MAGAZYN / MUZYKA
LUBIĘ W KLUBIE
LUBIĘ W KLUBIE
GDZIE SIĘ PODZIAŁY...
Tekst: Marcin Hubert    
2011.06.13
Dla większości młodych DidżeJów i klubowych aktywistów muzyka klubowa zaczęła się wczoraj, wraz z ich pojawieniem się. Srogą zajawkę łapią zwłaszcza didżeje, przyjmując gwiazdorskie pozy z taką buńczucznością, jak gdyby przed nimi istniało tylko disco polo. Kiedyś był DJ Extase, DJ Górnik oraz DJ Sowik, dziś mamy Alcowhore, The Cocksuckers oraz Hungry Hungry Models. I nie Hungry Models, ale wymowne Hungry Hungry Models. Czy zatem jest tak dobrze, czy... tak źle?

Kultura klubowa. W Polsce. Tego tematu nawet patykiem nie tykają już krajowe kolorowe magazyny czy telewizje śniadaniowe. Chyba że ktoś w błysku stroboskopów i pod naporem środków odurzających fajnie legnie na parkiecie, ktoś komuś coś do drinka doda albo w klubie pojawi się pani Doda. Skrobną coś o nas i nad nadwiślańskim „klabingowaniem” pochylą się od czasu do czasu zagraniczne media, zwabione choćby słynną urodą naszych niewiast i wciąż niską ceną naszego piwa. Uroda i procenty mącą w głowach, toteż z owego pochylania się często niewiele wynika. Ostatnio pisał o nas brytyjski „The Guardian”, o naszych imprezach donosiła słynna rozgłośnia BBC Radio 1, a w kwietniu tego roku z włoskiego „Vogue’a” można było się dowiedzieć, że życie nocne w Warszawie dopiero się zaczyna. Porażeni tym sensacyjnym faktem bywalcy Trendu, Filtrów, Blue Velvet czy dawnych Hybryd i Piekarni, zapewne doszli do wniosku, iż kilkanaście lat temu musieli przeżyć zbiorą halucynację. Cóż, może rzeczywiście była to halucynacja...

GDZIE SIĘ PODZIAŁY TAMTE TECHNOPARTY?


Na technoparty każdy szanujący się freak przychodzi z gwizdkiem zawieszonym na szyi, świecącą na czerwono rowerową lub górniczą lampką, czasami przeciwpyłową maską i diodami święcącymi wokół spawalniczych okularów. Mężczyźni noszą bardzo krótkie, pofarbowane na jaskrawe kolory włosy, kobiety zaś fryzury stylizowane na grzeczną pensjonarkę. Tak w roku 1998 w swojej publikacji „Technomania. Cyberplemię w zwierciadle socjologii” pisał socjolog Tomasz Szlendak. Twierdził on również: Na technoparty nie idzie się ze swoją narzeczoną czy chłopakiem, tak jak czyni się to, wychodząc na normalną dyskotekę w sobotni wieczór. Udajemy się na rave sami lub (co zdarza się częściej) z grupą przyjaciół technomanów. Czytając te słowa z perspektywy lat, można tylko serdecznie się uśmiechnąć. A także uronić łzę, stwierdzając z nostalgią, że dziś prawdziwych „technoparty” już nie ma (skąd zresztą wziąć tę górniczą lampkę lub spawalnicze okulary?). Nasi „technomaniacy” dorośli i zdjęli światełka, maski oraz rękawiczki, by zająć się wychowywaniem własnych dzieci. Oczywiście na porządnych i mądrych obywateli. Dziś wszyscy spragnieni masowego hedonizmu zamiast w halach bawią się na licznych festiwalach, których w Polsce nieustannie przybywa i które organizuje się przy oficjalnym wsparciu władz miast czy gmin. I oczywiście dzięki dofinansowaniu zasobnych firm i koncernów. Kultura klubowa przestała być modnym i nośnym tematem dla mediów. Z rynku prasowego zupełnie wyparowały specjalistyczne magazyny poświęcone muzyce elektronicznej, a samo hasło „klabing” – czy z angielska, a zatem bardziej nobilitująco: „clubbing” – u nikogo nie wywołuje już choćby skromnych rumieńców. Co więcej, „klabing” to obecnie termin z kategorii „sucharów”, niemal równie zamierzchły co „prywatka” lub „potańcówka”. Tyle że w odróżnieniu od tamtych, których wciąż używa się czasem dla żartu, postrzegany jako obciachowy. W połowie pierwszej dekady XXI wieku gwoździem do trumny oraz żałosnym finałem medialnego zgiełku wokół klabingu stała się TVNowska produkcja o pobudzającym wyobraźnię tytule „Co za noc”. Sam program okazał się rozwinięciem reklamowej działalności stacji, a dzięki niemu ta mniej świadoma klubowo część społeczeństwa (czyli zdecydowana większość) dowiedziała się, że klub to nażelowana dyskoteka pełna lansujących się, prężących i przypieczonych na solarium celebrytów i innych mistrzów tańca.

