MAG. / ZJAWISKA
Wojna przedmieść
WOJNA PRZEDMIEŚĆ
Tekst: Maciej Wesołowski    
2011.08.01

Przedmieście to jeden z najbardziej urokliwych mitów kulturowych stworzonych w ubiegłym wieku. No i jeden z najbardziej odbiegających od prawdy...

Gdy robi się ciemno, ulice Copacabany zaludniają się. Postaci schodzą stromymi i wąskimi uliczkami z otaczających luksusową dzielnicę wzgórz. Roześmianym turystom giną portfele, czasem zmuszeni są rozstać sięz okularami słonecznymi od renomowanego projektanta, swoim ulubionym zegarkiem, markową koszulą... Nastoletni chłopcy z faveli kupią za to biały proszek, przez parę dni mają szansę pokazania się przed dziewczynami. Tylko nieliczni wydadzą kasę na jedzenie, przetrwanie. Bo to się nie opłaca. W faveli życie jest tanie. Zginąć można każdego dnia. W przypadkowej strzelaninie,z ręki konkurencyjnego gangstera lub policyjnego siepacza. Chłopcy wiedzą, że życia nie można odkładać na później. Trzeba żyć teraz, chwilą. Nascycać się choćby drobnymi przyjemnościami, bo kolejnych być może nie uda się doświad-czyć. Nowego znaczenia nabiera tu dawne punkowe zawołanie „No future”.

NIENAWIŚĆ

Tobie zawsze wydawało się to pewne/ Że któregoś dnia będziemy walczyć/ W wojnie przedmieść/ Twoja część miasta przeciwko mojej/ Widziałem cię stojącego na przeciwległym brzegu – śpiewa Amerykanin Win Butler z Ar­cade Fire w „The Suburbs” (ang.: „Przedmieścia”). Ja atmosferę wiecznej wojny wydanej centrom przez przedmieścia czułem w Rio de Janeiro.

Oryginalnie portugalskie słowo „favela”, którym określa się biedne przedmieścia, oznacza karłowate, kolczaste i bardzo twarde drzewko.I takie są brazylijskie suburbie. Od kilkudziesięciu lat oplatają coraz bardziej przerażone śródmieścia swoimi kolczastymi gałęziami, a życie w nich jest wyjątkowo twarde i karłowate. Miejscowi bogacze i wyższa klasa średnia chronią się więc za potężnymi murami zakończonymi kolczastym drutem, licząc na sprawność swoich ochroniarzy. Takie domy-fortece widać w Rio zaraz za linią słynnych plaż: Copacabany, Ipanemy, przylądka Arpoador.

Favela budzi strach, rodzi przemoc. Już w latach 50., nie mogąc sobie poradzić z hordami biednych, którzy masowo przenosili się ze wsi do wielkich miast, brazylijskie władze dały wolną rękę policji. Dość szybko zaowocowało to monstrualną korupcją i niespotykaną brutalnością. Szczególnie złą sławą cieszył się swego czasu generał policji Amauri Kruel (ciekawym zbiegiem okoliczności to nazwisko po angielsku oznacza „okrutny”). To jego dziełem są słynne Szwadrony Śmierci, czyli policyjne oddziały „czyszczące” ulice mia­sta z bezdomnych, włóczęgów, bezrobotnych, nędzarzy po prostu – często niczemu niewinnych przypadkowych ludzi. Sam Kruel mówił o nich „ludz­kie śmieci” i przez wiele lat bezkarnie mordował. Echa i konsekwencje tego czuje się w Brazylii do dziś. Nawet jeśli władza nie daje już przyzwolenia na bezprawną przemoc. Nie bez przczyny w każdej brazylijskiej faveli naj-bardziej znienawidzoną postacią jest zawsze policjant. Kulkę w głowę można dostać nie tylko za współpracę z policją, ale też choćby randkę z „psem”.

