MAG. / ZJAWISKA
ŚWIĘTE KROWY POPKULTURY
ŚWIĘTE KROWY POPKULTURY
Tekst: Kasia Rogalska    Foto: Materiały promocyjne    
2011.04.28
Czy to możliwe, że istnieją artyści, którzy nie nagrali ani jednej gorszej płyty lub nie nakręcili ani jednego słabszego filmu (zwłaszcza jeśli mają w dorobku więcej niż jedno dzieło)? Według niektórych recenzentów i krytyków – tak! przynajmniej sądząc po tym, że są tacy twórcy, których po prostu nie wypada się czepiać.

Istnieniu świętych krów sprzyja prosty efekt psychologiczny: czasami głupio przyznać, że nie rozumiesz lub po prostu nie podobają ci się dokonania kogoś, kto uważany jest za guru. Ryzykujesz wtedy swoją dobrą opinią, a czasami nawet karierą. W erze internetu trochę się to pozmieniało, bo każdy może wyrazić swoje zdanie i pojęcie "nietykalności" już właściwie nie istnieje (zawsze znajdzie się ktoś, kto będzie chciał dowalić), choć z drugiej strony - ilością haterów śmiało można mierzyć sukces. Nie ma to jednak większego znaczenia, bo niewiele osób traktuje tzw. trolli poważnie. I w oficjalnym obiegu święci nadal funkcjonują.

Nie można nie zacząć od nich. The Beatles - Fantastyczna Czwórka z Liverpoolu. Jeden z niewielu wytworów kultury masowej, w sprawie którego oficjalne stanowisko zajął... Watykan. Zaczęło się w 1966 roku od słynnej wypowiedzi Johna Lennona o tym, że "The Beatles są więksi od Jezusa". Tym jednym zdaniem artysta na wiele lat sprawił, że Stolica Apostolska odnosiła się do zespołu, delikatnie mówiąc, z rezerwą. Dopiero rok temu w "L'Osservatore Romano" pojawił się artykuł, w którym rozgrzeszono Lennona. Kilka tygodni później w tej samej gazecie pisano: To prawda - brali narkotyki oraz prowadzili rozwiązłe i swobodne życie. Twierdzili nawet, że są słynniejsi niż Jezus, ale gdy słucha się ich piosenek, wszystko to wydaje się odległe i bez znaczenia. Ich piękne melodie, które na zawsze zmieniły muzykę pop i wciąż wywołują w nas emocje, trwają jak cenne klejnoty. Czy w obliczu takich słów można się dziwić, że od dziesięcioleci The Beatles są jednym z zespołów, których nie wypada krytykować Z tego powodu powstał nawet słaby dowcip chwalący obecność Yoko Ono u boku Lennona jako pierwszej rzeczy, do której można się przyczepić w Beatlesach.

Syndrom świętej krowy nie dotyka wyłącznie wykonawców, którzy zaprzestali już działalności. Przykłady nietrudno znaleźć także wśród artystów aktywnych, i to z różnym stażem. Na czoło wysuwa się tu oczywiście oksfordzki kwintet Radiohead, który w 1997 roku powalił krytyków na kolana płytą "OK Computer", a trzy lata później ugruntował swoją pozycję albumem "Kid A". Od tego czasu są nietykalni, w dodatku sprytnie zaczęli odwracać uwagę od muzyki, którą wydają, sposobem, w jaki to robią. Przy okazji premiery dwóch ostatnich albumów, "In Rainbows" z 2007 i "King Of Limbs" z lutego bieżącego roku, dyskusja wokół Radiohead dotyczyła przede wszystkim tego, że pierwszy z nich można było ściągnąć w formie cyfrowej za darmo lub za dowolnie zadeklarowaną kwotę, a drugi za trochę ponad trzydzieści złotych. Zabieg "płać, ile chcesz" okazał się więc nie do końca udany, ale na pewno zmienił podejście niektórych artystów do tego, jak można udostępniać swoją twórczość, i pozwolił nadać Brytyjczykom tytuł "pionierów" w kolejnej dziedzinie. Gdy nieco wcześniej, w 2009 roku, magazyn "Spin" w jednym ze swoich artykułów zasugerował, że Radiohead są raczej przereklamowani, muzyczne portale internetowe nie kryły swego zbulwersowania, że ktoś w ogóle śmiał sformułować taką teorię.

