Pamiętasz swój koncert w Warszawie z trasy po „Multiply”?
Jasne. Grałem solo. Potem występowałem
jeszcze w jakiejś małej
miejscowości…
W Cieszynie.
Tak. Przyjechałem ze swoim VJ-em, który występował na żywo. Nastawiliśmy się na duży festiwal, a gdy tam dotarliśmy, okazało się, że był to bardzo mały event. Ale ludzie reagowali świetnie. To duży kontrast w porównaniu z Nowym Jorkiem, gdzie ciężko zadowolić kogokolwiek.
Jak ważna jest dla ciebie publiczność w kontekście tworzenia muzyki?
Podczas nagrywania mojego poprzedniego albumu, „Jim”, w pewnym stopniu brałem pod uwagę to, jak zareagują ludzie. Tym razem starałem się tego nie robić. Wcześniej zastanawiałem się praktycznie nad każdą piosenką, czy się spodoba. Tymczasem album „Compass” nagrałem dla siebie. I chyba wyszło dobrze, bo jestem na nim po prostu szczery.
Ponoć podczas nagrywania tej płyty przechodziłeś przez trudny okres.
Nagrywanie muzyki to zawsze rodzaj kuracji. Jeśli chodzi o teksty, na pewno poruszyłem pewne tematy w sposób bardziej szczery, niż robiłem to wcześniej. Dotyczą one w dużym stopniu mojej dziewczyny, która… o, właśnie przyniosła mi kanapkę… Wiele czasu zajęło mi znalezienie sposobu na bycie z nią. Jest niezwykłą osobą. Nauczyła mnie, że zawsze najważniejsze jest to, aby być świadomym. Uzmysłowiłem sobie, że prowadziłem życie lunatyka! Tkwiłem w jakiejś rutynie.
Nie sprawiasz wrażenia człowieka, który wpadł w rutynę.
Wiem, może rutyna to złe słowo. Chodzi mi o to, że wcześniej sprawiało mi trudność mówienie o rzeczach ważnych, posługując się słowami. Wyrażałem się poprzez energię, ruchy, ciało. Myślę, że bycie nagim emocjonalnie, otworzenie się w ten sposób przed kimś wymaga wiele odwagi.
Na scenie jesteś w pewnym stopniu nagi emocjonalnie, chociażby poprzez wyrażanie emocji głosem, który w twoim przypadku ma wiele barw.
Okej, masz rację. W każdym razie jeśli chodzi o teksty na „Compass“, na pewno są one bardziej prywatne, są rodzajem opowieści. Dotykają prawdziwych sytuacji, zdarzeń. Bo naprawdę przeszedłem przez trudny okres. Zmieniłem swój biznes, miejsce zamieszkania – przeprowadziłem się z Berlina do Nowego Jorku, zostaliśmy parą z Lindsey. To wszystko wymagało niełatwej pracy.
Zostaniesz już w Nowym Jorku?
Teraz kocham Nowy Jork, ale jeśli kiedyś chcielibyśmy kupić dom, to Nowy Jork nie jest zbyt praktycznym miejscem, jest drogi. Gdyby stać mnie było na duży loft i na idealne życie, to na pewno chciałbym je prowadzić w Nowym Jorku, bo jest fantastycznym miastem. Z drugiej strony lubię też wieś… Szczerze mówiąc, to nie uważam, żeby istniało jakieś jedno perfekcyjne miejsce, w którym można mieszkać całe życie. Warto podróżować. Gdybym nagle został uwięziony w jednym mieście, byłoby to dla mnie bardzo stresujące.
Wróćmy do płyty. Beck namówił cię do nagrania „Compass”. A ty wcześniej miałeś w głowie jakąś koncepcję?
No właśnie nie za bardzo. Rzecz w
tym, że „Compass” powstał naprawdę bardzo szybko. To dziwne.
