Macie poczucie, że wasza kariera rozwija się bardzo, bardzo szybko? Debiutancką płytę wydaliście własnym sumptem w zeszłym roku, a teraz wyjazd na SXSW, Primavera… Inni pracują na to latami!
Tobiasz Biliński: Wszyscy strasznie wyolbrzymiają to South by Southwest – że zajebiście, że zaraz będziemy sławni. A tam występowały też blogowe hajpy odkryte miesiąc wcześniej albo nikomu nieznane zespoły kowerujące Metallikę!
Adam Byczkowski: Tak! Alcohollica – A Texas Tribute To Alcohol And Metallica... (śmiech)
Tobiasz: Może chodzi o to, że byliśmy tam jednym z niewielu zespołów
z Polski...?
Czyli to nie jest tak, że koncert w Stanach to przepustka do wielkiego sukcesu?
Tobiasz: Może tak było kiedyś, w czasach Trubadurów.
Adam: Na SXSW występuje blisko dwa tysiące zespołów. W tym masz mołdawskie country i czeskie reggae. Bez szans na jakąkolwiek karierę.
Ale jesteście trochę dumni, że tam zagraliście? Ktoś przecież was wybrał, bo stwierdził, że należycie do najciekawszych zespołów w Polsce!
Tobiasz: To bardzo subiektywne. Wybrało nas dosłownie kilka osób, a nie cała Polska.
Adam: Większą zajarą niż granie był sam wyjazd do Stanów.
Tobiasz: Gdy dowiedzieliśmy się, że lecimy na SXSW, to prawie popuściliśmy w gacie.
Adam: Jednak po zagraniu tam wiemy, że takie przeglądy najwięcej dają uznanym niezalowym gwiazdom. Ktoś przyjdzie na ich koncert, by się upewnić, czy wziąć ich na swój festiwal. Żaden promotor nie będzie przecież oglądał setek małych zespołów!
Tobiasz: Mimo to, po naszych występach pojawiło się kilka dość zabawnych propozycji, np. wywiad w meksykańskim radiu i propozycja współpracy z niemiecką wytwórnią.
Adam: Ale goście w futrach i z cygarami oferujący lukratywne kontrakty do nas nie podchodzili.
Za to z pewnością pomógł wam ten wyjazd zyskać rozgłos w Polsce...
Tobiasz: Tak, to na pewno pomogło. Dużo osób dowiedziało się, że istniejemy. Ale dużo też nas dissowało. Choćby słynny tekst na pewnej stronie o tym, że lepiej by było, gdybyśmy w tym Teksasie już zostali.
Skoro o dissach mowa, to jesteście bohaterami bodaj pierwszego folkrockowego dissu w Polsce, jeśli nie na świecie. Bo chyba nie macie wątpliwości co do tego, że utwór „Woolen Touch” trójmiejskiego zespołu Kiev Office to zaczepka skierowana w waszą stronę?
Adam: To jest udane, bo jest zabawne. Ja się śmiałem, gdy tego słuchałem!
Tobiasz: Pytanie, czy było zamierzone?
Adam: Tak, to ewidentny diss, oni zrobili nawet okładkę z takim niedorozwiniętym
jelonkiem!
Źle wam życzą? Nabijają się?
Tobiasz: Wszyscy się z nas trochę nabijają.
Adam: Przynajmniej jesteśmy na tyle charakterystyczni, że łatwo nas sparodiować. A zespół Kiev Office gra w Trójmieście kilka razy dłużej niż my – wydaliby w końcu coś fajnego oprócz śmiesznych dissów. No właśnie, sporo zespołów pewnie po cichu zazdrości wam ekspresowych sukcesów. Podzielcie się swoją tajemnicą – jak do tego doszliście? Na pewno sporo dał wam występ na polskim przeglądzie Dont Panic We’re From Poland.
Tobiasz: South by Southwest, Eurosonic, Primavera – to wszystko zawdzięczamy
tamtemu showcase’owi, tam byli wszyscy przedstawiciele tych festiwali.
A co było przed Don’t Panic? To prawda, że Tobiasz leżąc w łóżku wysyłał
e-maile, gdzie się dało?
Tobiasz: Dobrze jest nie mieć życia (śmiech). Sporo osób pytało mnie, jak zabukowałem całą europejską trasę. Jak jeszcze nie masz kontaktów to jest kwestia siedzenia przed laptopem. Wysyłasz dwadzieścia e-maili, na dwa dostaniesz odpowiedź, jedna brzmi „spierdalaj”, a druga „może”. Tej odpowiedzi „może” się trzymasz. Zrobienie trasy w lutym zajęło mi siedem miesięcy, przy czym sama trasa trwała trzy tygodnie.
Adam: Jak to mawia Leszek Możdżer, „dupogodziny”.
Tobiasz: Tak to działa.
Adam: Jednak ile by się nie siedziało, najpierw trzeba mieć spoko
muzę, robić coś interesującego.
A wy co macie interesującego? Bo mnie w waszych utworach najbardziej interesują emocje. Potrafilibyście je nazwać?
Adam: U mnie to zawsze jest jakaś tęsknota.
Tobiasz: Lekka nostalgia... Gejoza...
Adam: Taka apoteoza natury. Ja na maksa mam w sobie ten klimat. Odkąd mieszkam w Warszawie, to przyjeżdżając nad morze, normalnie
padam na kolana.
Ta tęsknota za bliżej nieokreśloną naturą to chyba dziś dość powszechne uczucie, szczególnie wśród mieszkańców miast. Może właśnie dlatego muzyka
Kyst się podoba?
Tobiasz: To dotyczy ludzi z większą wrażliwością. Mimo wszystko sporo ludzi naszych koncertów nie odbiera emocjonalnie, tylko podoba im się pałer, pierdolnięcie, dużo bębnów.
Adam: Czasem jacyś dziwni twardziele po koncercie podchodzą i mówią, że zajebiście. W Newcastle groźny dresik z Polonii trzymający tanie piwo powiedział, że brzmimy trochę jak „ten zespół, co taki kwaśny ziomek napierdala przez pięć minut”. Chodziło o Ściankę.
A może on się wzruszył, tylko nie potrafił tego okazać inaczej?
Tobiasz: Myślę, że bardzo rzadko ludzie przeżywają na koncertach prawdziwe emocje. Z reguły przychodzą wypić piwo i popatrzeć, jak ktoś napierdala na perkusji czy na gitarze. Ja mam odwrotnie – jeśli koncert jest dobry, to nawet mogę się rozpłakać.
Adam: Zajebiście, że w ogóle komuś się podobamy. Myślałem, że jak ktoś nie jest z Sopotu i się nie jara morzem, to ta muzyka do niego nie trafi.
***
KYST
Grupa powstała przed dwoma laty w Sopocie z inicjatywy przyjaciół z dzieciństwa:
Tobiasza Bilińskiego (perkusja, gitara, śpiew) i Adama Byczkowskiego (gitara, śpiew). Obecnie jest triem, które zasila berlińczyk Ludwig Plath (perkusja, śpiew). Muzycy prowadzą label Gingerbrad oraz organizują festiwal pod tą samą nazwą. Po norwesku „kyst” znaczy „wybrzeże”.





















Nie ma jeszcze żadnych komentarzy...