MAGAZYN / MUZYKA
Śnieżne szaleństwa
ŚNIEŻNE SZALEŃSTWA
Tekst: Mateusz Jędras    
2012.01.15

Przy okazji pierwszego od sześciu lat albumu „HIRO”przypomina, dlaczego wciąż słuchamy Kate Bush i jej klonów. 


Podstawowym mechanizmem odbioru muzyki rozrywkowej jest porządkowanie obczajanych pio­senek według typów wokalistów. Nie ma łatwiejszej aktywności kulturowej niż słuchanie płyt po wokalach – jako że śpiew, oprócz ładunku melodycznego, który zresztą przedstawia jaśniej niż jakikolwiek inny instru­ment (nie licząc może gitary), jest też nośnikiem tekstu, a to właśnie aspekt oralny utworu wydaje się najbliższy naszym sercom, jakkolwiek nieprzyzwoicie to brzmi. Instrumenty, nawet jeśli spełniają równoprawną funkcję kompozycyjną, spadają na drugą pozycję. Powodów jest kilka. Masowy odbiorca lubi się utożsamiać, ale miewa problemy z odnoszeniem abstrakcyjnych sekwencji nut do swojego życia codziennego. Tymczasem tekst zawsze opowiada jakąś historię w znanym mu – mniej lub bardziej – języku, wychodząc naprzeciw jego zagu­bieniu. Masowy odbiorca czuje, że muzyka wpływa na jego emocje, ale lubi też znać taką odczuwaną zmianę psychologiczną, mieć ją do czego odnieść. Kiedy jeszcze mieszkałem u rodziców, zamęczałem ich roz-maitymi rzeczami, ale najciekawszą reakcję dało się zaobserwować w przypadku popularnego niegdyś zespołu Mogwai. Nie wszyscy muszą to wiedzieć – ich ostatnie wydawnictwa raczej nie przysporzyły im nowych fanów – ale Mogwai to grupa szkotów lubujących się w rozwlekłych, post-rockowych bombach emocjonal-nych. Spełniają one jednak swoją funkcję tylko wte-dy, kiedy odbiorcy chce się posiedzieć kilka minut i przebrnąć z uwagą przez cały utwór. Jak nietrudno się było domyślić, moi rodzice – raczej nie obcujący z muzyką poza samochodowym mikrokosmosem RMF FM i żelazną klasyką rocka podczas niedzielnych po­pasów – preferowali tylko nieliczne kawałki Mogwai. Pomyślicie, że wykazali się intuicją, w końcu nie jest to jakiś super ciekawy zespół. Otóż niekoniecznie – bada­nia wykazały, że jedyne ich numery, o których badani chcieli powiedzieć cokolwiek, były numerami z wokalami. Ekspertyza Marka i Joli potwierdzała się w każdym kolej-nym przypadku – instrumentalne wersje znanych z radia hitów okazały się średnio interesujące w porównaniu z ich kompletnymi wersjami. Co więcej, oprócz jako tako wykrywalnego nastroju i rytmu, do którego można było dopasować ruchy ciała, instrumentale nie wydawały się dostarczać uczestnikom eksperymentu żadnych innych jakości, które mogliby wyrazić językiem potocznym.

Poza muzyką taneczną ciężko spotkać piosenki radzące sobie bez wokalu. Sukces Kate Bush wynikał z tego prostego uwarunkowania. Jeden z najbardziej rozpoznawalnych głosów w historii nie znalazł się w panteonie przez przypadek. Lekko nawiedzony, niewinny, arthouse’owy, a przy tym całkowicie przystępny sopran o mlecznym timbrze z wbu­dowanym pogłosem lokuje naszą ulubienicę na mapie wokalnych archetypów gdzieś pomiędzy zestandaryzowanymi lamentami Tori Amos, zaangażowanymi melizmatami Patti Smith, a pierwszym prawdziwym cyborgiem świata popu, Britney Spears. Nawet Joni Mitchell świeci gdzieś obok, ale to bardziej inspiracja niż abstrakcyjny analogon. Jeśli dodamy do tego talent kompozytorski, czerpiący garściami z co mroczniejszych wycieczek Genesis i jaśniejszych pasaży Floydów, mamy całkiem solidny ogląd na bigger picture miejsca Kate historii kobiecej muzyki rozrywkowej.

Mimo wielu lat „estradowej” aktywności, nie nagrała wielu albumów, tym bardziej, że piętnastoletni cykl w mia-rę regularnego wydawania przerwała po premierze „The Red Shoes” – swojej najbardziej krytykowanej i uznawanej za najsłabszą płyty. Powrót nastąpił z „Aerial”, stonowanym dziełkiem z 2005. Najnowsze wydawnictwo to „50 Words For Snow” – zestaw rozbudowanych, kameralnych ballad z progresywnym rozmachem na bazie minimalnych (mo­mentami minimalistycznych, por. Nyman) faktur. Będąca w skrajnie art-rockowym nastroju artystka porusza tu ta-kie tematy jak yeti, romans z bałwanem czy słowa opi-sujące śnieg w różnych językach, jak zwykle wbrew zdrowemu rozsądkowi pozostając w relatywnie bez­piecznych dla odbiorcy schematach muzyki popularnej. Niech was nie zmyli jej dziwność (Bush zawsze była dziw­na): to śliczne piosenki, tylko może ciut mniej przystępne. Bardziej poruszamy się w granicach wytyczo-nych przez „Houdini” i „Aerial”, choć mówić o granicach w przypadku tej pani to jak mówić o operatorze gęstości kwantowej językiem Franciszka Smudy. Na „50 Words For Snow” udzielają się takie nazwiska jak Elton John i Stephen Fry, a swoją gotowość do przyszłej ko­laboracji zgłosił ostatnio Big Boi (tak, ten Big Boi). To nic niespotykanego w uni-wersum naszej bohaterki – ekstrawagancja i rozbuchane ambicje balansujące na gra-nicy pretensjonalności to coś, co dodaje pewnie do mleka na śniadanie. Od Robyn po Izę Lach, przez Florence Welch i wspomnianą już Tori Amos – wszystkie piosenkarki ocierające się o kategorię „dziwności” mają jej za co dziękować. 

Nie ma jeszcze żadnych komentarzy...

Imię
Email
Komentarz


Wpisz litery, które widzisz na obrazku powyżej.
Pojawiają się tylko litery od A do Z.
Wielkość znaków jest nieistotna.