MAG. / ZJAWISKA
PIRACI Z INTERNETU
PIRACI Z INTERNETU
Tekst: Maciek Piasecki    
2009.11.12
Nicolas Sarkozy postanowił ukrócić bezczelne harce empetrójki. Brytyjski parlament ograniczył internetową anarchię ustawą. Kazik Staszewski wydał oświadczenie, że piractwo to zbrodnia. Zwolennicy demokratycznego dostępu do kultury rosną w polityczną siłę. Korporacje nie dają za wygraną. Podziel się muzyką w internecie? I kto dziś, dziesięć lat po Napsterze, naprawdę okrada muzyków? Węszymy spiski.
„Gry, programy, muzyka!” – mogliśmy jeszcze nie tak dawno temu usłyszeć na każdym bazarku. Pod prowizoryczną ladą, przykryte warstwą majtek i skarpetek chińskiego pochodzenia, leżały przeboje Michaela Jacksona, 2 Unlimited oraz De Mono – i wszystko za 15 złotych! Straganiarka Bożena odeszła jednak z branży muzycznej, kiedy naród wyposażony w stałe łącza i nagrywarki zaczął zajmować się piractwem na własną rękę. Wyrzuty sumienia ani odpowiednie przepisy nie istniały, a sześciogigabajtowe dyski twarde zapełniały się plikami w najnowszym formacie o tajemniczej nazwie „mp3”.

Na początku był Napster, ale załatwił go perkusista Metalliki. Dwaj informatycy chcieli w prosty i szybki sposób wymieniać się muzyką. Stare sposoby – grupy dyskusyjne na Ircu i Usenecie – dawały co prawda możliwość wymiany, ale określenia „prosty” i „szybki” raczej do nich nie pasowały. Studenci stworzyli zatem pierwszą sieć opartą na przesyłaniu plików między pojedynczymi użytkownikami (p2p albo peer to peer, czyli „między kolegami”). Świat wielkiej muzyki traktował wówczas internet jako zabawkę dla pryszczatych nastolatków, takie bardziej skomplikowane Super Nintendo. Wytwórnie nawet nie zauważyły, kiedy Napster odpowiadał za ponad połowę wykorzystywanego w światowej sieci transferu. Ale kiedy Lars Ulrich usłyszał w radiu najnowszy singiel Metalliki na kilka tygodni przed premierą (oczywiście didżeje ściągnęli go z Napstera), rozpoczął się trwający do dziś konflikt artystów z piratami. Sam Ulrich przyznał, że gdy wytaczał proces sądowy Napsterowi, nie wiedział zbyt wiele o internecie. Historia zachichotała, gdy w marcu tego roku perkusista ściągnął nielegalnie z sieci album „Death Magnetic”.

A co z Polską? Jest rok 2000. Andrzej Wajda dostaje Oscara, Aleksander Kwaśniewski wygrywa wybory, kończy się produkcja Fiata 126p. Do prawników Metalliki dołączyli właśnie radcy Madonny i Dr. Dre. Napster nie miał z nimi szans, ale wytyczył drogę kolejnym serwisom opartym na modelu p2p. Kazaa, eDonkey, Bearshare – nielegalne serwisy wyrastały jak grzyby po deszczu. Dziś mało kto o nich pamięta, chyba że za sprawą zjedzonych przez wirusy danych. Oprócz upragnionej muzyki, na twardych dyskach lądowało mnóstwo koni trojańskich (rodzaj wirusa), programów szpiegowskich i wszelkiego rodzaju nieproszonych gości. A ile to razy najnowszy odcinek „South Parku” okazywał się być w rzeczywistości filmem z serii “Sekretarka i jej czterech szefów” (niektórym to nie przeszkadzało...)! A Napster? Zabiła go kara w wysokości 36 milionów dolarów. Marka i logo zostały sprzedane, a wskrzeszony pionier internetowego piractwa działa do dzisiaj, już jako płatny i w pełni legalny serwis. Podobnie skończyła zresztą Kazaa.

I dalej. Rok 2003, Polska wchodzi do Unii Europejskiej, Amerykanie atakują Irak, rusza serwis The Pirate Bay. Na serwerach Zatoki Piratów nie ma żadnego nielegalnego pliku. Serwis pomaga łączyć się użytkownikom między sobą przez sieć BitTorrent, za pomocą której wymieniają się plikami. Czyli w teorii jego twórcy mają czyste ręce. Ale internetowy horyzont prezentuje się zupełnie inaczej niż parę lat wcześniej. Nagle okazało się, że przez sieć można sprzedawać legalną muzykę. Startuje sklep iTunes (obecnie odpowiedzialny za połowę legalnego rynku muzycznego w sieci), w którym za jednego dolara można zaopatrzyć się w dowolny kawałek z obszernego katalogu. Od tego momentu światowa sprzedaż płyt CD zaczyna się stopniowo kurczyć... Ale mimo sukcesu iTunes i goniącego go Amazona legalna cyfrowa dystrybucja muzyki to tylko 5 procent ściągnięć, reszta to wciąż piractwo..

