MAG. / KOMIKS/KSIĄŻKA
ODKUPIENIE ZWYRODNIALCA
ODKUPIENIE ZWYRODNIALCA
ROBERT CRUMB
Tekst: Bartosz Sztybor    
2010.12.16
Skromny wąsik, wysokie czoło i duże zęby. Tak duże, że się wargi nie domykają, więc wygląda, jakby sapał cały czas, a może i dyszał. Na oczach duże okulary z grubymi oprawkami, a na wątłym korpusie marynarka z łatami na łokciach albo długi, szary płaszcz. Nie da się ukryć, że Robert Crumb wygląda jak jeden z tych, co onanizują się w windzie, gdy wszyscy patrzą albo ten, co to - spacerującym po parku - matkom z dziećmi pokazuje ptaszka. I choć sam nikim takim nie jest (na pewno ), to jego komiksy pełne były zboczeńców. Do czasu.

Można zacząć od tego, że urodził się w 1943 roku, że doszło do tego w Filadelfii, że choć nie miał wykształcenia artystycznego, to zaczął rysować od najmłodszych lat. Można wykazać się kronikarską precyzją i napisać, że w 1962 roku przeprowadził się do Cleveland, a dwa lata później ożenił się z Daną Morgan. Można te fakty mnożyć i udawać, że były istotne dla dalszego życia i twórczości Roberta Crumba. Można udawać. Ale po co, gdy najważniejsze były zupełnie inne rzeczy, sytuacje, spotkania Tak naprawdę Robert Crumb narodził się około 1965 roku, gdy zaczął pracować w magazynie "Help!", zaprzyjaźnił się z Harveyem Pekarem (słynnym undergroundowym scenarzystą) i postanowił poeksperymentować z LSD. To pierwsze, a dokładniej znajomość z legendarnym Harveyem Kurtzmanem (współtwórca słynnego magazynu "Mad") dało mu podstawy komiksowego rzemiosła, świadomość swojej kreski i umiejętność kompozycji kadru. Dzięki temu drugiemu - rysował autobiograficzne opowieści Pekara z serii "American Splendor" - podpatrzył jak budować fabułę i tworzyć szczere, bezkompromisowe historie. Natomiast trzecie doświadczenie sprawiło, że wyobraźnia Crumba eksplodowała, a wszystko, czego się do tej pory nauczył, zaczął autorsko wyolbrzymiać. Tym samym narodził się artysta. gi rodzaju, robert crygnuje z obsceny. ale i tak wiemy, że nie pójdzie do nieba.

Dlatego tworzone w młodości historyjki o Kocie Fredzie (pełne slapstickowego humoru i sympatycznych postaci), przeistoczyły się w krótkie komiksy o Kocie Fritzu, który chlał, ćpał i uprawiał wolną miłość, a wszystko to na potęgę. Jednak mimo tych dorosłych treści, Crumb przede wszystkim zaskakiwał przewrotnymi puentami i choć zachowanie jego bohatera było kontrowersyjne, nigdy nie posunął się do prostackiej wulgarności. Dla czytelnika bardziej szokujące było to, co sam sobie wyobrażał i czego oczekiwał, niż to, co rzeczywiście dostawał od autora. Wystarczy wspomnieć jedną z krótkich historii o Kocie Fritzu, w której tytułowy bohater podrywa kobietę gołębia i zabiera ją do domu. Zamiast jednak zgłębiać tajniki (g)ruchania, słynny kociak po prostu zjada ze smakiem gołębicę. Komiksy o wąsatym zboczeńcu w krótkim czasie zrobiły furorę w undergroundowym świecie. Na tyle dużą, że do Crumba zgłosił się Ralph Bakshi (twórca pierwszej ekranizacji "Władcy Pierścieni") i za 50 tysięcy dolarów kupił prawa do kinowej adaptacji "Kota Fritza". Gdy animacja ujrzała światło dzienne, autor pierwowzoru był oburzony i nie chciał mieć nic wspólnego z filmem. Nic dziwnego, wersja celuloidowa posuwała się (co kilka sekund, bez gumki) do tej wspomnianej prostackiej wulgarności, której Crumb zawsze unikał.

Ojciec postaci postanowił więc zrobić krótki komiks, w którym wyśmiał Bakshiego, a swoje włochate dziecko uśmiercił. Rozdział definitywnie zamknął, choć producenci - którzy zgarnęli sto milionów dolarów wpływów - stworzyli animowaną kontynuację przygód Kota Fritza. Ale to Crumb miał już w głębokim poważaniu. W końcu tworzył też inne rzeczy. Przede wszystkim Pana Naturalnego, który był bezpośrednim efektem przygody Crumba z LSD. Tak, postać była niezwykle surrealistyczna, a jej przygody jeszcze bardziej, co ewidentnie tłumaczy narkotyczne inspiracje. Ale mimo to, ten łysy guru z długą brodą i jego perypetie wychodziły z rzeczywistości. Rzeczywistości, która niesamowicie Crumba irytowała. Dlatego też Pan Naturalny - z jednej strony mędrzec, z drugiej zwykły cwaniak - piętnował ludzką głupotę i naiwność, wyśmiewał zasady rządzące światem i krytykował wszelkie ograniczenia. Był jak prowadzony przez Crumba walec, który miażdży konformizm, obłudę i najgłupsze ludzkie przyzwyczajenia. Miał dziwne seksualne obsesje i poszukiwał prawdy, rzucał osobliwymi mądrościami życiowymi i wprowadzał zamęt w schematyczne życie mieszczan. Crumb idealnie trafił w czas i miejsce. Po pierwsze, ruch hipisowski rósł w siłę i potrzebował swoich maskotek, a po drugie - Crumb przeniósł się do San Francisco, czyli stolicy kultury niezależnej. Nic więc dziwnego, że nie tylko panowie i panie krzyczący "peace", ale także ówczesna hipsterka pokochali opowieści o Panu Naturalnym. Zaczął się dla Crumba okres większej popularności, ale i - bo jak wiadomo, popularność szczęścia nie daje, dają je tylko lody Maryla - pierwszych większych problemów.

