Rafał, jesteś znany przede wszystkim jako współautor serii komiksowych „Jeż Jerzy” oraz „Tymek & Mistrz”. A tu nagle przeprowadzasz desant na terytorium wroga, czyli poważnej literatury, i debiutujesz powieścią „Teleznowela”!
To jest dosyć pokrętna historia. Ja nie zacząłem pisać scenariuszy komiksowych ot, tak sobie, wcześniej miałem jakieś prozatorskie próby. Publikowałem opowiadania, na przykład w literackim magazynie „Fraza” czy w dodatkach do gazet codziennych. Tak więc ta literatura zawsze gdzieś była, nie wzięła się znikąd. Ponieważ w pewnym momencie komiks stał się podstawową dziedziną mojej twórczości, nie miałem czasu, by porządnie o nią zadbać. A teraz pojawił się taki moment w związku z filmem, że paradoksalnie przestrzeni zrobiło się więcej. Gdy napisałem scenariusz do filmu „Jeż Jerzy”, naniosłem wszystkie niezbędne poprawki i ostateczna wersja została zaakceptowana, moja robota przy ekranizacji praktycznie się skończyła. Czas do premiery postanowiłem wykorzystać na powrót do literatury. Poza tym moje własne doświadczenia scenariuszowe nałożyły się na tę książkę – świat scenarzystów, o których piszę w „Teleznoweli”, to świat, który znam.
Miłosz, główny bohater książki i scenarzysta telenowel, centralizuje wszystkie postaci. Ale on nie jest twoim alter ego?
Miłosz z racji uprawianego zawodu tę rzeczywistość kreuje, przynajmniej chce kreować, nie tylko tę serialową, dlatego powiązany jest z każdym z trzech pozostałych bohaterów książki: Agatą, Julitą i Andrzejem. I fakt, nie jest moim alter ego. Ja mam inne priorytety życiowe i inne doświadczenia.
W książce opisujesz problemy swoich rówieśników, którzy są kompletnie zagubieni i życiowo niepoukładani.
To nie jest książka biograficzna, która spełniałaby funkcje terapeutyczne. Nie leczę się nią z żadnych kompleksów, dlatego postanowiłem nie pisać o sobie. Chciałem opisać zmagania człowieka w moim wieku, który czuje presję na wielu polach. 30-latek to nie jest monolit, cały czas ściera się ze światem. A poza tym pisanie o bohaterach, którzy są ułożeni, jest nudne – ile stron można przeczytać o kimś, komu wszystko się udaje i kto nie ma rozterek, wątpliwości?
A w ogóle lubisz Miłosza?
W jakiś sposób autor musi lubić wszystkie postaci. Gdybym ich nie lubił, miałbym ich za figurantów – żeby stali się czymś więcej, musiałem w każdym odnaleźć coś pozytywnego. Na pewno trudno jest lubić Julitę i Andrzeja, którzy są strasznie sterylni, ale pisząc o nich, zawiesiłem swoją niechęć.
Ale oni bardziej wzbudzają współczucie i politowanie niż niechęć czy antypatię.
Bo są strasznie dziecięcy i nieporadni w tym, co chcą zrobić. Tak bardzo chcą, że widać, że tu chodzi o coś więcej niż zwykłe posiadanie dziecka. Uważam, że bez względu na wszystko trzeba lubić swoich bohaterów, przynajmniej jakiś aspekt ich osobowości. Nawet jeśli koniec końców to kanalie. Łatwo jest prawić morały, pastwić się nad postaciami – to jest proste, ale mało ciekawe. Jest w tym jakaś nieprzyjemna powierzchowność. Gdy jednak w takiej postaci znajdzie się coś dobrego i pozytywnego, łatwiej oraz lepiej można się do niej zbliżyć. Ona jest wtedy też prawdziwsza i pełniejsza, nie jest jednowymiarowa.
Powiedziałeś, że dobrze poznałeś środowisko scenarzystów i producentów. Portretujesz ten świat – ktoś się rozpozna?