Przełom lat 2008/2009. Media trąbią o kryzysie gospodarczym, Grzegorz Lato zostaje prezesem PZPN, upadają kolejne sklepy muzyczne, somalijscy piraci panoszą się bezkarnie u brzegów Afryki. Ich koledzy z internetu mają się za to coraz gorzej. Włodarze europejskich państw zaczynają reagować na sygnały z rynku muzycznego. W Anglii wchodzi w życie ustawa Digital Britain (Cyfrowa Brytania), z zamiarami wprowadzenia podobnego prawa nosi się francuski prezydent Nicolas Sarkozy. Co to oznacza dla przeciętnego ściągacza pirackich piosenek? Dostawcy internetu mogliby na przykład zablokować mu natychmiast dostęp do sieci. Zdania wśród samych muzyków są na ten temat podzielone. Trudno nie zgodzić się z komentarzem Paula McCartneya: „Kiedy wsiadasz do autobusu, powinieneś zapłacić za bilet. Młode kapele z jednym wielkim hitem mogą wyżyć tylko dzięki niemu. Trochę szkoda, gdyby nigdy nie zobaczyły za niego pieniędzy”. Innego zdania są muzycy występującej u nas niedawno formacji Groove Armada: „Muzyka jest darmowa. Nie ma co z tym walczyć, dżin dawno uciekł z butelki. Żyjemy w bardzo ekscytujących czasach, trzeba się z tego cieszyć i umieć przystosować. My zaczęliśmy traktować nagrania jako promocję dla koncertów, nie na odwrót”. Parę miesięcy wcześniej Groove Armada udostępnili swoją EP-kę w sieci zupełnie za darmo, dołączając do grup takich jak Radiohead czy Nine Inch Nails.

Ale nieodpłatne udostępnianie swojej muzyki to jedno, piractwo to drugie. A korsarska łajba przyjęła właśnie na burtę kolejną salwę ze strony wielkich koncernów muzycznych. Tegoroczny finał procesu twórców The Pirate Bay budził wypieki na twarzach nie tylko wiernych użytkowników serwisu. Werdykt szwedzkiego sądu miał określić nie tylko przyszłość Zatoki Piratów, ale także stosunek Temidy do łamania prawa autorskiego w internecie. Serwis wydawał się niezatapialny – w 2006 roku po najeździe policji na główną siedzibę, pozbawiony serwerów i sprzętu, wrócił do normalnego działania w ciągu zaledwie paru godzin. Spektakularne akcje, takie jak próba zakupu prywatnego mikropaństwa – Sealandii – tylko dowodziły zuchwałości jego właścicieli. Czwórka przyjaciół do ostatnich chwil była pewna zwycięstwa. Zrzedły im miny, gdy usłyszeli wyrok – 3 miliony dolarów odszkodowania i po roku więzienia na głowę.

Kiedy piszę te słowa, pół roku po wydaniu wyroku, The Pirate Bay jeszcze funkcjonuje. Ale nawet jeśli (zgodnie z planami) zostanie przekształcony w płatny serwis, 22 miliony użytkowników nie zaczną masowo kupować muzyki. Prędzej przestaną jej słuchać w ogóle, bo stary system dostępu do kultury im nie odpowiada. W wyniku procesu szwedzka frakcja domagającej się wolnego dostępu do dóbr kultury międzynarodowej Partii Piratów podwoiła liczbę członków, stając się trzecią (!) największą siłą polityczną w kraju (w wyborach do Europarlamentu zyskała 7 procent głosów, zatem jeden z eurodeputowanych jest najprawdziwszym piratem). Nadzieja na dogadanie się internautów z wytwórniami i artystami może leżeć w serwisach oferujących darmową muzykę w zamian za odsłuchiwanie reklam – jak Spotify, Deezer albo Grooveshark. Ten pierwszy dostał nawet od brytyjskiego „Guardiana” etykietkę „muzycznego Fair Trade” (produkty Fair Trade są dystrybuowane z poszanowaniem interesu producentów). W świetle ostatnich doniesień (wielkiej czwórce firm płytowych –  Sony, EMI, Warner Bros i Universal – udało się za bezcen kupić spore udziały w firmie i to one, a nie wykonawcy, będą czerpać większość zysków z reklam) może się jednak okazać, że okradaniem artystów zajmą się nie George, Sven i Jurek, ale międzynarodowe korporacje. Wtedy będzie już potrzebny bunt na pokładzie.

Sealandia to założone przez księcia Roya Batesa quasi-państwo, obejmujące platformę przeciwlotniczą Fort Roughs na Morzu Północnym (wymiary 140 x 40 metrów). Symbol wolności słowa: nadawało z niego pirackie Radio Essex, a od lat 90. daje schronienie serwerom Tybetu. Od 1975 r. rządzone jako monarchia konstytucyjna, przeżyło w swojej historii jeden zamach stanu – zdrajca został skazany na bezterminowe szlifowanie barierek.
GALERIA

Nie ma jeszcze żadnych komentarzy...

Imię
Email
Komentarz


Wpisz litery, które widzisz na obrazku powyżej.
Pojawiają się tylko litery od A do Z.
Wielkość znaków jest nieistotna.