Robert Crumb zaczął publikować w większej liczbie magazynów i zaprzyjaźnił się z wieloma ciekawymi ludźmi, w tym z Terrym Zwigoffem (późniejszym reżyserem "Ghost World" i "Złego Mikołaja"), z którym założył zespół jazzowy. Żył pełnią życia artystycznego, grał, pisał, tworzył, aż jedna z jego gazetowych plansz stała się niezwykle popularna. Pięć kadrów, na każdym grupka osób idąca dumnie do przodu, w tle zmieniający się krajobraz, a jako narracja utwór "Trucking My Blues Away" Blind Boya Fullera zaczynający się od zwrotu "Keep on Truckin'". Choć niepozorny, stał się hymnem optymizmu i luzu, a przede wszystkim jednym z głównych haseł ery hipisów. Plakaty, koszulki i mury zapełniły się obrazami kroczących w charakterystyczny sposób mężczyzn. Dolary zaczęły masowo spływać na konto Crumba, ale gdy ten miał się już stać najbogatszym undergroundowym komiksiarzem, pojawiły się problemy. Nie dość, że urząd podatkowy wystawił autorowi ogromny rachunek, a część jego oszczędności podkradła żona, to stwierdzono, że Crumb nie zarejestrował słynnej planszy, czyli - jak głosi staropolskie porzekadło - nie ma copyrightów, nie ma hajsu. Tym sposobem Robert Crumb powiedział Stanom Zjednoczonym i swojej żonie do widzenia, po czym wyprowadził się do Paryża, by na spokojnie, bez ciśnienia i nalotów komornika, uzbierać pieniądze na spłatę podatku. Wyjazd dobrze mu zrobił, bo wrócić ze zdwojoną siłą (ach, te francuskie powietrze!). Ożenił się po raz drugi i zaczął publikować w "Newsweeku", "People" i innych mainstreamowych tytułach. Stał się gościem telewizyjnych programów, a jego prace niejednokrotnie odwiedziły amerykańskie muzea. Kontrowersyjny twórca, który swoją bezkompromisowością zachwycał środowiska niezależne i przerażał panów w garniturach, nagle stał się ulubieńcem wszystkich. Twórcą oryginalnym, wyrazistym, prawdziwym skarbem Ameryki. Ameryki, która pod koniec lat 80. znowu miała problemy z podatkami Crumba, co spowodowało, że ten ponownie - tym razem już na stałe - wyprowadził się do Francji. I choć świat o nim nie zapomniał, bo w kontekście ruchów anarchistycznych czy rewolucji obyczajowej, zawsze wspominano o jego komiksach, to ten wcześniejszy szum na jego temat przerodził się w ciszę z krótkimi momentami szeptu.

Krzyki pojawiły się dopiero kilka lat temu, gdy Robert Crumb zapowiedział, że zrealizuje komiksową adaptację biblijnej Księgi Rodzaju. Pojawiły się głosy krytyki, że obrazoburca nie powinien się zbliżać do świętej księgi, że stworzy rzecz plugawą i obrzydliwą, że ktoś powinien mu zakazać myślenia na ten temat i że jeśli ktokolwiek komiks wyda, będzie skazany na wieczne potępienie. W sieci, prasie i telewizji zrobiło się gorąco. Zdania były podzielone, bo jedni uważali, że Crumb zrobi świetną rzecz, inni, że nie ma prawa, by za coś takiego się w ogóle zabierać, a jeszcze inni, że sprzedał się dla taniej kontrowersji. Mimo to, wszyscy z wypiekami na twarzy czekali na premierę. Gdy w końcu ukazała się "Księga Genesis" (w Polsce komiks wydało Wydawnictwo Literackie), wszyscy byli zaskoczeni. Robert Crumb zrobił klasyczną adaptację, w oryginale nie zmienił nic, a jedynie zwizualizował biblijne treści. Zero obsceny, zero obrzydliwości, zero kontrowersji. Crumb potraktował Księgę Rodzaju jako ciekawą historię, którą świetnie zinterpretował za pomocą obrazu. To jego najdojrzalsze dzieło nie tylko za sprawą tematu, ale przede wszystkim dzięki perfekcyjnemu połączeniu tekstu z grafiką. Biblijna fabuła została inteligentnie podzielona na strony i kadry, a rysunek świetnie prowadzi narrację. Twórca "Kota Fritza" i "Pana Naturalnego" w pełni zaprezentował swój geniusz, który dotychczas wielu uzależniało od stopnia obrazoburczości jego prac. Może sam Crumb zdał sobie z tego sprawę i postanowił przygnieść biblijną adaptacją wszystkie grzeszki ze swoich undergroundowych komiksów W końcu ma już 67 lat i musi jakoś zadbać o spokojne życie wieczne. Choć znając Crumba, chciałby pójść do nieba tylko po to, by - jak jego bohater, Pan Naturalny - powiedzieć Bogu, że to całe niebo jest trochę kiczowate

GALERIA

Nie ma jeszcze żadnych komentarzy...

Imię
Email
Komentarz


Wpisz litery, które widzisz na obrazku powyżej.
Pojawiają się tylko litery od A do Z.
Wielkość znaków jest nieistotna.