MOCNIEJ, SZYBCIEJ, WIĘCEJ

Kult didżeja właściwie przeminął (chyba że ma się 14 lat i jest się fanem Tiësto), a jego gaża w ciągu ostatnich 10 lat znacznie zmalała. Przynajmniej na Zachodzie – bo u nas stawka didżejska od lat niezmienna i niska. W oczach mediów DJ to dziś już ani bóg, ani artysta. Raczej taki czasoumilacz do wynajęcia. Żywy jukebox. Bohater drugiego planu z telewizyjnych reklamówek czy telenowel. Wiecznie uśmiechnięty, permanentnie gibiący się do rytmu półgłówek z przyklejonymi do uszu wielkimi słuchawkami. A jak już przemówi, to na pewno będzie to słowo „cool”. W porywach do „ekstra” oraz „super”. Po cichu i bez specjalnych fanfar elektroniczna muzyka klubowa rozsiadała się wygodnie w powszechnej świadomości i dziś funkcjonuje właściwie na tych samych prawach co pop czy rock – jest i już. Jej obecność nikogo nie ekscytuje, nie dziwi, nie oburza. Czasem tylko pokolenie naszych rodziców czy dziadków (ewentualnie sąsiadka) palnie, że „kiedyś to były ładne melodie”. Co zaskakujące, Boddika czyli Alex Green, połowa brytyjskiego duetu Instra:mental i jeden z najbardziej progresywnych twórców klubowych A.D. 2011, także stwierdził ostatnio, iż najlepsza muzyka została już napisana... Mimo zmian kluby istnieć nie przestały, przeciwnie – zwiększyła się ich ilość, a wraz z nimi liczba imprez. Zatarła się natomiast granica pomiędzy prawdziwym klubem a trochę lepszą dyskoteką czy nawet barem z imprezowymi ambicjami, podłym nagłośnieniem i anonimowym didżejem na stanie, serwującym Michaela Jacksona, Dianę Ross, a w ekstatycznym zrywie – Fatboya Slima. Często za jednym zamachem, w jakimś koszmarnym, wołającym o pomstę do nieba maszapie. Wstęp do większości podobnych lokali, zazwyczaj usytuowanych w samym centrum miasta, jest darmowy. Ich ilość, brak opłaty za wejście oraz dobra lokalizacja przekładają się na coraz niższą frekwencję w klubach z prawdziwego zdarzenia, często znajdujących się poza ścisłym centrum. A tych na imprezowej mapie Polski jest coraz mniej – wiele z nich bądź upadło, bądź po zmianie właściciela podupadło artystycznie i repertuarowo. Szczególnie widoczne jest to w Warszawie. Klubom nie pomaga również pokoleniowa wymiana klubowiczów. Ta świadoma i muzycznie wyrobiona gwardia, zaprawiona w hedonistycznych bojach i licznych podsufitowych lotach, ze szklanką dobrej whisky czy kieliszkiem czerwonego wina w jednym oraz jointem w drugim ręku, osiadła we własnych domach i sporadycznie pojawia się „na mieście”. Mamy za to nowe pokolenie głodne zabawy, ale dopiero odnajdujące się w coraz bardziej zatłoczonym klubowym świecie i poznające swoje rozrywkowe potrzeby. Nakręcone i rozpędzone dzisiejszym tempem życia, dopiero uczące się tego, w którym momencie i przy jakim lokalu zaciągnąć ręczny. Brak (a w każdym razie niedobór) stałej i świadomej publiki absolutnie nie zachęca do realizacji ciekawszych, ambitniejszych i po prostu droższych projektów. Nie gwarantuje również ich opłacalności. Bez sponsora zorganizowanie imprezy z zagranicznym artystą czy didżejem jest dziś dla klubu wyzwaniem i sporym ryzykiem (tymczasem przed dekadą w stołecznej Piekarni zawsze był tłum – bez względu na to, kto i jaką muzykę grał oraz jak drogi był bilet). Frekwencyjnego sukcesu nie gwarantuje też popularne do niedawna electro-pierdolnięcie (sztandarowe hity to „Mars” Fake Blooda oraz „Bonkers” Dizzy’ego Rascala), umiłowane i adorowane przez hiperwystylizowaną i przybierającą iście teatralne postawy młodzież blogową – taki współczesny i równie inwazyjny dla oczu odpowiednik starych dobrych technomaniaków. Tyle że w miejsce masek, światełek i koszulek z zielonymi ludkami, mamy dziś orgię kolorów bijącą od bandanek, flanelowych koszul czy przydługich t-shirtów (najlepiej marki Mishka).

