MAG. / KOMIKS/KSIĄŻKA
W CIENIU
W CIENIU
DLA LUDZI O MOCNYCH NERWACH
Tekst: Bartosz Sztybor    
2009.10.30
Alan Moore, Neil Gaiman, Grant Morrison, Warren Ellis czy Garth Ennis - te nazwiska mówią wiele przeciętnemu polskiemu czytelnikowi komiksów, a niektóre z nich mówią przynajmniej coś także osobom, które historyjek obrazkowych raczej nie czytają. Tego samego nie można natomiast powiedzieć o Peterze Milliganie, który choć bardzo na to zasługuje, nie doczekał się w Polsce (na świecie zresztą też nie) podobnej sławy.

W żadnym wypadku nie chodzi o umiejętności, bo jeśli patrzeć przez ich pryzmat, to Milligan nie miałby czego zazdrościć żadnemu (no może poza Moorem) z powyższych. Fakt, że pozostawał i w dalszym ciągu pozostaje w cieniu reszty brytyjskich scenarzystów komiksowych, wynika z czegoś zupełnie innego. Z jego sposobu bycia i charakteru tworzonych przez niego historii. Peter Milligan może i nie był nigdy odludkiem - jednym z tych, którzy mieszkają w chatce nad jeziorem i jedzą surowe jesiotry - ale też nie rozpychał się łokciami, by zdobyć rozgłos. To po prostu spokojny gość, który raczej nie wzbudzał kontrowersji swoją osobą (jak Moore czy Ellis) albo poglądami (Morrison). No i nie przemawiał za nim metroseksualny typ urody (Gaiman).

Poza tym Milligan często - szczególnie na początku swojej kariery - pisał scenariusze, które mimo rozrywkowego tła traktowały o mrocznej naturze człowieka i zadawały pytania o istotę człowieczeństwa. Na dodatek lubił bawić się medium, eksperymentować z narracją i nie wzbraniał się przed ostrymi treściami, co dla niektórych wydawnictw było dyskwalifikujące, a dla masowego czytelnika - przekombinowane. Dlatego też, gdy pod koniec lat 80. miała miejsce tak zwana british invasion (masowa współpraca brytyjskich scenarzystów z amerykańskimi wydawnictwami komiksowymi), Milligan musiał ustąpić miejsca w świetle jupiterów wspomnianej wcześniej piątce. Co oczywiście nie znaczy, że odrobina blasku do niego nie dotarła.

Zaczynał tradycyjnie, bo od krótkich historyjek publikowanych w różnych magazynach komiksowych. Jego historie - przez większą część lat 80. - można było przeczytać głównie w popularnym "2000 AD", który był zresztą trampoliną dla wielu brytyjskich artystów. Pod koniec dekady właśnie "2000 AD" wystrzeliło Milligana wprost w objęcia amerykańskiego DC Comics. Składający się z sześciu zeszytów "Skreemer" był czymś w rodzaju futurystycznej (choć utrzymanej w stylu retro) odpowiedzi na "Dawno temu w Ameryce" Sergia Leone. Mimo że tytuł nie stał się wielkim hitem, pokazał Milligana jako ciekawego twórcę i stał się jednym ze zwiastunów czy wręcz przyczynków do powstania nowego - stawiającego na poważniejszą twórczość - imprintu komiksowego.