O przemocy przedmieść jest głośny film Matthieu Kassovitza „Nienawiść”, którego akcja dzieje się – co może dla niektórych być zaskoczeniem – w Paryżu,a w zasadzie pod Paryżem. To tam swoje miejsce na ziemi znalazły tysiące imi­grantów. U Kassovitza również zaczyna się od pobicia jednego z chłopakówz blokowisk przez gliniarza. Jego koledzy – Żyd, Arab i Murzyn – poprzysięgają policji zemstę. To znakomite studium nienawiści rodzącej się na glebie społecznej niesprawiedliwości. Biedni nienawidzą bogatych za to, że coś posiadają. Że mogą się uczyć. Że mają jakiekolwiek perspektywy. Przede wszystkim jednak chcą się odegrać, odszczekać światu za to, że ten komplet­nie nie liczy się z ich zdaniem. Stąd już niedaleko do spalonych samochodów, wybitych szyb wystawowych, pobitych i zabitych ludzi. Nie przypadkiem toz Francji dochodzą informacje o wychodzących z przedmieść rewoltach.

Gdybym miał opierać się jedynie na własnych doświadczeniach, bez wa­hania wskazałbym Paryż, a przynajmniej niektóre jego rejony, jako najnie­bezpieczniejsze miejsce w Europie. Raz miałem przyjemność być prawie obrabowany w metrze przez dwóch 15-latków, którzy bez żenady paradowali po wagonie z ogromnymi pisoletami i terroryzowali pasażerów. Innym ra­zem, na przedmieściu nad Marną, kilku chłopaków próbowało nawiązać ze mną konwersację, uchylając okno samochodu. Kiedy na francuskie pytania odpowiedziałem po angielsku, poczułem na twarzy strzał z jakiegoś dziwnego rozpylacza proszku przypominającego wapno, na szczęście nie tak żrącego. Co nie zmienia faktu, że przez następny tydzień okropnie piekły mnie oczy.

LUDZIE BOGA

Francuskie przedmieścia – nie tylko przecież Paryża, ale też choćby Marsylii, Lyonu czy Grenoble, na których regularnie dochodzi do zamieszek – nie chcą już być cicho, chcą być słyszane. Ich mieszkańcy chcą mieć prawa do czczenia własnych świąt, noszenia tradycyjnych ubrań, do bycia szanowanymi.

Nic dziwnego, że na całym świecie przedmieścia mają swoich bohaterów – ludzi, których wszyscy muszą podziwiać. Wielbieni, bajecznie bogaci, ideal­nie uosabiający mit kopciuszka. W Brazylii – Ronaldo, we Francji – Zidane... Ci, którym udało się wyrwać z poniżenia i biedy. A teraz są symbolami. Głosem i „produktem” francuskich przedmieść jest bard ubogich Manu Chao, nie bez przyczyny najbardziej wielbiony w Ameryce Łacińskiej: w Kolumbii, Me­ksyku, Argentynie. Tam to już człowiek-instytucja – nie tylko ceniony artysta, ale prawdziwy rzecznik sprawy.

W podobną kampanię w Stanach Zjednoczonych zaangażował się niegdyś również pochodzący z przedmieść raper Ice-T. W kwietniu 1992, po głośnym pobiciu w Los Angeles niejakiego Rodneya Kinga, okazało się, że czarne przedmieścia nie chcą – cytując klasyka Chiraka – skorzystać z szansy, by siedzieć cicho. Po uniewinnieniu policjantów, którzy brutalnie spałowali wspomnianego murzyńskiego budowlańca, na ulice dzielnicy South Central wyszły tłumy ludzi. Świat czarnej biedoty stanął naprzeciw białego establish­mentu. Zginęły 53 osoby, zdemolowano setki aut i budynków. Przez sześć dni po wyroku ulice wyglądały jak w czasie prawdziwej wojny. Płonęły ogniska, opony, na asfalcie widać było ślady krwi. Straty sięgnęły miliarda dolarów.

W samym Rio jest ponad pięćset takich bied­nych przedmieść. W São Paolo jeszcze więcej. W dziesiątki i setki można liczyć favele w całej Ameryce Łacińskiej. Największe z nich rządzą się własnymi prawami. Jedyną, niepodzielną władzą jest tu narkotykowy baron. Zdarza się, że szef gangu jest kimś w rodzaju filmowego dona Cor­leone – w zamian za lojalność i posłuszeństwo dbao ustanowione przez siebie prawo i sprawiedliwość. Złoczyńców karze, szalchetnych wynagradza. „Na dzielnicy” niemal znika drobne złodziejstwo, nie słychać o gwałtach czy oszustwach. Respekt wobec „prawa” jest większy niż w dobrych okoli­cach. Ale bywa i tak, że prawa gangu prowadzą do sytuacji absurdalnych, nie mających nic wspól­nego z cywilizowanym prawem. Jeden z lokalnych bossów w Rio swego czasu zabraniał kobietom wychodzenia z domów po godzinie 21. Ta, która nie dopełniła tego wymogu, musiała spędzić nocz szefem, tudzież jego żołnierzami, czasem kilko­ma na raz.

