Przywołana w tytule wyświechtana metafora to oczywiście przewrotny żart. Albowiem o muzyce – jak to ujął klasyk – warto rozmawiać. Całkiem łatwe stało się to w dobie internetu, który przyjmie wszystko, co nie znajduje dla siebie miejsca w tracących grunt pod stopami (a więc i zdrowy rozsądek) mediach tradycyjnych. Sporo więc w sieci miejsc w pełni interaktywnych, a nie tylko klikalnych, nastawionych poza nadawaniem także na odbiór. Bytów jakby poza czasem, stroniących od newsowej bieżączki, oferujących autentyczną wartość dodaną. Zatem zapomnijcie o katalogu hypem.com i przestańcie mierzyć czas spędzony w internecie ilością pobranych danych – bajt to przecież jednostka pojemności, a nie wiedzy! A z newsowego gorillavsbear.net przerzućcie się na nie mniej już słynny chocolatebobka.blogspot.com, produkujący content sam w sobie ocierający się o sztukę. Ostrzegam jednak: poniższy spis sieciowych „lektur obowiązkowych” potraktować należy jako punkt wyjścia do własnych poszukiwań. Wiele z nich może wydać się przesadnie niszowych czy hermetycznych, niezwykle wymagających, formalnie bezpardonowych. Jednak bez wątpienia wszystkie oferują lekturę ciekawą (ku refleksji!), często rozłożoną na wiele postów (w czym przypominają XIX-wieczne powieści odcinkowe). Bo choć internetowe pisanie nie zna ograniczeń, to czytelnik nie gumka od majtek i bywa, że pęka (vide: tl;dr).
Internet nie jest bezpiecznym miejscem, jest niestety odbiciem realnego świata, a więc – jak chce Wojtek Bąkowski – ciemną rurą. Trzeba wiedzieć, gdzie szukać by nie przepaść z kretesem – warto też znać bezpieczną przystań, tudzież rafę, na której rwący ton sieciowej naparzanki ustępuje choć na chwilę rzeczowej dyskusji. Takim miejscem jest niewątpliwie forum I Love Music (ilxor.com), ogniskujące anglojęzyczne środowisko parających się pisaniem o muzyce. Bez względu na temat – merytoryczne dysputy o wyższości tego nad owym mieszają się z zabawowymi wątkami (zdjęcia zapomnianych „gigantów” pub-rocka, fanowskie fotki Snoop Dogga) – dominuje przyjacielska atmosfera, a wielu użytkowników występuje z otwartą przyłbicą. Tak jak założyciel forum Tom Ewing, który bloguje (tomewing.tumblr.com), rozkłada na czynnik pierwsze numery jeden brytyjskiej listy przebojów (freakytrigger.co.uk/sub/popular) i zaraża muzycznym optymizmem w poczytnym serwisie pitchfork.com (seria Poptimist). Na p4k-u publikuje (wciągająca kolumna Why We Fight) również Nitsuh Abebe (agrammar.tumblr.com), na co dzień redaktor muzyczny „New York Ma-gazine”. Z kolei Mark Richardson jako managing editor zawiaduje popularnym „piczem” Resonant Frequency, a w wolnych chwilach (markrichardson.org) udowadnia, że jest realizacją filmowego Roba z kultowej ekranizacji równie kultowej powieści „Przeboje i podboje” Nicka Hornby’ego. I tak jak Rob mieszka w Chicago. Przypadek? Honorable mention w kategorii „ludzie” wędruje do Jeffa Weissa (passionweiss.com), którego od rzeszy podobnych mu freelancerów odróżnia dystans do przedstawianego świata i znakomite poczucie humoru w relacjach z wszelakich imprez (np. podsumowanie modowych szaleństw na tegorocznej Coachelli).