Zanim jednak na dobre zadomowił się w Vertigo (bo to o tym imprincie mowa wyżej), Peter Milligan stworzył jedno ze swoich najsłynniejszych i najważniejszych dzieł. "Skin" to opowieść o młodym skinheadzie, który urodził się z fizycznym defektem (w wyniku mutagennego działania talidomidu podawanego kiedyś kobietom w ciąży). Historia o chorym człowieku próbującym poradzić sobie ze swoim schorzeniem i niepotrafiącym odnaleźć się w społeczeństwie została jednak odrzucona przez brytyjski magazyn "Crisis". Władze pisma nie dostrzegły w niej krytyki korporacji (szczególnie farmaceutycznych) oraz wszechobecnej reklamy, a także dramatycznego spojrzenia na społeczeństwo wykluczające poza nawias nieprzystosowaną jednostkę. Przyczepiły się za to do wulgarnego języka i - jak to ogólnie zostało ujęte - kontrowersyjnych treści. Dopiero dwa lata później, w 1992 roku, komiks został wydany w Wielkiej Brytanii przez tamtejszy odłam amerykańskiego Tundra Publishing. I choć do dzisiaj "Skin" pozostaje jedną z najlepszych powieści graficznych Milligana, wtedy jednak nie wywołał takich kontrowersji, jakich się wszyscy spodziewali.

Czy słusznie - o tym już od października mogą przekonać się polscy czytelnicy. "Skin", wychodzący nakładem wydawnictwa Timof Comics, będzie zresztą pełnoprawnym debiutem Petera Milligana na naszym rynku. Pełnoprawnym, bo wcześniej (w zamierzchłych latach 90.) dostępne u nas były tylko jego pojedyncze, zeszytowe historie ze świata Batmana. Zresztą nie zrealizował ich wiele, bo jego flirt z komiksem czysto mainstreamowym nie trwał długo, a przynajmniej wtedy - w latach 90. - skończył się na grze wstępnej. Nie ma jednak czego żałować - chwilę później Milligan związał się na dłużej z wspomnianym już Vertigo. I były to najlepsze lata w jego karierze.

Choć w Vertigo zadebiutował w 1990 roku, dopiero rok 1993 był dla niego przełomowy. Wtedy to premierę miały dwie jego serie, a mianowicie "Enigma" oraz "The Extremist". Ta pierwsza opowiadała o skrywającym swój homoseksualizm abnegacie, który zaczyna odkrywać swoją osobowość w momencie, gdy w mieście pojawia się grupa superbohaterów. Druga była perwersyjnym thrillerem, w którym Milligan starał się odpowiedzieć na pytanie, jak daleko może posunąć się człowiek i czy każdego można pozbawić czynnika ludzkiego. Tak te, jak i jego kolejne komiksy ze złotego okresu - "Face" o granicach współczesnej sztuki czy dekonstruujący wizerunek amerykańskiej rodziny "The Eaters" - zyskały sobie grono wiernych fanów, lecz nie cieszyły się nadzwyczaj ogromną popularnością.

Tę zdobył tak naprawdę później, gdy zaczął pisać scenariusze do popularnych serii Marvela. Jego wersje "Spider-Mana" czy "X-Menów", choć pełne schematów i klisz, nie były pozbawione charakterystycznych dla niego motywów. Mimo czysto komercyjnego ciężaru, Milligan nie rezygnował z opowiadania o problemach ludzkiej tożsamości czy granicach człowieczeństwa. Nie powrócił jednak na szczyty scenariopisarstwa, na które wspiął się w pierwszej połowie lat 90. ubiegłego wieku. Szkoda tylko, że ta jego wspinaczka - zasługująca zresztą na największe laury - nie została odpowiednio doceniona. Rewelacyjne zabawy formalne, precyzyjne żonglowanie liniami czasowymi czy genialne sposoby na prowadzenie narracji oraz ogrywanie osoby narratora najwyraźniej przerastały masowego czytelnika. Czytelnika, który wolał wybrać Moore'a, Gaimana, Morrisona, Ellisa czy Ennisa, a Milligana pozostawił w cieniu. Może jednak u nas - po premierze "Skina" - pójdzie mu lepiej.


GALERIA
Autor: Deon
24-07-2011 07:05:47
Was toatlly stuck until I read this, now back up and running.
Imię
Email
Komentarz


Wpisz litery, które widzisz na obrazku powyżej.
Pojawiają się tylko litery od A do Z.
Wielkość znaków jest nieistotna.