Obcy może wejść do faveli jedynie z przewod­nikiem, który ma na dzielnicy poważanie. Policja nie zapuszcza się tu w ogóle. No chyba że są to Szwadrony Śmierci. Przewodnik – za pieniądze– gwarantuje bezpieczeństwo. Mimo to trudno nie poczuć dreszczu na plecach, wchodząc np. do dzielnicy Rocinha w Rio. To największy slums w całej Ameryce Południowej – mieszka tu prawie 300 tys. ludzi. Już przy wejściu nieznajomych wita żołnierz gangu z karabinem maszynowym. Potem jeszcze kilkakrotnie oglądał będę 13- czy 14-latków przykucniętych na murkach czyw jakichś prymitywnych wiatach z ciężką broniąw rękach. Rocinha jest jak filmowe Ciudad de Deus – Miasto Boga. Tu kończy się państwowa władza. Mieszkańcy Rocinhii za nic sobie mają państwowe podatki, nie obchodzą ich opłaty za prąd czy wodę, mimo że są podłączeni do miejskich sieci elektrycz-nych i wodociągów. Pierwsze, co rzuca się w oczy w faveli, to absurdalna wręcz plątanina wszelakich kabli, ciągnących się kilometrami nad prowizorycz-nymi domami z paru czerwonych pustaków, plas­tiku, drewna, blachy i kartonu. Czasem te miesz­kania wyglądają jak makiety, filmowe dekoracje, które za chwilę rozpadną się od większego pod­muchu wiatru. I nie jest to dalekie od prawdy. Zdarza się, że całe obejścia osuwają się w dół, po stromym wzgórzu. Całe rodziny zostają bez dachu nad głową. Kolejna rzecz – ciężki zapach. Smród! Patrzę wokół. I poza kablami widzę śmieci. Śmieci, śmieci, śmieci... Wszędzie. Na ulicach, między krawężnikami, pod domami. I brodzący w nich ludzie, dzieci. W takich momentach najboleśniej myśli się o marności ludzkiego życia.

SERDECZNE MIASTO UMARŁYCH

To samo czułem kilka lat później w Kolum­bii, kiedy z czystego, zamieszkałego w dużej mierze przez białych Medellin wjeżdżałem na przedmieścia karaibskiej Cartageny. Wszędzie czuć było zapach tropiku: mieszankę gnijących owoców, skisłego mleka, lekko psujących się, wy-stawionych na słońce ryb. W południe powietrze aż drgało od gorąca. Temperatura dochodziła do 40 stopni. Czyste i dobrze utrzymane ulice Medel­lin momentalnie zamieniły się w dziurawe, czasem jedynie lekko utwardzone polne drogi. To już nie był świat białych wąsaczy. Przed domami siedzieli potomkowie tysięcy afrykańskich niewolników, przywiezionych tu kilkaset lat temu do pracy na olbrzymich plantacjach. Obejścia były brudne, zaniedbane. Ludzie poruszali się jakby wolniej, bez pośpiechu. Poczułem się jak w biednej równikowej Afryce. Gdyby ktoś pokazał mi zdjęcia przedmieść Cartageny i np. Arushy w Tanzanii, nie jestem pewien, czy byłbym w stanie je odróżnić.

Afryka to zresztą osobna historia, bo są tam miasta, których śródmieścia wyglądają nie lepiej niż przedmieścia. Ulice wspomnianej Arushy nawetw ścisłym centrum przeważnie nie są brukowane, ani asfaltowane. Do tego raczej słabo oświetlone i trzeba mocno uważać, by idąc w nocy nie wpaść do głębokich tu kanałów ściekowych.