Nie, raczej nie – wykorzystałem zdarzenia, które sam przeżyłem, jako rodzaj dokumentacji, ale raczej kompilując kilka w jedno, niż odwołując się do konkretnego. Każdy jednak może wyrobić sobie zdanie, jak to mniej więcej wygląda, na podstawie tego, co napisałem. Ale moja ambicją nie było pisanie całej prawdy o tym świecie. „Teleznowela” nie jest książką o serialach, tylko o współczesnych 30-latkach.
Czyli obleśny i cyniczny – ale na swój przewrotny sposób także inteligentny oraz zabawny – producent Dżabba tak naprawdę nie istnieje?
Dżabba jest wypadkową moich kontaktów z wieloma producentami. Ale ta postać jest taka, a nie inna nie tylko dlatego, że ukształtowałem ją z wielu bytów. Bardzo łatwo byłoby przecież zrobić takiego prostego, jednowymiarowego bohatera, który jest tylko cyniczny – głupka z kasą, który trzepie pieniądze na głupawych serialach – tylko że to nie będzie bohater, a marionetka. Dżabba choć zarabia pieniądze na rzeczach mało ambitnych, nie jest człowiekiem, który nie wie niczego o świecie. To jest istotna sprawa – patrząc na seriale, można dojść do wniosku, że robią je głupi ludzie. A to nieprawda. Często robią je z rozmysłem ludzie bardzo inteligentni, po prostu pieniądze są tutaj ważnym motywem. Chciałem więc pokazać, że inteligencję można wykorzystać w różny sposób. Bo nie jest ona ściśle związana z etyką – już tak górnolotnie mówiąc.
Rozmowy Dżabby, a w zasadzie jego monologi, to są takie złote sentencje. Oczywiście obnażają charakter jego pracy, zmysł do manipulowania ludźmi, ale na pewno nie jest to człowiek głupi, tylko raczej pozbawiony skrupułów.
Dżabba ładnie wpasował się nie tylko w mentora serialowego, ale też w mentora życia.
Miłosz przejmuje wiele od niego, patrzy z dystansem, choć widzi również pozytywy życiowej postawy Dżabby. I znowu, daleko jestem od akceptacji świata według Dżabby, ale nie mogę nie zauważyć cynicznej błyskotliwości niektórych jego spostrzeżeń.
A Ciebie nie korci posada scenarzysty na stałe?
Mam za sobą epizod pisania scenariuszy do serialu. Wiem, że serial też można zrobić w sposób niebanalny. Też może być ciekawym wyzwaniem dla pisarza. Nie miałbym oporów, żeby wejść
w taką serialową strukturę.
To co sprawiło, że bycie scenarzystą stanowiło tylko epizod w twoim życiu?
Serial nie miał oglądalności i został zdjęty z ramówki telewizyjnej. Tak się też złożyło, że potem przyszło pisanie scenariusza filmu i nie miałem czasu, żeby za pisaniem serialowym zatęsknić.
Zrezygnowałbyś tak łatwo z komiksu na rzecz serialu? Miałam wrażenie, że komiks jest ci bliższy, tym bardziej że jesteś dużo łagodniejszy w opisywaniu środowiska komiksiarzy. Choć swoją drogą zastanawiałam się, czy…
…wyprzedzając pytanie – nikt się nie obraził. Komiksiarze się rozpoznają i ten zabieg bardzo świadomie zastosowałem w książce. To jest taki wątek, w którym mogłem u każdej z postaci skupić się na charakterystycznych cechach, nawet nieco je wyolbrzymiając. Ponadto stwierdziłem, że jest to ciekawe środowisko. Chciałem na nie wskazać także dlatego, że komiks wiele mi dał. Ileś lat publikowania komiksów to było też ileś lat doświadczeń i spotykania tych ludzi. Chciałem pokazać ich nie ze złośliwością, ale z dużą dozą sympatii, ukazując ich wielobarwność.
Co cię w tym wielobarwnym środowisku najbardziej pociągało, kiedy zaczynałeś tworzyć komiksy?
