MAG. / ZJAWISKA
SUPERHEROSI W KRZYWYM ZWIERCIADLE
SUPERHEROSI W KRZYWYM ZWIERCIADLE
Tekst: Bartosz Sztybor    
2010.02.11
Ślamazarne to, tłuste i wiecznie głodne, jedzące co sekundę i to same słodkości, obrzydliwości, niezdrowości, na dodatek w ilościach hurtowych. Kimże taki pasibrzuch może być? Pośmiewiskiem, ofiarą losu i pierdołą. Nie, ten tucznik to idealny materiał na superbohatera. Zresztą podobnych jemu było wielu.

Powyższy opis dotyczy niejakiego Klarka Kęta (z francuskiego: Clarque Quinte), nadprogramowo roztyłego bohatera komiksu „Super Pan Owoc” Nicolasa De Crecy’ego. Komiksu, który przede wszystkim jest jawnym szyderstwem z Supermana, ale i równie zauważalnym darciem łacha z innych historyjek obrazkowych o superbohaterach. Główna postać to dziennikarz, który zamiast jeździć i obserwować, chodzić i podglądać czy siedzieć i pisać, woli odwiedzać cukiernie,
lodziarnie i inne przybytki pokarmowej rozkoszy, by na chwilkę – bo zaraz znów jest głodny – napchać swój żołądek. Ale wiwat otyłość, bo oto okazuje się, że i taki niezdarny worek tłuszczu może dostać supermoce (wystarczy, że zje – uwaga! – owoc z innej planety) i ratować świat od wszelkiego zła. Z dobrym
skutkiem.

Nicolas De Crecy w swoim jak zawsze świetnie narysowanym i jak zwykle niebywale dowcipnym komiksie obśmiewa całkowicie mit superbohatera. Rezygnuje z kultu piękności, czyli umięśnionego ciała i kwadratowej szczęki, a także skupia się na tym, co zwykle w bohaterskich sagach jest pomijane (jedzenie, spacery, bezczynność, uganianie się za autobusem). Ale to nie koniec drwin, bo Super Pan Owoc posiada instrukcję obsługi swych nadnaturalnych sił, musi uporać się z arcyłotrem wyglądającym jak nauczyciel filozofii i zapobiec tak absurdalnemu spiskowi, że nie tyle trudno, co po prostu szkoda go zdradzać. Ten przedziwny heros, który w kostiumie wygląda jak wypchana kiełbasą prezerwatywa i lata 20 centymetrów nad ziemią, nie jest jednak pierwszym i jedynym prztyczkiem w nos superbohaterskiej mitologii.

Nie powinno to zresztą dziwić, bo ktoś wreszcie musiał podejść w racjonalny sposób bądź z przymrużeniem oka do tych wszystkich panów i pań w obcisłych wdziankach,
którym genitalia odciskały się w lateksie, a przesadnie wielkie piersi z tego lateksu
wypadały. Pierwsze ruchy w kierunku, który postanowiłem nazwać roboczo: „Ej, czy kolesi w kolorowych rajtuzach można traktować serio?!” pojawiły się w latach 70., kiedy zaczęły powstawać komiksy dekonstruujące mit superbohatera. Wtedy to okazało się, że heros nie musi być lalusiem z przylizaną grzywką, który w każdym zdaniu edukuje małoletnich i ubiera się jak tancerki z „Tańca z gwiazdami”. Okazało się, że heros może być człowiekiem z problemami i niejasną przeszłością, cynikiem rzucającym opryskliwymi tekstami czy po prostu psycholem żądnym zemsty. Najwybitniejszym podejściem do tego tematu, a jednocześnie punktem wyjścia dla innych tego typu historii była powieść graficzna (najpierw wydawana w formie zeszytów) „Strażnicy” Alana Moore’a i Dave’a Gibbonsa. Bohaterowie tego komiksu – mimo kiczowatych, jaskrawych getrów oraz infantylnych pseudonimów – byli postaciami z krwi i kości, zwykłymi ludźmi, którzy mieli słabości i utknęli w prozie życia. Historia superherosów na emeryturze pokazała nie tylko, że trykociarzy można traktować poważnie, ale również, że cała ta mitologia skrywa w sobie ogrom przejmujących historii.

Ale przecież nie tylko przejmującymi historiami człowiek żyje (no może poza Paulo Coelho). Dlatego też poza reinterpretacją mitu superbohatera twórcy ten mit często po prostu wyśmiewali, czego przykładem właśnie „Super Pan Owoc”. Jednak drwiny tego typu miały i mają różne oblicza. Z jednej strony są to historie obrazkowe, które można spokojnie zaliczyć do kanonu komiksów trykociarskich, a które wyśmiewają poszczególne schematy, parodiują niektóre postaci i podchodzą w – nie, nie chcę się wymądrzać i nie, nie mam magistra – postmodernistyczny sposób do superbohaterskich archetypów.