O mieszkańcach karaibskiego wybrzeża, a więc tych z Cartageny, Santa Marty, Baranquilli, nazywanych costeńos, reszta Kolumbii wyraża się, mówiąc oględnie, ze średnim entuzjazmem. Że lenie, że cwaniacy, że mają wszystko gdzieś. Że nie sposób robić z nimi żadnych interesów. I że spowalniają ro­zwój kraju. Żadnego etosu pracy, zero solidności, pracowitości. Podobnie wyraża się bogata, europejska czy amerykańska Północ o Czarnej Afryce, która jako całość stanowi dla niej wielkie przedmieście. Pisze się, że korup­cja, że brak rzetelności. Że marnotrawstwo i lenistwo. Ale jak tu być pracowi-tym i solidnym, gdy przez większą część roku z nieba leje się żar, a jedyne, o czym marzy się pomiędzy dziewiątą rano a szóstą po południu, to sjesta, porządnie zmrożony napój i wygodne łóżko?

Zresztą czy to jest najważniejsze? Przecież ci ludzie, mimo biedy, potrafią cieszyć się życiem. Żyją jak chcą, a serdeczność potrafią okazywać również obcym. Sam wieloktotnie miałem okazję przekonać się, że mieszkańcy afrykańskich czy latynoamerykańskich suburbii nie są krwawymi potworami, przeciwnie – gościnnością przewyższają bogatych o lata świetlne. Nigdy nie zapomnę kilku dni, jakie spędziłem w Mwenge, a więc slumsach dużego afrykańskiego portu Dar es-Salaam. Ludzie na ulicy z troską pytali, czy się nie zgubiłem, czy na pewno znam drogę. W knajpie, w której wspólniez kolegą byliśmy jedynymi białymi, grzeczna, uśmiechnięta kelnerka tyl-ko nam zdejmowała kapsle z butelek piwa poprzez śnieżnobiałą chustkę. Mieliśmy też zapewnione mycie rąk – przez panią – po skończonym obiedzie. I co z tego, że liczyła na większy napiwek? Było naprawdę miło.

Z taką samą życzliwością spotkałem się dużo wcześniej, na przedmieściach Kairu, gdzie trafiłem w poszukiwaniu Miasta Umarłych. To określenie przylgnęło do zamieszkałych przez setki tysięcy ludzi dwóch ogromnych cmentarzy: Północnego i Południowego – z grobami nawet sprzed tysiąca lat! W masywnych kamiennych grobowcach, wśród rewelacyjnie zacho-wanych mauzoleów i pomników nagrobnych toczy się życie niczym nie zmącone. Podobne temu, jakie prowadzi przeciętny Egipcjanin w cen­trum Kairu czy Aleksandrii. Wielu z tych ludzi przyjechało tu w latach 60., a zwłaszcza w czasie wojny sześciodniowej (1967), uciekając z półwyspu Synaj przed napierającą armią izraelską. Izraelczycy zajęli ich domy na 15 lat, ostatecznie kończąc okupację w 1982 roku, ale większość bezdomnych nie wróciła już na Synaj. Tym bardziej, że nie byli już bezdomni. Zdobionei nierzadko podpiwniczone katafalki okazały się znakomitymi mieszkaniami, doskonale chroniącymi przed letnim słońcem i zimowym chłodem. Na długo zapamiętam uczucie, jakie mi towarzyszyło, kiedy zdałem sobie sprawę, że kamienny stół, na którym pani domu kroi warzywa i serwuje słodką herbatę, jest płytą nagrobną jakiegoś XI-wiecznego paszy.

Przedmieścia oglądane z boku wydają się straszne, mroczne. Czasem nudne. To wszystko prawda. Ale czasem warto im się przyjrzeć z bliska, docenić to, co z pozoru nieoczywiste. Że mieszkają tam ludzie, którzy mają podobne marzenia, uczucia, namiętności, pasje jak ci z centrów. I tylko możliwości nie zawsze te same. Tym, którym w głowach się to mimo wszyst­ko nie mieści, zostaje przedmieście bez skazy. Krakowskie Przedmieście.

Nie ma jeszcze żadnych komentarzy...

Imię
Email
Komentarz


Wpisz litery, które widzisz na obrazku powyżej.
Pojawiają się tylko litery od A do Z.
Wielkość znaków jest nieistotna.