MAGAZYN / MUZYKA
URODZENI WYKOLEJEŃCY
URODZENI WYKOLEJEŃCY
I TAK NIE ZALEŻY NAM NA MUZYCE
Tekst: Jacek Skolimowski    
2011.05.03
W cieniu dramatycznych wydarzeń w Japonii do naszych kin wchodzi dokument "I tak  nie zależy nam na muzyce", odkrywający ponury i fatalistyczny świat tamtejszej sceny  eksperymentalnej. Jeśli wam zależy, to koniecznie go obejrzyjcie.

Gapowaty Azjata z tłustymi włosami w starej, wytartej kurtce ciągnie za sobą po podłodze zdezelowaną wiolonczelę, a później siada na krześle i zaczyna na niej nieudolnie grać. Wychudzony facet z gołą klatą, długimi nieuczesanymi włosami stoi w ciemnym tunelu, charczy do mikrofonu, a nad głową miga mu żarówka. Młodziutka Japonka w obcisłym kostiumie kąpielowym skacze z gitarą po plaży, a za nią przy klawiszu wśród wzmacniaczy kuca wyluzowany chłopak w białej bandanie. To kilka obrazków, które powinny wam utkwić w pamięci po obejrzeniu „I tak nie zależy nam na muzyce”. Czego jeszcze dowiecie się z dokumentu Cédrica Dupire i Gasparda Kuentza?


Szybciej i Głośniej


Dla niewielkiego grona osób, które miały dotychczas styczność z japońską muzyką, musi ona uchodzić albo za bardzo infantylną, kolorową i plastykową, albo – przeciwnie – za radykalną, ekstremalną, niestandardową, bezkompromisową i antysystemową. Francuscy dokumentaliści postanowili skupić się na tej drugiej, mrocznej stronie Kraju Kwitnącej Wiśni. Na artystach, którzy żyją na marginesie społeczeństwa i – jak sami deklarują – nie chcą ulegać przyjętym powszechnie standarkonkurencja jest duża, a system selekcji „noruma” bezlitosny – artysta musi zapłacić właścicielowi klubu, a nie na odwrót 32 muzy ka m dom, gardzą konformistycznymi postawami obywateli i ich masowymi gustami (czytaj: nie potrzebują najnowszego modelu iPhone’a i dziesięciu breloczków Hello Kitty). Tworzą oni sztukę na własne potrzeby, nie przejmują się liczbą odbiorców, sprzedanych płyt i nie śledzą trendów. W gruncie rzeczy to nic nowego, podobne małe sceny muzyki improwizowanej, eksperymentalnej czy elektroakustycznej działają wszędzie – od Berlina, przez Londyn, aż po Nowy Jork. Akurat specyfika tej pokazanej w „I tak nie zależy nam na muzyce” polega na tym, że rozwinęła się w cieniu wielkich tokijskich wieżowców, z dala od supernowoczesnej technologii obecnej na co dzień w życiu Japończyków, w opozycji do najbarwniejszej i najbardziej ogłupiającej kultury popularnej. Stąd w filmie ujęcia muzyków przechadzających się z gramofonami po wysypiskach śmieci lub wśród ciężkich maszyn na opuszczonych placach budowy czy przebitki z zatłoczonych skrzyżowań pełnych wystylizowanej młodzieży lub stacji metra zaludnionych przez anonimowych salarymanów, synchronizowane z jazgotliwymi, piszczącymi i świszczącymi dźwiękami. Rzeczywiście, robi to niezłe wrażenie, nie tylko wizualne. Momentami obrazy przypominają niskobudżetowe produkcje science- fiction, które wpisane są w japońską kulturę komiksów i kina niezależnego. Zdradzają też pewien tkwiący w podświadomości Japończyków fatalizm, lęk przed kolejnym kataklizmem albo zagładą społeczeństwa w procesie postępu cywilizacyjnego. A lakoniczne wypowiedzi zaangażowanych muzyków, m.in. Kena Takehisy, Hiromichiego Sakamo czy Fuyukiego Yamakawy, tylko podkreślają tkwiącą w ich twórczości desperację.

