South By Southwest po 25 latach istnienia to coś naprawdę dużego. I nie chodzi bynajmniej o logistyczny rozmach przedsięwzięcia, tylko o jego wymiar kulturotwórczy, który zresztą raz na zawsze zmienił postrzeganie Teksasu jako najbardziej „wieśniackiego” stanu USA. Oto w Austin narodził się festiwal nowej epoki, odpowiadający potrzebom publiczności rozczarowanej gigantomachią Lollapalooz czy Open’erów. Z tego typu imprezami SXSW teoretycznie nie konkuruje, bo jego formuła jest showcase’owa, ale zostawmy owe niuanse, bo istotne jest tu skrócenie nie tyle czasu trwania występów, co dystansu pomiędzy artystą a fanem. Kapele z oficjalnego line-upu (w 2011 roku było ich dwa tysiące) mają do dyspozycji pięćset klubów zlokalizowanych na dystansie kilku kilometrów wzdłuż całej Szóstej Ulicy. W praktyce w Austin zjawia się jednak kilka razy więcej muzyków, a koncerty odbywają się prawie przez całą dobę we wszystkich sklepach płytowych, w ogródkach, podwórzach, piwnicach i na ulicy, w hotelowych holach, na stacjach benzynowych i parkingach.
– Robi się coraz ciaśniej i stąd wiele zespołów, które grają jeden lub dwa oficjalne koncerty, potem daje jeszcze kilka innych w różnych dziwnych miejscach – mówi Radek Łukasiewicz z Pustek, które pojawiły się na SXSW już drugi rok z rzędu. Wyjechać pomógł Instytut Adama Mickiewicza, który w 2011 wysłał za Ocean jeszcze piątkę innych artystów: Bajzla oraz grupy Indigo Tree, KAMP!, Kyst i L.Stadt (również drugi raz z rzędu). Szkoda jedynie, że zarówno w ubiegłym, jak i w tym roku był to wyjazd bardziej wakacyjny niż służbowy – zabrakło chociażby plakatów informujących o koncertach Polaków czy składanki prezentującej ich muzykę, nie wystarczy też występ na jednej porządnej scenie, nawet jeśli jest to scena wpływowego magazynu „FILTER”. Ale przyjmijmy optymistycznie, że pierwsze koty za płoty, a sam wyjazd tak dużej liczby polskich muzyków do Stanów to i tak spory sukces.
Artyści zakwalifikowani do udziału w SXSW mają do wyboru albo skromne wynagrodzenie w wysokości stu dolarów na osobę, albo opaskę dającą im pierwszeństwo przy wejściu na festiwalowe koncerty. W związku z rosnącym zainteresowaniem imprezą ze strony regularnej publiczności wybór jest oczywisty. – By zobaczyć sekretny występ Atlas Sound zwykli widzowie czekali przed klubem od 8 do 17 – śmieje się Tobiasz Biliński z Kyst, któremu wejście do środka zajęło ledwie kilka minut. Ale były i tak oblegane koncerty, na które dostać się nie pomogła wspomniana przepustka muzyka. – Ostatniego dnia stałem czterdzieści minut w kolejce na TV On The Radio i nie wszedłem – wzdycha Łukasiewicz. Z drugiej strony podczas SXSW można trafić na występ swoich ulubieńców przypadkiem. – Poszedłem kupić ostatnią płytę Kurta Vile’a na winylu – wspomina Adam Byczkowski z Kyst. – Sprzedawca pogratulował mi wyboru, a gdy mu się zwierzyłem, że jestem bardzo zdołowany, ponieważ w przeddzień przegapiłem koncert artysty, powiedział mi, że Vile właśnie występuje na scenie za sklepem. Pobiegliśmy zobaczyć, a po koncercie Kurt pogadał z nami jak z ziomami. Powiedział: „Wczoraj też występowałem, ale wyszło tak funkowo, że jestem załamany”. Peve Lety z Indigo Tree stwierdza, że na SXSW nie wypada jechać bez odpowiedniego przygotowania. – Do tego na miejscu trzeba na bieżąco wyszukiwać dodatkowe informacje o tym, co się dzieje – mówi. Fakt, inaczej trudno trafić na koncert takiej grupy jak choćby DeYarmond Edison, w której gra Justin Vernon z Bon Iver. – Wiem, że Austin jest czymś w rodzaju wyspy na redneckim oceanie Teksasu, tym bardziej w trakcie SXSW – podsumowuje Radek Krzyżanowski z KAMP! – Ale to, co się tam wtedy dzieje, póki co nie ma szans wydarzyć się gdzie indziej.



