Jednym z wydawnictw odpowiadającym tej charakterystyce jest bez wątpienia „Kick-Ass”, opowiadający o młodym chłopaku, który staje się samozwańczym herosem i nocami patroluje ulice miasta. Przywdziewa kolorowy kostium i zakłada profil na MySpace, gdzie ludzie mogą prosić go o pomoc. Do tego niektóre
z jego akcji, nagrywane telefonami komórkowymi przez przypadkowych przechodniów, lądują i cieszą się popularnością na You-Tube. Dzięki pokręconej wyobraźni scenarzysta Mark Millar pokazał, jak w dzisiejszych czasach – pełnych nowych technologii i wszechobecnej popkultury – wyglądałoby życie superherosa. W podobnym stylu z mitem rozprawiają się w komiksie „Pro” Garth Ennis (scenariusz), Amanda Conner (szkic) i Jimmy Palmiotti (tusz). Tutaj bohaterką jest prostytutka, która dostaje supermoce i nie zamierza ich wykorzystywać wyłącznie do walczenia ze złem, bo przecież może dostać ekstrapieniądze za taki superbohaterski numerek. Z kolei w „Authority” (popisie scenariuszowego szaleństwa Warrena Ellisa) dwóch głównych bohaterów kojarzących się od razu z Batmanem i Supermanem, oczywiście męskich i odważnych, okazuje się homoseksualną parą.

Jest też jednak druga strona, mniej trzymająca się ram gatunkowych i albo kompletnie drwiąca z superbohaterstwa, albo pokazująca je w nowych kontekstach. I akurat to
podejście jest raczej domeną niezależnych twórców (zaznaczając, że niezależność na zagranicznych rynkach różni się dość mocno od niezależności rodzimej). Jeffrey Brown, autor słynący ze słodko-gorzkich opowiastek autobiograficznych, w komiksie „Bighead” stworzył herosa, którego błogosławieństwem, darem, umiejętnością, tudzież mocą jest ta wręcz żałosna, tytułowa wielka głowa. Stworzone przez Browna surrealistyczne historie piętnują głupotę opowieści o protagonistach w lateksie. Absurdy świata superbohaterów naświetla też Daniel Clowes w „The Death Ray”, gdzie główna postać dostaje przypływ nadnaturalnej energii, gdy zapali papierosa. I jak w klasycznych komiksach o herosach akcja dzieje się w futurystycznej metropolii, a wrogami są charakterystyczni zwyrodnialcy, tak tutaj herosem jest szkolny outsider, szkolna ławka i korytarz to miejsca jego działań, a szkolni oprawcy są jego przeciwnikami. Clowes więc z jednej strony wyśmiewa schematy, ale także tworzy charakterystyczną dla siebie opowieść o alienacji, samotności i szukaniu akceptacji.

Z kolei Manny Bello w komiksie „Hench” opowiada o postaci, która w tradycyjnych opowieściach obrazkowych jest zazwyczaj na dalszym planie. Bello swoim bohaterem czyni przeciętnego siepacza, jednego z tych osobników, którzy pomagają arcyłotrom i giną w pierwszym starciu z herosem. Tutaj natomiast obserwujemy wszystko z jego perspektywy – codzienne życie, kolejne spotkania właśnie z arcyłotrami i starcia z lateksowymi twardzielami. Wszystko oczywiście wsparte jego uszczypliwymi i komentarzami („No i ten łotr dał mi jakąś dziwną broń i kazał wykrzykiwać porąbane hasła. Czułem się jak dureń...”), w których dostaje się wszystkim naraz i każdemu z osobna. W ironię bogaty jest także „Less Than Heroes” Davida Yurkovicha, gdzie oglądamy świat, w którym każde miasto zatrudnia na etat superbohaterów. Problem w tym, że niektórzy – tutaj poznajemy najlepiej tych z Filadelfii – zamiast chronić miasto, wolą imprezować, objadać się i plotkować o innych herosach. Jak więc widać, wszystkie te poważne i dowcipne próby dekonstrukcji, rekonstrukcji, reinterpretacji, a pewnie i resuscytacji mitu superherosa dążą do uczłowieczenia tego nadczłowieka. I choć bywa to czasami odkrywcze, a innym razem zabawne, to mało osób zwraca uwagę na to, że nasze, ludzkie odbicie w różnej maści herosach jest bardzo często niepokojąco żałosne.

GALERIA

Nie ma jeszcze żadnych komentarzy...

Imię
Email
Komentarz


Wpisz litery, które widzisz na obrazku powyżej.
Pojawiają się tylko litery od A do Z.
Wielkość znaków jest nieistotna.