OD DRUM'N'BASSU DO FUTURE BASSU


Wciąż dużym zainteresowaniem cieszą się imprezy drum’n’bassowe. Te od lat mają swoją wierną publikę. Podobnie rzecz się ma z dubstepem – właściwie jedynym innym gatunkiem akceptowalnym przez naszych drum’n’bassowych fanów. Od kiedy jednak za dubstep wziął się sam Tiësto (teraz powinien nastąpić jęk czytających), grono wielbicieli tego gatunku może się tylko powiększyć... Na naszych klubowych parkietach świetnie radzą sobie liczne odmiany techno, a powodów do dumy niezmiennie dostarczają tacy uznani na świecie artyści jak Jacek Sienkiewicz, Marcin Czubala czy grupa Catz and Dogz. Nie słabnie popyt na wszelkiej maści brzmienia house’owe, głównie jednak na te bardziej przaśne i mniej wyszukane. Fluorescencyjnego, psychodelicznego transu już się raczej nie uświadczy, za to do łask wróciło disco – w różnych formach i podgatunkach. Popularny pod koniec lat 90. uśmiechnięty big beat zmienia się na naszych oczach w coraz bardziej nieznośny i schematyczny nu-funk, żerujący na standardach muzyki rozrywkowej. W 2010 roku breakbeat pokłonił się muzyce rave, sięgnął po dusbtepowe basy oraz jungle’owe rytmy i przyśpieszył do tempa 140 beatów na minutę. Stosunkowo nowym, a na pewno wartościowym zjawiskiem w polskich klubach (oczywiście na świecie również) jest obecność bardzo pojemnego nurtu muzycznego określanego „future bass” i będącego reakcją na coraz bardziej prymitywną dubstepową rąbankę rodem z tartaku. Garage, 2-step, techno, house, dubstep (ten z duszą), UK funky, breakbeat – to wszystko może trafić do przepastnej „future-bassowej” szuflady, pięknie zmutować i przekształcić się w coś świeżego i ciekawego. „Future bass” to także wymowny przykład, jak coraz mniej schematyczna i coraz bardziej nieprzewidywalna bywa współczesna muzyka taneczna – już ponad sztywnymi gatunkowymi podziałami (te niestety w polskiej świadomości klubowej wciąż istnieją). Mamy nawet własną, zdolną future-bassową reprezentację. Coraz liczniejszą i docenianą na świecie (m.in. The Phantom, Zeppy Zep, Supra1, Sentel czy Space, Ladies).