Oczywiście, wiedziałem, że chcę nagrać płytę. Byłem na to
gotowy… powiedzmy. Bo też trochę nie byłem. Właśnie
przeprowadzałem się do Nowego Jorku, chciałem trochę odpocząć,
nacieszyć się chwilą, poznać nowych ludzi. A zamiast tego był
atak! Bach! Robimy nowy album z Beckiem! Arrr! Znowu wymagało to ode
mnie
odwagi, ale z drugiej strony, jak mogłem odmówić?
Znaliście się wcześniej dobrze?
Znaliśmy się trochę. Byłem bardzo szczęśliwy, że Beck zaproponował mi współpracę.
Więc w sumie pracowaliście bardzo spontanicznie.
Tak, pisanie na pewno było spontaniczne. Gdy zacząłem pracę z Beckiem, miałem wrażenie, że działam na jego terytorium. Pojechałem do jego studia, on kontrolował wszystko bardziej niż ja. Aż w pewnym momencie pomyślałem, że coś tu nie iskrzy, to przecież ma być moja płyta.
Bo wcześniej z kolei współpracowałeś bardzo mocno z Mockym.
Tak, ale nie przy tym albumie. Teraz musiałem odkryć, kim jestem. Lata pomiędzy „Jimem” a „Compassem” były najtrudniejszym i najdziwniejszym dla mnie czasem. O wielu rzeczach sporo myślałem, miałem więc wiele do powiedzenia. Nie byłoby dobre dla płyty, gdyby Beck ją zdominował. Nie miałbym szansy na wyrażenie tego, co naprawdę chciałem.
Dowiedziałeś się czegoś nowego o sobie, pracując nad tą płytą? Przekroczyłeś jakieś granice?
Tak, zdecydowanie! Na płycie pojawiły się nowe style, których nawet się nie spodziewałem, przyszły nie wiadomo skąd. Ludzie są naprawdę zaskoczeni, słysząc takie piosenki jak „Big Drift” czy „Compass” w moim wykonaniu. Ja również! Czuję, jakbym obudził się na nowo.
Na albumie jest tyle dźwięków. Są melodie, ale napakowane różnymi dziwnymi odgłosami.
Tak, to album dźwiękowy. Naprawdę ich szukałem, chciałem znaleźć nowy styl dla piosenek, który wyraziłby mój stan. Ale z drugiej strony nic nie było zaplanowane tak, że siadam rano i mówię: dziś na pewno użyję tego dźwięku. Raczej było tak: o, może spróbuję tej gitary? I na przykład grałem na niej cały dzień i... nic. Robiłem się smutny, zaczynałem więc beznamiętnie loopować jeden dźwięk i nagle to było to!Zapisywałem pomysł na dysku, odkładałem na później, a następnego dnia komponowałem coś kompletnie innego. Więc, jak widzisz, był to dziwny proces. Ale witałem każdy dźwięk z otwartymi ramionami. Nie chciałem stawiać sobie żadnych zakazów, jak przy pracy nad „Jimem”. Wtedy byłem przekonany, że należy trzymać się jednej stylistyki, nie proponować niczego zbyt agresywnego – to miał być pop. Teraz ponownie wskoczyłem w kategorię muzyki innej i to podoba mi się bardziej niż bycie w kategorii „pop”.
Gdybyś miał ograniczyć repertuar instrumentów do jednego albo dwóch, to które byś wybrał?
Musiałbym wybrać mikrofon i komputer.
Okej, ale w komputerze masz wszystko. A coś prostszego – gitara?
Na gitarze nie za bardzo gram. Raczej wybrałbym looping pedal. Potrafię na nim napisać wiele piosenek, prawdopodobnie więcej niż na gitarze.
Twoje totalnie pierwsze fascynacje muzyczne to...?
Moja mama jest piosenkarką, więc jako dziecko na pewno fascynowałem się jej głosem. Miała naprawdę piękny, klasyczny głos, śpiewała w domu non stop. A później byłem ravem. Zacząłem w 1989 roku, więc wybrałem dobry moment. Wtedy muzyka elektroniczna była tak cholernie dobra! Od mniej więcej 1990 do 1996 roku byłem totalnie zakochany w muzyce elektronicznej. Wspominam te lata jako absolutnie ekscytujący okres, wszystko się zmieniało, powstawało wiele nowych rzeczy, stylów – jak drum’n’bass – nawet nie bardzo wiedzieliśmy, o co w tym chodzi. Każdy odkrywał coś nowego, Aphex Twin był guru!