Film „I tak nie zależy nam na muzyce” w oryginalny sposób pokazuje „tu i teraz” tamtejszej sceny – a raczej jej drobnego wycinka – bynajmniej jednak nie wyczerpuje problematyki nazywanej z reguły „japońskim dziwactwem”. Brakuje przede wszystkim zarysowania szerszego kontekstu historycznego: jak rozwijała się tam muzyka i skąd właściwie biorą się ci wszyscy wykolejeńcy. A dla bardziej zaawansowanych przydałoby się też głębsze wniknięcie w unikalną estetykę typowo japońskich struktur dźwiękowych, które rozwijały się w czasach samurajów i z dala od świata zachodniego. Przed pójściem do kina warto więc liznąć trochę muzyki ludowej i teatru no, poczytać na wikipedii o pojęciach wabi, sabi i mono no aware. I obowiązkowo sięgnąć po mało znane do dziś nagrania grup Flower Travellin’ Band, Fushitsusha, Boredoms, Ground Zero, Incapacitants oraz takich artystów jak Keiji Heino, Ōtomo Yoshihide, Merzbow. Bo te wszystkie zjawiska, które oglądamy w filmie, sięgają co najmniej końca lat 70., kiedy pod wpływem hard rocka i rocka progresywnego wytworzył się nurt japońskiej rockowej psychodelii. A w latach 80. w odpowiedzi na europejski industrial rozwinął się szczególny odłam muzyki noize. Jak we wszystkich innych dziedzinach – w muzyce Japończycy również okazali się dwa razy szybsi, głośniejsi i doskonalsi. Niestety ze względów geograficznych byli zawsze na uboczu głównych nurtów muzycznych. Jedyną oazą był dla nich przez lata chyba tylko Nowy Jork, gdzie wielkim miłośnikiem Japonii był John Zorn. Nawet w latach 90. dużo bardziej przebojowa twórczość Shonen Knife, Corneliusa, Pizzicato Five czy Buffalo Daughter traktowana była jako coś alternatywnego – choć bardziej ze względu na trudny dostęp do nagrań niż na egzotykę muzyki. Sytuacja znacząco zmieniła się dopierow epoce internetu. Chociaż japońska muzyka – nawet ta popowa – nie przebiła się do masowej świadomości tak jak choćby jedzenie sushi. A śledzenie eksperymentalnej sceny onkyo (Toshimaru Nakamura, Sachiko M), artystów folkowych (Shugo Tokumaru, Piana) czy zespołów psychodelicznych (Ghost, Acid Mothers Temple) stało się jeszcze mniejszą niszą niż kolekcjonowanie komiksów manga.

Inaczej i Lepiej


Przy okazji warto też sięgnąć przy po jeszcze ciekawszy dokument„Live from Tokyo”, zrealizowany w zeszłym roku przez Lewisa Rapkina. Młody amerykański reżyser zamiast tworzyć na siłę pretensjonalny obraz japońskich artystów, wyruszył po prostu z kamerą w podróż po tokijskich klubach. I – jak sam przyznaje – ich atmosfera i oferta zrobiła na nim większe wrażenie niż te w jego rodzinnym Nowym Jorku. Jest tam miejsce dla kabaretu kiczowatej primadonny The Lady Spade, barwnego rockowego dziewczęcego tria Tokyo Pinsalocks, electro-popowych wygłupów Sexy-Synthesizer, audiowizualnego projektu perkusyjnego D.V.D. czy solowego występu Optrum z fluorescencyjnym mieczem świetlnym. W tej artystycznej różnorodności brak jest sztucznych podziałów stylistycznych – lekkie snobowanie się na tworzenie sztuki wysokiej, a flirtowanie z popkulturą i korzystanie ze zdobyczy nowoczesnej technologii nie jest powodem do wstydu. A obok egzotyki spacerów po modnej dzielnicy przebierańców Harajuku, przedzierania się przez ruchliwe skrzyżowanie przy stacji Shibuya i hałaśliwe sklepowe alejki Koenji – jest też zwykła proza występów w niezliczonej ilości klubów w dzielnicy Shinjuku. Wiele amatorskich zespołów tkwi na tzw. scenie undergroundowej, bo po prostu żadna z dużych wytwórni nie jest na razie nimi zainteresowana. Konkurencja jest duża, a system selekcji „noruma” bezlitosny – artysta musi zapłacić właścicielowi klubu za to, że może wystąpić, a nie na odwrót. Na koncercie zarabia się tylko z biletów, dlatego najpierw najlepiej występować na ulicy albo porządnie wypromować się w sieci, aby ściągnąć wystarczająco dużo publiczności. Brakuje też poza Osaką czy Kioto miast, w których działałyby mocne sceny i tzw. live house’y, co znacznie ogranicza możliwość grania tras. A przy wyjazdach do innych krajów – nawet azjatyckich – trzeba liczyć się z poważną finansową wtopą. Szczególnie jeśli śpiewa się w języku japońskim, a po angielsku brzmi jeszcze śmieszniej. I to są również te niekończące się problemy, które stoją na drodze rozwoju japońskiej muzyki w kraju i za granicą. Wpływają one mocno na specyfikę tamtejszej sceny – pokazanej zarówno w „I tak nie zależy nam na muzyce”, jak i „Live from Tokyo”. Dlatego warto teraz skorzystać z okazji i poświęcić trochę czasu japońskiemu graniu. Przestać też traktować je jako coś dziwacznego, lecz spojrzeć na nie jak na coś oryginalnego i ciekawego, czego mocno zmanierowani artyści z Francji, Niemiec czy Ameryki nie są w stanie w ostatnich latach nam dostarczyć.

GALERIA

Nie ma jeszcze żadnych komentarzy...

Imię
Email
Komentarz


Wpisz litery, które widzisz na obrazku powyżej.
Pojawiają się tylko litery od A do Z.
Wielkość znaków jest nieistotna.