Przyszłość prasy drukowanej wydaje się przesądzona i nie ma się co obrażać. Wystarczy jednak ruszyć głową, by w struchlałe próchno tchnąć świeżego ducha. Na internetowych łamach brytyjskiego Guardiana (guardian.co.uk) regularnie blogują wspomniany już Tom Ewing, pamiętający mistrzów fachu John Harris (także o polityce), specjalista od czarnych brzmień Alex Macpherson (bardziej emocjonalne wpisy na alexmacpherson.tumblr.com), Paul Morley (google him, now!), Simon Reynolds, który nie wymaga przedstawienia (warto jednak odesłać do jego intrygującego szkicownika hardlybaked.blogspot.com) oraz zawsze urocza Wendy Fonarow, która udzieli odpowiedzi na każde muzyczne pytanie (rubryka „Ask the indie profesor”). Podobny patent na sieciowe pisanie wyznają twórcy moteldemoka.com, ale ich przyjemnie regularne wpisy to zazwyczaj wypadkowa krótkiego tekstu czy wręcz egzystencjalnego haiku i klimatycznej playlisty. Wersja totalna to zestawienie najlepszych niezależnych albumów wszech czasów, dekada po dekadzie, które robi naprawdę spore wrażenie. Podobnie jak językowa dezynwoltura autorów terminal-boredom.com. Lektura ich popisów to czysta radość, choć zajmują się oni muzyką zupełnie mi obcą i obojętną – garażowy łomot i wszelkie odmiany gitarowego lo-fi. Żelazny klasyk ich twórczości i zarazem mój osobisty faworyt to zajadła klątwa, której pełen tekst drukujemy w oryginale: May the drunken ghosts of the dead junkies these posers idolize haunt their asses forever!
Sztywnym i poważnym, ale przede wszystkim łaknącym wiedzy, polecam natomiast oneweekoneband.tumblr.com. W imieniu objawia się charakter – ów świeżutki blog to platforma, na której muzyczny dyskurs odbywa się w tygodniowych rundach poświęconych kolejnym niezależnym zespołom (m.in. The Replacements, Hüsker Dü, of Montreal). Wyraźnych reguł – poza ramą czasową – brak, a mnogość form zaskakuje (od nieznanych fotografii, poprzez koncertowe wspomnienia, po recenzje kolekcjonerskich rarytasów). Najlepsze wciąż może przyjść. W tym miejscu pragnę przywołać bloga, którego status nie jest do końca jasny (niepokojąco długi okres milczenia), choć dotychczasowe wpisy to pożywka na prawie rok. Autor pictograms.blogspot.com dokumentuje muzyczne, w większości rockowe, logotypy. Skąd fascynacja metalowców rogacizną albo obsesja śmierci u punkowców? Warto sprawdzić. Co prawda, nie dowiecie się stamtąd, jakiego fontu użyć przy projektowaniu logo własnego zespołu, ale jako materiał podglądowy rzecz sprawdza się wyśmienicie. Konkretnych designerskich podpowiedzi szukajcie natomiast pod imacsonline.com – dział covers oferuje wnikliwe analizy popularnych ostatnio okładek, wywiady z ich twórcami, a także rzeczone obrazki w wysokiej rozdzielczości. Na koniec obcojęzycznej części polecanek mały wtręt osobisty, czyli clubfonograma.com – muzyczny przewodnik po egzotycznych brzmieniach Ameryki Południowej. Jego pomysłodawca współtworzył nieodżałowanego Stylusa, co jest gwarancją rzeczowości i odkrywczości wpisów. Niech papierkiem lakmusowym będzie zeszłoroczny, dziwnie przemilczany u nas album „Mena” chilijskiej Annie, czyli Javiery Meny. Jeżeli podejdzie, to ów blog awansuje do waszego sieciowego topu. Serio, serio.
Polacy nie gęsi, mamy się czym pochwalić. W gąszczu krajowych wydawnictw pomagają odnaleźć się wearefrompoland.blogspot.com – marka sama w sobie, z zestawem siedmiu e-składanek na koncie i poradnikowym wręcz cyklem dla debiutantów – oraz bardziej niezalowy odprysk pierwszego, czyli poliszmnie.wordpress.com. W obu przypadkach, przyjemna i krzepiąca – się dzieję! – lektura. Fenomen w kategorii indywidualności to bez wątpienia produkujący się także na tych łamach Filip Szałasek, a.k.a. fightsuzan.blogspot.com. Odważne, obficie czerpiące z fachowej literatury, ale i estetyki strumienia świadomości wpisy to jego znak rozpoznawczy. „Fuck the Beatles” jako motto bloga to nie zagranie pod publiczkę, a rękawica rzucona wszystkim – przede wszystkim blogerom banalizującym sieciowy dyskurs, ale i zwykłym czytelnikom. Romantyczny, pełen wewnętrznych sprzeczności, płomienny esej pisany z perspektywy czytelnika, obawiającego się eksplozji podręcznikowych fobii blogosfery i ujednolicenia technik pisania o muzyce – oznajmia Szałasek w nagłówku bloga. Pozostaje tylko pogratulować i życzyć odwagi!
