Jaka para w NBA po odejściu duetu Stockton-Malone robi na Tobie największe wrażenie?
Ostatnią, jaka robiła na mnie jakiekolwiek wrażenie, była Williams- Webber z Sacramento Kings. Potem trudno powiedzieć, bo przestałem oglądać.
Marcin Gortat. Kibicujesz, podziwiasz, śledzisz? Ma coś w sobie z Malone’a. Czyli nie jest superefektowny, utalentowany ponad miarę – taki pracuś bardziej.
Śledzę statystyki, podziwiam i zazdroszczę – przecież to ja miałem być pierwszym znaczącym Polakiem w NBA! Takie miałem plany, rozpoczynając
treningi w klubie przeszło 20 lat temu, hahaha.
No cóż, może jeszcze kiedyś... To przejdźmy tak mało płynnie do muzyki. Jeden z moich znajomych, znający się na muzyce, powiedział kiedyś: „Gdyby Afro Kolektyw wydawał w innym kraju, to byłaby grupa o sile rażenia bomby wodorowej”. Czujecie się trochę outsiderami w tej szarej Polsce?
Nie, bo nie widzimy różnicy. Gdzie indziej mogłoby być o tyle lepiej, że łatwiej byłoby nam dostać hajs na działalność jako twórcom kultury. Ale pewnie – tak jak i tu – nie bylibyśmy dość bezczelni, żeby o ten hajs poprosić, więc nie ma o czym mówić. A zapierdalać trzeba wszędzie, nigdzie nie jest tak, że pokiwasz palcem i ludzie biegną posłuchać w zachwycie.
Koncerty to wasz żywioł?
Trzeba by zapytać tych, co na nie przychodzą. My się dobrze czujemy na scenie, lubimy ze sobą grać i żadnego z nas przesadnie nie spina blask reflektorów. A teraz grając nowy materiał szczególnie dobrze się czujemy, bo muzyka oparta na melodii, akordach i zwięzłym tekście bardziej nam odpowiada i sprawdza się lepiej w niesprzyjających warunkach akustycznych niż ta oparta na groovie i nieprzerwanym potoku słów.
Przyznaję szczerze, że fascynuje mnie ten twój prześmiewczo-czarny humor. Ale to chyba równie często co plusem bywa przekleństwem, prawda?
Przekleństwem bywa to, że niektórzy nadal kojarzą zespół jako tych śmiesznych, sepleniących gości bijących w kokos. Od kabaretu, wydaje mi się, odchodzimy z każdą płytą coraz bardziej – do tego stopnia, że teraz chcemy w ogóle odizolować piosenki serio (co nie znaczy, że totalnie wyprane z humoru – przynajmniej taką mam nadzieję) od tych stricte zabawnych. W związku z tym niedługo po albumie pewnie pojawi się EP-ka z numerami jajcarskimi, takimi jak „Jojne Jakow”, „Zły login” czy „Polska dla początkujących”, bo z płyty właśnie je wypieprzyliśmy. Nie powiem, nie bez żalu – tak jak wyrzuciliśmy wszystkie skity z „Połącz kropki”. A może część tych cyrków pojawi się na albumie jako bonusy, a EP-kę sobie darujemy...? Trochę za wcześnie o tym mówić.
Nowy singiel, nowe projekty ludzi związanych z Afro Kolektywem – o tym wiemy. A o czym jeszcze nie wiemy? Bo od wydania ostatniego albumu sporo już minęło.
Tak, była Furia Futrzaków, Newest Zealand, Nerwowe Wakacje i jeszcze sporo innych, a teraz jest nowa piosenka zapowiadająca nowe wydawnictwo. I nowy styl. Po drodze trafiły się trzy happeningi: cover „Pocztówki z wakacji” na kompilację przeróbek tego typu, „Hymn polskiej reprezentacji na piłkarskie MŚ 2010”, w których – jak wiadomo – nie braliśmy udziału, i blackmetalowy internetowy żart, nie pamiętam dokładnie tytułu. Zmienił się skład, teraz na basie gra Rafał Ptaszyński, a na pianie Stefan Głowacki – i uważam aktualny line-up za muzycznie i towarzysko optymalny. Nasz gitarzysta założył sobie wydawnictwo płytowe. Studio nam utonęło. Postanowiliśmy sami sobie robić klipy i zrobiliśmy aż trzy. Zmężnieliśmy. Chyba wszystko.