MAM PENDRIVE'A, WIEM CO TO BYĆ DIDŻEJEM, DZIWKO!


„Everybody wants to be a DJ” – te oto słowa z klasycznego nagrania De La Soul („The Magic Number”) już kilkanaście lat temu brzmiały słusznie i na miejscu. Nigdy jednak nie były równie aktualne co dziś. Bo dziś, dzięki rozwojowi techniki, nawet już nie tyle pragnie się didżejem zostać, co po prostu się nim zostaje. Nie potrzeba do tego specjalnych predyspozycji, talentu czy znajomości techniki miksowania. Nie trzeba też obszernej kolekcji płyt winylowych oraz kompletu gramofonów. Zresztą tych ostatnich na rynku jest coraz mniej. W październiku zeszłego roku firma Panasonic ogłosiła wstrzymanie produkcji klasycznego didżejskiego modelu Technics SL-1200. Oczywiście najważniejszą przyczyną owej smutnej decyzji jest powszechny proces digitalizacji muzyki oraz niska cena formatu cyfrowego (dla „sprytków” nawet brak jakichkolwiek opłat). Zatem by dziś zostać didżejem, wystarczy odpowiednio duże ego, laptop i kontroler, a beaty sklei za nas miły komputer (dokładniej: odpowiedni program z funkcją automatycznej synchronizacji beatów). Podczas występu jest za to więcej czasu na interakcję z klubowiczami, prężenie się, przybijanie piątek i bycie prawdziwym królem parkietu. A jak się ktoś przyczepi, zawsze można powiedzieć, że gra się „live-act”. To oczywiście tylko teoria. Choć stosowana w praktyce przez niektórych bohaterów naszej sceny klubowej. Zresztą bywa, że dobrodziejstwa
techniki wykorzystuje się w jeszcze bardziej „kreatywny” sposób. Będąc szczęśliwym posiadaczem laptopa, można w trakcie imprezy odtwarzać muzykę np. prosto z YouTube’a. Sam byłem tego świadkiem – słaba jakość youtube’owego dźwięku oraz dość kontrowersyjny sposób zapewniania klubowej rozrywki absolutnie nikomu nie przeszkadzały i nikogo nie dziwiły. Pamiętam, że sam nawet nieźle się bawiłem. A raczej miałem niezły ubaw z całej tej sytuacji. Ale przecież o dobrą zabawą w tym wszystkim chodzi, prawda?

GALERIA
Autor: cream
20-09-2011 23:28:35
synuś, jak hungr hungry models grali na dobrej, to ty gimnazjum wybierałeś
Autor: Szkoda ze
14-09-2011 23:43:44
Szkoda ze w takim zestawieniu zabrakło muzyki urban/rap/hiphop.
Autor: magnatec
03-08-2011 15:38:13
mysticartsevent.info
Autor: magnatec
03-08-2011 15:36:54
coś tam gra na psytrance.pl i mysticartsevrnt.info
Autor: Lantier
26-07-2011 01:10:14
Klubowo leżymy. Wszędzie radiowe hity. Zero polotu. Zero finezji.
Autor: Lilian
24-07-2011 20:19:43
Holy sihiznt, this is so cool thank you.
Autor: emilia
30-06-2011 15:55:59
Jakże to przykre...
Imię
Email
Komentarz


Wpisz litery, które widzisz na obrazku powyżej.
Pojawiają się tylko litery od A do Z.
Wielkość znaków jest nieistotna.