Nazwałeś swojego bloga „Najgorszy rysownik świata”. Masz o sobie tak niskie mniemanie?
To był żart związany z tym, co napisałem w którejś notce – ktoś w pracy nazwał mnie najgorszym rysownikiem świata. Uznałem, że to zabawne. Z drugiej strony, najlepszym rysownikiem to ja też nie jestem. Mówisz, że nie jesteś najlepszy, ale jednak niedawno zadebiutowałeś na amerykańskim rynku, w wydawnictwie Boom! Studios.
Czujesz się doceniony, może nawet spełniony?
Jakoś nie myślę o tym w ten sposób. Komiks, który rysuję, nie jest mój, podobnie jak storyboardy, które robiłem w agencjach reklamowych. Jak mi ktoś w Ameryce wyda autorski album... taa.
No właśnie, do robienia komiksów w Polsce potrzebna jest pasja, bo dużych pieniędzy z tego nie ma. Czy teraz, robiąc komiksy za większe pieniądze, pasja mimo wszystko została?
Wiesz, pasja pasją, ale teraz to jest przede wszystkim praca. I to jest normalne, wykonujesz pracę, dostajesz pieniądze. Normalne pieniądze, za które starcza na czynsz i jedzenie. Przede wszystkim to jest zupełnie inne niż robienie komiksów, z którym miałem do czynienia do tej pory. Mnie zawsze kręciło nie samo rysowanie, ale też wymyślanie historii, a tu nie mam na to wpływu, więc jest taki dystans trochę do tego.
Ale poza pieniędzmi, robiąc komiks dla amerykańskiego wydawnictwa, odczuwasz jeszcze jakąś przyjemność z tworzenia? Czy to raczej czyste rzemiosło?
Momentami. Czasem mogę się na rysunkach powyżywać ze swoimi ulubionymi rzeczami, jak giwery, pojazdy i takie tam... Ale zazwyczaj to ja się jednak czuję nie jak rysownik, a rytownik. Scenariusz „Dust to Dust” ma dużo dialogów i trzeba się trochę nagimnastykować, żeby wszystko nie było gadającymi głowami.
To znaczy, że masz wolną rękę, jeśli chodzi o kompozycję plansz i kadrów?
Do pewnego stopnia oczywiście. Scenariusz wprawdzie określa, ile jest kadrów na planszy albo czy dany kadr ma być szeroki na całą planszę, ale co do zakomponowania samego kadru zwykle ogranicza się do sformułowań: „Victor jest po lewej, a Malcolm po prawej” i tu sobie można w pewnym zakresie pokombinować. Z drugiej strony, stachanowskie tempo pracy skutecznie ogranicza takie zapędy.
Nie boisz się, że przez to tempo w pewnym momencie się wypalisz?
Boję. Ale co poradzić...
W ogóle sam początek twojej współpracy z Boom! Studios był dość ciekawy. Nie starałeś się wyjątkowo o pracę na tamtejszym rynku. Wydawnictwo samo się do ciebie zgłosiło.
Właściwie to zacząłem się starać, poprosiłem Marka Oleksickiego,który już od jakiegoś czasu pracuje dla amerykańskich wydawnictw, żeby zasięgnął języka, czy kogoś tam nie potrzebują. Marek obiecał, że zapyta, jak tylko skończy bieżący numer, ale zanim to nastąpiło, Bryce Carlson z Boom! Studios zostawił mi notatkę w komentarzach na blogu. Telepatia normalnie. Albo spisek, na pewno wydawnictwa komiksowe podglądają nam e-maile.
Wspomniałeś wcześniej o tym, że poza rysowaniem kręci cię też wymyślanie historii. Gdy czytasz scenariusze „Dust to Dust” albo oglądasz efekty pracy kolorysty – nie przeklinasz ich w duchu, że spieprzyli robotę i ty byś zrobił to lepiej?
Może trochę. Ale jak mówię – to praca. To nie moje, nie wyłącznie moje dzieło. I to, że mam do tego trochę większy dystans, to akurat dobrze.
Twój amerykański debiut to komiksowy prequel książki „Czy androidy śnią o elektrycznych owcach?”. Jako miłośnik oryginału nie uznałeś tego na początku za świętokradztwo?
Nie, nie mam jakiegoś parcia na świętości, zresztą to tylko powieść. Z Biblią robiono gorsze rzeczy. Poza tym bardziej jestem fanem filmu. Film też nie trzymał się bardzo pierwowzoru. Serię zaplanowano na osiem zeszytów, czyli całość skończy się
w tym roku.
Masz już plany na przyszłość albo kolejne propozycje?
Na razie wstrzymuję swoje plany, praca nad „Dust to Dust” jest zbyt absorbująca. Natomiast Bryce napomknął już coś o kolejnym projekcie, do którego chcieliby mnie zaangażować, ale nie znam jeszcze żadnych szczegółów. Ten projekt ma być luźniejszy pod względem terminów i może wtedy uda mi się wygospodarować chwilę na coś innego.
Z polskiej perspektywy osiągnąłeś sukces, a jak to wygląda z perspektywy amerykańskiej?
Nie znam wyników sprzedaży, jeśli o to pytasz. Poza tym to nie jest jeszcze sukces. Dom i samochód to będzie sukces. Dobra, niech będzie mieszkanko w bloku. Poważnie, przebicie się z autorskim projektem, to byłby sukces. Na razie to jest tylko praca. Praca w branży komiksowej za pieniądze, które pozwalają wyżyć, czyli nieosiągalne marzenie twórcy komiksów w Polsce, ale wciąż tylko praca.
Pytam też o to, jak na tamtejszym rynku, pełnym komiksów, można się wyróżnić i wyrobić swoją markę. Czy autorski projekt jest wyznacznikiem?
Może trochę myślę kategoriami, do jakich przywykłem, bo nie znam za bardzo realiów amerykańskich. Żeby wyrobić sobie markę, pewnie wystarczy porządnie wykonywać swoją pracę. Ale autorski projekt to z pewnością większy prestiż. Poza tym, jak mówiłem, lubię wymyślanie historii. Nie żebym był w tym dobry czy coś.

























Nie ma jeszcze żadnych komentarzy...