Nie masz czasem wrażenia, że Afro Kolektyw pojawił się za wcześnie jak
na polskie warunki? Mam na myśli przede wszystkim świadomość słuchaczy co do hip-hopowego brzemienia, które jest bogatsze od opcji fruity loops i banalne nawijki o tym, co za oknem.
Pojawił się w odpowiednim czasie i był nawet dzięki temu w jakimś tam sensie świeży ze swoją ówczesną propozycją – ale w nieodpowiedniej formie. Jak posłuchałem swoich wokali z „Płyty pilśniowej”, masterując jej reedycję kilka lat później, to miałem ochotę sobie samemu spuścić wpierdol.
Lubiłeś parę Stockton-Malone, która była lekko drewniana, ale nad wyraz skuteczna. W muzyce dążysz chyba do zupełnie innej opcji. Efektownie, świeżo, oryginalnie, ze smakiem. Mam rację?
Nie wiem, ale miło słyszeć. Przede wszystkim nie chcę się powtarzać, nagrywanie i pisanie ciągle tego samego, jeśli kiedyś do tego dojdzie, będzie oznaczało, że jestem skończony. Ale pewnie, tak jak wszyscy osiągający ten punkt, nie zdam sobie z tego sprawy, albo zdam i się nie przyznam.
Temat rzeka, a i temat, od którego często się ucieka. Da się w Polsce wyżyć z grania koncertów i słabej sprzedaży płyt, czy też wciąż muzyka stanowi dla ciebie „plan b”?
Ze sprzedaży płyt w ogóle nie da się wyżyć, chyba że wydasz sam i upłynnisz grube dziesiątki tysięcy. Z koncertów, zaiksów, stoartów – słyszałem, że można. Ale nie w naszym przypadku, jeszcze nie ten numer buta. Wszyscy na co dzień pozazespołowo pracujemy.
Ile grup w Polsce gra fajniejsze koncerty od was? Bez fałszywej skromności, bez dłubania w nosie, że to, że tamto. Kogo wyróżnisz?
Pod ogromnym wrażeniem byłem oglądając na żywo Mitch & Mitch i Kapelę ze Wsi Warszawa. Ale dużo więcej zespołów gra bardzo dobre koncerty – zbyt wiele, by wymieniać. Odeszliśmy od kabaretu
Witamy właśnie wiosnę 2011. Wróćmy na chwilę o dekadę wstecz. Czego żałujesz, jeśli chodzi o artystyczną drogę? Jest coś, co zrobiłbyś inaczej, jest coś, czego jako frontman Afro Kolektywu byś uniknął?
Nie, chociaż z paru rzeczy jestem niezadowolony. Wspomniałem chociażby o wokalach z debiutu. Co jeszcze...? Na pewno przerwa między pierwszą a drugą płytą trwała za długo. Pamiętałbym teksty w Blue Note w Poznaniu, żeby nie zawalić koncertu, na którym nam bardzo zależało. Tylko że to wszystko było nieuniknione, a wręcz potrzebne do wyciągnięcia wniosków.
A jako człowiek, Michał Hoffmann, co byś zrobił inaczej?
Wyrzucony drzwiami, więcej razy wróciłbym oknem. Ale w tej materii nadal niewiele się nauczyłem i za dziesięć lat powiem to samo. A, i nie zacząłbym drugi raz palić.
Czy w Nowej Zelandii, nawet po furii zwierząt futrzanych, byłoby miejsce
na ten pozytywny vibe Afro Kolektywu?
Jak rzekł mój ojciec, gdy go dumnie poinformowałem o tym, że chcę
zajmować się muzyką: nie jestem pewien...
Widzisz czarno czy w końcu łącząc kropki dostrzegasz wibracje bardziej pozytywne?
Staram się dostrzegać, i wszystko, co ponad minimum, traktować jak niezasłużoną, acz przyjemną premię.
Coś na koniec?
Młynek. Mogę tego nie wyjaśniać?
Afro Kolektyw
Początki zespołu datuje się na 1994 rok. Najpierw funkcjonował pod nazwami Shit Lives Forever, Spliff Radio, Funk Dyrekcja oraz Kawiarnia. Za oficjalnydebiut uznaje się wydaną w 2001 roku przez T-1 Teraz „Płytę pilśniową”. Był to pionierski na scenie hip-hopowej materiał, nagrany w całości na żywych instrumentach.





















Nie ma jeszcze żadnych komentarzy...