życia, byłby to strasznie nudny komiks. Komiks o gościu, który cały czas siedzi w domu i rysuje komiksy o gościu, który cały czas siedzi w domu i rysuje komiksy o...
Pierwszym twoim komiksem wydanym w Polsce byli "Wykiwani". Zdobyłeś za niego wiele nagród i zebrałeś mnóstwo dobrych recenzji. Ten sukces dał ci siłę do tworzenia czy raczej zacząłeś się stresować, że nie powtórzysz tego osiągnięcia?
W Stanach Zjednoczonych moim debiutem był "Box Office Poison", który tak naprawdę był większym sukcesem niż "Wykiwani". I tak naprawdę to "Wykiwani" byli tym komiksem, przed którym musiałem się spinać i zastanawiać, czy uda mi się powtórzyć sukces. Dlatego też jedną z głównych postaci jest tam gwiazdor rocka, który próbuje pracować nad swoim drugim albumem i ma w związku z tym różne wahania emocjonalne. Był to mój sposób na poradzenie sobie z tremą i napięciem. Przełomem była nagroda na festiwalu w Angouleme za francuską wersję "Box Office Poison", która dała mi ogromną pewność siebie, dzięki czemu szybciej skończyłem "Wykiwanych". W ogóle tłumaczenie moich powieści graficznych na inne języki jest dla mnie czymś niesamowitym.
Po "Wykiwanych" zrobiłeś krótki komiks "Lower Regions", który był całkowicie inny od tego, co do tej pory tworzyłeś. Czytelnicy byli zaskoczeni?
Wcześniej zacząłem pracować nad "Zbyt cool by dało się zapomnieć", ale w pewnym momencie dostałem jakiejś blokady. Dlatego potrzebowałem zrobić coś zabawnego, by całkowicie się wyluzować. Pomyślałem, że najlepszą rozrywką będzie dla mnie rysowanie seksownej dziewczyny walczącej z hordą potworów. I miałem rację. Dla mnie była to niesamowita zabawa, choć czytelnicy uznali, że to taka głupia pierdoła. Owszem, niektórym się podobało, ale większość wolała mnie widzieć w poważniejszym repertuarze.
Quentin Tarantino w wielu wywiadach mówi, że duży wpływ na jego twórczość miała praca w wypożyczalni kaset wideo i oglądanie mnóstwa filmów. Tobie praca w księgarni przez osiem lat też coś dała?
Zawsze byłem niezaspokojonym czytelnikiem i pochłaniałem wiele książek na różne tematy. Tak więc praca w księgarni dała mi przede wszystkim dostęp do pozycji, które pewnie normalnie nigdy by do mnie nie dotarły. Ale dzięki nim poszerzyłem po prostu wiedzę ogólną - nie szukałem w nich inspiracji. Te zdobyłem dzięki kontaktom z różnymi ludźmi, którzy tam pracowali i kupowali książki. Co jednak ciekawe, praca w księgarni była moją ostatnią prawdziwą pracą, co też jest jakąś nauką. Tak naprawdę od czasu, gdy przeszedłem na komiksowe zawodowstwo, moje życie jest dość monotonne. Spędzam większość czasu w domu, przez co nie zdobywam doświadczeń niezbędnych w pisaniu.
"Zbyt cool by dało się zapomnieć" zostanie prawdopodobnie zaadaptowany na potrzeby kina. Rozważasz rzucenie komiksu, żeby pisać scenariusze filmowe?
Słowo "prawdopodobnie" idealnie określa to, co w tej chwili dzieje się z kinową adaptacją "Zbyt cool by dało się zapomnieć". Pozostało bowiem mnóstwo kroków do postawienia, zanim ten projekt ujrzy światło dzienne. Poza tym nie myślałem o tym, by rzucić komiks i zacząć pisać scenariusze filmowe. Wszystko, co słyszałem i widziałem w temacie pracy w Hollywood, jest przerażające. Jeśli chce się coś osiągnąć w tym biznesie, to trzeba być twardym, czego o sobie nie mogę powiedzieć. I właśnie to lubię w komiksie. Mogę sobie rysować w zaciszu domowym, a nie prężyć muskuły na spotkaniu z jakimś producentem. Jeśli ktoś chce przerobić moją powieść graficzną na film, to proszę bardzo. Samego komiksu nikt nie zmieni, on pozostanie w oryginalnej wersji, mojej. Reszta - jakakolwiek by nie była - już mnie nie interesuje.


























Nie ma jeszcze żadnych komentarzy...