Równie ciekawy, ale częściej operujący uniwersalnymi emocjami styl prezentuje Marek Sawicki na tableau.jogger.pl. Stwierdzenie, że to polska odpowiedź na przywołany już terminal-boredom.com jest rażącym niedopowiedzeniem, czego najlepszym dowodem poczytna rubryka Out Of Print (z okazjonalnym „ficzuringiem” Szałaska) w serwisie screenagers.pl, która według wszelkich znaków na niebie i ziemi już od jesieni zagości na stałe w „HIRO Free”. W taki sposób o takiej muzyce w tym kraju nie pisał i nie pisze nikt. Epokowa sprawa. Niniejszym pragnę wyrazić swoją osobistą radość z przyszłej współpracy z red. Sawickim!
A teraz apel do czytelników: odwiedzajcie stilon-c60.blogspot.com, przepastne archiwum nagrań rzadkich i bardzo rzadkich, a przede wszystkim polskich. Żelazna kurtyna opadła dawno, ale jej półcień dotąd skrywa rzeczy – głównie punk i nową falę, głównie z lat 80. – które niewątpliwie zasługują na kilka promieni słońca, czyli waszej uwagi. Z poczucia obowiązku – i dla równowagi wobec licznych przykładów z zagranicy – pochwalić należy blogi krajowych dziennikarzy. Niestety, dla nas sieciowa obecność to wciąż bardziej fanaberia niż standard. Obowiązkowo odwiedzić należy stronę Strona Borysa Dejnarowicza (substanceonly.net/microblog.html) – muzyk i współzałożyciel świętującego właśnie dziesięciolecie serwisu porcys.com dzieli się ze światem zarówno emocjami związanymi z muzyką, jak i obawami o przyszłość gatunku ludzkiego (nerwowa reakcja na niepokojące doniesienia z boksującej się z atomowym zagrożeniem Japonii). Podobnie ma w zwyczaju również Paweł Franczak, który na brzydkieslowonaf.wordpress.com dotkliwie kąsa (Kydryńskiego) i szturcha (Sierockiego), ale zazwyczaj w interesujący sposób pisze (nie tylko) o muzyce. Największe rzesze czytelników przyciąga oczywiście miły i kompetentny w każdej dziedzinie Bartek Chaciński – ostatnio z racji redakcyjnej przynależności częściej blogujący na polifonia.blog.polityka.pl niż pod dobrze wszystkim znanym adresem chacinski.wordpress.com (w formie coraz bardziej pomysłowych, krótkich recenzji). Mocny w gębie pozostaje nieodmiennie Jarek Szubrycht (szubrycht.wordpress.com), choć dziś częściej zajmuje go wspominanie młodzieńczych lat, popisy celebrytów i oferta telewizji śniadaniowych.
Najlepsze zostawiłem jednak na koniec – Mariuszowi Hermie pozazdrościć należy nie tyle bloga (ziemianiczyja.pl), co pomysłów na jego urozmaicanie. Od linków dokumentujących jego działalność dziennikarską, poprzez wyjęte z szuflady szkice, spontaniczne tweety, oryginalne teksty i analizy, po spektakularne Kioski zbierające do kupy tony sieciowych odnośników. A wszystko to przy nienagannej edycji i językowym wyczuciu. Pochwalić również należy oddanie inicjatywie i reakcje na wszelkie komentarze – przyjemny ewenement w kontekście mocno jednokierunkowych zazwyczaj blogów dziennikarzy. Wprawdzie internet pozostaje niespełnioną obietnicą, ale idea sieci jako nieuchronnie najpoważniejszego, najbardziej demokratycznego źródła wiedzy o świecie zdaje się być bliska młodym Polakom. Plan minimum to zmiana obecnego, przykrego stanu rzeczy – najchętniej czytanym tytułem w Polsce pozostaje „Tele Tydzień”. Plan długofalowy to przekształcenie internetu z ciemnej rury w środowisko przyjazne wszystkim chcącym się czegoś dowiedzieć i mającym coś do powiedzenia. Czemu wujaszek będzie się przyglądał z niesłabnącym zainteresowaniem.




