Na pewno nie samo środowisko, którego jeszcze nie znałem. Po prostu narysowałem
komiks – ale zrobiłem to, nie wiedząc, że rysowanie jest moim powołaniem. Miałem to szczęście, że znałem Tomka Leśniaka. On mi ten komiks przerysował – to był „Jeż Jerzy”. Robiąc kolejne komiksy, poznawałem kolejnych ludzi – którzy zawsze mieli coś ciekawego do powiedzenia, nie tylko o komiksie.
I nie tylko o broni – dokładnie tak jak w „Teleznoweli”?
Nie tylko, choć dla mnie akurat to jest niezwykle fascynujące, bo ja na broni czy na samochodach się nie znam. A tu są osoby, które potrafią to z detalami narysować i z pasją o tych detalach opowiadać. Ta scena w windzie, kiedy przy Miłoszu dwóch komiksiarzy wyciąga broń, wydarzyła się naprawdę. Tak jak Miłosz jechałem windą i nagle dwóch współtowarzyszy podróży wyciągnęło swoje pukawki.
Zareagowałeś tak jak Miłosz?
Nie, bo ich znałem. Ale zastanawiałem się, co by było, gdyby jechał z nami ktoś, kto ich nie zna.
Język „Teleznoweli” jest żywy i dowcipny, nie szeleści papierem. Swoich bohaterów zaopatrzyłeś w całą masę fajnych stwierdzeń – poczynając od mojego ulubionego huśtania jajek. Jest bezpretensjonalnie i śmiesznie, ale nie wulgarnie. Zasłyszane czy wymyślone?
Różnie bywa. Elementem niezbędnym w mojej pracy jest notatnik, z którym się nie rozstaję. Przysłuchuję się uważnie temu, jak ludzie mówią. Czasem jest tak, że powiedzenia, które wykorzystuję w książce, to są hybrydy, które powstały ze sformułowań kilku osób. Akurat huśtania jajek nauczyła mnie koleżanka.
„Teleznowelę” możemy od października kupić w księgarni. Kiedy zobaczymy filmową wersję „Jeża Jerzego”?
Będzie trzeba jeszcze trochę poczekać – rok.
Rok? Jak to rok, dlaczego rok? Co z nami, co z fanami, dlaczego tak długo?
Animowanie strasznie długo trwa – zespół animatorów tworzy minutę filmu w tydzień. Film będzie miał 90 minut. W tym momencie jest gotowa ponad połowa filmu, obraz powinien być skończony do czerwca, potem nastąpi postprodukcja – udźwiękowienie, montaż. Premiera w październiku 2010 roku.
Ekranizacja „Jeża Jerzego” to nie jest twój pierwszy kontakt z filmem. Był epizod z serialem, ale napisałeś także nagrodzony na Festiwalu Interscenario 2008 scenariusz „Złe nowiny”.
Od dłuższego czasu pracuję w telewizji, wspólnie z Tomkiem robiliśmy także krótkie filmiki dla HBO. Zrobiliśmy ich sporo. Jeśli chodzi o scenariusz „Złych nowin” – wciąż leży u mnie na biurku. Droga od nagrody do ewentualnej realizacji jest długa. Wciąż go zmieniam, teraz nie podoba mi się tak bardzo jak rok temu. Za jakiś czas postaram się kogoś nim zainteresować.
Film, komiks, literatura – co jest ci najbliższe?
Literatura. Słowa są narzędziem, na którym wszystko się zaczyna i kończy. Pisząc scenariusz czy komiks, trzeba pamiętać, że słowa są po to, by powstał obraz albo rysunek. Podoba mi się, jak działalność na różnych polach łączy Neil Gaiman (scenarzysta, pisarz, publicysta, współautor „Sandmana” – przyp. red.). Z mojego punktu widzenia opowiadanie historii jest najważniejsze. Szukam więc sposobów, by robić to jak najlepiej. Fabuła wybiera formę – dlatego patrzę, w czym to, co chcę opowiedzieć, sprawdzi się najlepiej. Na pewno nie chcę się ograniczać wyłącznie do literatury, komiksu czy filmu. Po prostu chcę opowiadać historie.































Nie ma jeszcze żadnych komentarzy...