A teraz?
Teraz nie czuję już takich emocji w muzyce. Lubię Micachu & The Shapes, są super. W ich twórczości chodzi o komunikację. Patrzą sobie w oczy i mówią: „okej, to teraz uderzę w to!”. Dlatego potrafią mnie zaskoczyć. Oczywiście jest wielu dobrych muzyków. Nieustannie inspiruję się jakimś brzmieniem, na przykład Toma Waitsa. Czasem potrafi wytworzyć taki dźwięk, że myślę sobie: co to kurde jest?! Chyba bardziej jarają mnie teraz akustyczne dźwięki. To ciekawe, bo zawsze uważałem, że to elektronika jest najbardziej podniecająca. Chociaż oczywiście podobają mi się Dilo czy Flying Lotus – używają dźwięków elektronicznych w sposób funkowy. Funk jest tym, czego potrzebuję.
Do czego dążysz w muzyce?
Moim celem jest skupienie się na prawdziwych rzeczach. Prawdziwej muzyce, prawdziwych emocjach, prawdziwym rzemiośle. Dbanie o to, co się robi. Myślę, że z takim nastawieniem mogę tworzyć muzykę nieskończenie długo. Jeśli twoim jedynym celem są pieniądze, popularność, sukces, bla bla bla – moim zdaniem nie będziesz szczęśliwy. Bo nawet jeśli je zdobędziesz, to zaraz chcesz więcej… Staram się wyrzucić tego typu nastawienie ze swojej głowy. Chcę być szczęśliwy tu, gdzie jestem, chcę szukać coraz bogatszych sposobów na wyrażenie siebie i tworzyć muzykę, która jest czysta. Oczywiście, jak każdy muszę na siebie zarobić, więc nie mogę po prostu krzyczeć w samotności pośród gór. Poza tym lubię komunikować się z ludźmi, lubię tę relację performer – publiczność.
Jakieś szalone wspomnienia z koncertów? Ludzie wchodzący na scenę?
Och, ludzie bardzo często wchodzą na scenę! Czasem nawet próbują mnie atakować. Szczególnie pamiętam sytuację z Holandii. Strasznie wczułem się w show, szalałem przy mikrofonie i nagle czuję, że ktoś mnie stuka w ramię. Odwracam się i mówię: Co tam? A koleś do mnie: „Dlaczego to robisz?“. Jakimś sposobem dostał się na scenę, wyglądał strasznie, był silny i agresywny. A wokół zero ochrony! Byłem w lekkim szoku, musiałem improwizować, więc krzyczę do mikrofonu: Jest z nami kolega i chce coś zaśpiewać! Ale chyba mu się nie spodobało, bo dałem mu mikrofon, a on coś burknął i zrezygnował. Takie sytuacje trochę mnie przerażają.
Jak wyglądają teraz twoje występy na żywo?
Mamy Guillerma Browna na perkusji – jest niesamowity, zajmuje się też elektroniką i śpiewa. Praktycznie połowa sceny to instrumenty perkusyjne – wielka perkusja basowa, małe brazylijskie konga, automaty i kilka innych bajerów – to jego świat. Mój to z kolei loopy, kilka mikrofonów, trochę elektroniki. Jest też z nami Ludwig Persik, ma 20 lat, jest najmłodszym członkiem zespołu. Gra na syntezatorze, śpiewa, gra rochę na gitarze, a trochę na perkusji. Jest też Jake Aron na basie, czasem udaje mi się go przekonać, żeby zaśpiewał. No, i to wszystko. Całkiem mały zespół, ale czujemy się ze sobą świetnie.





















Nie ma jeszcze żadnych komentarzy...