Młodsi nie zawsze mają trudniej (przynajmniej poza polskim podwórkiem). Sztuka polega na tym, aby zawczasu załapać się na indeks artystów hołubionych przez kilka opiniotwórczych portali i magazynów. Wtedy na długo przed wydaniem debiutu młody wykonawca ma zapewnioną dobrą prasę, a o każdym jego kroku dowiadują się tysiące osób, co niewątpliwie ułatwia start pod względem komercyjnym. Pozytywne zapowiedzi w takich mediach jak "NME", "Q", BBC, "Spin", "Rolling Stone", Pitchfork, a ostatnio także na popularnych blogach w rodzaju Brooklyn Vegan czy Gorilla vs. Bear sprawiają, że wokół debiutanta robi się naprawdę głośno. Tak było w przypadku Arctic Monkeys, The xx czy Jamesa Blake'a. Oczywiście zawsze istnieje ryzyko, że taka popularność szybko się wypali, a kolejna płyta okaże się słabsza i ktoś to jednak zauważy. Ale zdarzają się też przypadki, kiedy artyści przez wiele kolejnych sezonów bardzo dobrze wykorzystują początkowe zamieszanie wokół siebie, jak to ostatnio zademonstrowała grupa Arcade Fire. Po latach hajpowania przez wszystkich Kanadyjczycy zostali wreszcie wywindowani na zupełnie nowy poziom sukcesu, zdobywając statuetkę Grammy w kategorii "Album roku" za "The Suburbs".

Filmowcy również mają swoje święte krowy - niektórzy z nich nawet sami się na takie kreują, czego najlepszym przykładem może być Lars von Trier. Reżyser uwielbiający prowokować i zakładać maski szybko stał się ulubieńcem krytyków. Gdy jednak w 2009 roku film "Antychryst" jako jeden z nielicznych nie spotkał się z powszechnym aplauzem, reakcja artysty sprawiła, że szybko o tym zapomniano. Von Trier ogłosił bowiem na konferencji prasowej w Cannes, że jest najlepszym reżyserem na świecie, a wszyscy pozostali są przeceniani. Nawet jeśli nie potraktowano tego do końca poważnie, nikt wyraźnie nie zaprotestował ani nie zgłosił żadnej kontrkandydatury.

W Polsce nie ma zbyt wielu odważnych, którzy ośmieliliby się powiedzieć złe słowo na temat Andrzeja Wajdy lub zasugerować mu publicznie, że pora na emeryturę. Reżyser, który niedawno obchodził swoje 85. urodziny i został kawalerem Orderu Orła Białego, ma w dorobku filmy dające mu poczesne miejsce w panteonie polskich twórców. Przy premierach jego kolejnych dzieł nie toczy się właściwie żadna dyskusja na temat ich wartości, jeśli już - dotyczy ona samego tematu filmu, jak to było w przypadku "Katynia". Nikt nie poruszył wówczas wątku zablokowania przez Wajdę podobnego projektu Roberta Glińskiego, który przygotowywał się już do zdjęć. Na początku nowego millenium w kilku gazetach pojawiły się teksty kwestionujące obecną formę baronów polskiej kinematografii, ale nie doprowadziły one do żadnych sensownych wniosków. Bartosz Żurawiecki pisał wtedy: Gdy Andrzej Wajda, świeżo po niepowodzeniu "Pierścionka z orłem w koronie", pytał, co Władysław Pasikowski, reżyser masowo oglądanych gangsterskich "Psów", wie o widowni, czego on Wajda nie wie, to z pytania tego przebijała zawiść mistrza, że oto ktoś odebrał mu rząd dusz.

Czy to oznacza, że wymienionym tutaj artystom należy się wyłącznie ostra krytyka Absolutnie nie - czasami wręcz przeciwnie! Może jednak w pewnych sytuacjach warto zapomnieć o aureolach nad ich głowami i spojrzeć na nich z pozycji nieco wygodniejszej niż klęcząca

GALERIA
Autor: Fifti
28-04-2011 14:55:07
Ciekawe spojrzenie, interesujący artykuł. Bardzo mi się podoba.
Imię
Email
Komentarz


Wpisz litery, które widzisz na obrazku powyżej.
Pojawiają się tylko litery od A do Z.
Wielkość znaków jest nieistotna.