Zaczęło się całkiem niewinnie jak na osobliwość, która miała odmienić popkulturę. W 1973 roku musical autorstwa Richarda O’Briena zawitał do małego undergroundowego teatru w Londynie. Dotychczas doliczono się 2.960 spektakli w samej brytyjskiej stolicy. Dwa lata po premierze scenicznej sztuka doczekała się filmowej adaptacji w reżyserii Jima Sharmana, która odniosła ogromny sukces, bo... nikogo nie pozostawiła obojętnym. Większość krytyków i purytańską część społeczeństwa zbulwersowała, lecz cała reszta w dobie postępującej rewolucji seksualnej drżała z podniecenia, oglądając seksualne wygibasy aktorów. Owe dwa lata na deskach londyńskiego teatru przyniosły spektakowi taką popularność, że o filmową rolę doktora Frank’N’Furtera zabiegał sam Mick Jagger – lecz jej nie dostał, przegrywając z debiutującym tą właśnie kreacją Timem Currym, którego kojarzymy z późniejszych występów w filmach „Krzyk”, „Kevin sam w Nowym Jorku” czy „Titanic”.
Galeria Dziwolągów w Stylu Camp
„The Rocky Horror Picture Show” rządzą metafory i odniesienia do innych dzieł i dziedzin sztuki. I tak doktor Frank’N’Furter, czyli legendarny „sweet transvestite from transsexual Transilvania”, chęcią stworzenia człowieka od podstaw przypomina przede wszystkim doktora Frankensteina, a także hrabiego Drakulę, który jest postacią negatywną, ale przyciąga swoim dziwacznym wdziękiem. Postać ta może lekko irytować, ale na pewno nie odrzuca, mimo że złe zamiary doktora są jasne od początku, a w scenach kluczowych możemy obserwować jego zbrodnie, m.in. na Eddym (w jego rolę wcielił się znany piosenkarz Meat Loaf). W charakter doktora wpisana jest też osobliwa autorefleksja, gdy po pozbyciu się swoich druhów mówi zamyślony: Niełatwo jest dobrze bawić się. Nawet od uśmiechu może rozboleć twarz. Od doktora Frankensteina Frank’N’Furtera odróżnia cel stworzenia postaci. Pierwszy chce bohatera przede wszystkim silnego i niezniszczalnego, drugi pragnie pięknego mężczyzny o ściśle określonym wyglądzie, którego zadaniem byłoby zaspokajanie jego nieskończonych żądz. Powołany przezeń do życia Rocky to postać na wskroś dramatyczna, bo stworzona z niczego, posiadająca wielką siłę, a zarazem bezbronna. Kreacja Petera Hinwooda nawiązuje do mitologii greckiej – Rocky był nadczłowiekiem, był piękny i idealny. Brakowało mu tylko rozumu, który dzielił po połowie z pierwszą istotą stworzoną przez diabolicznego doktora – Columbią. Aktor, który przed rozpoczęciem zdjęć do filmu był zawodowym modelem, okazał się gwiazdą jednej roli, a dziś… sprzedaje antyki. Cóż, archetyp szalonego doktora zmienił priorytety i preferencje, bo zmieniły się czasy. W latach 70. rewolucja seksualna hulała po świecie, swój złoty czas miał glam rock, do którego odniesienia w „The Rocky Horror Picture Show” znajdujemy praktycznie w każdej scenie, David Bowie święcił triumfy jako niedookreślony pod każdym względem Ziggy Stardust, Queen zaczynało budować swoją potęgę na niejednoznacznym wizerunku, a ludzie powoli oswajali się z androgynią i innymi opcjami seksualnymi niż heteroseksualizm. No i oczywiście pojawił się camp. Camp jako estetyka wywodzi się z kultury gejowskiej lat 70. To umiłowanie sztuczności, przesady, ale również nietraktowanie serio wszystkiego dookoła, bawienie się cechami przypisanymi do płci, a także frywolność i absurd. Wszystkie te przymioty wręcz wylewają się z ekranu i sceny, a z podnoszeniem kiczu do rangi sztuki oraz prowokacją obyczajową mamy do czynienia niemal w każdej minucie musicalu. Końcowa scena w basenie, na którego dnie znajduje się fresk Michała Anioła przedstawiający stworzenie człowieka i w którym trwa orgia bohaterów, co bardziej bogobojnych może doprowadzić do załamania psychicznego. Po zdjęciach do owej sceny Susan Sarandon nabawiła się za jego służki palenia płuc, gdyż cały plan nie był ogrzewany, a rzecz kręcono późną jesienią. Nie zniechęciło jej to jednak do dokończenia filmu, jednego z pierwszych w jej karierze i – zaryzykuję stwierdzenie – pierwszego, który dał jej posmakować prawdziwej popularności.
„The Rocky Horror Show” a Sprawa Polska
Film w naszym kraju wszedł do kin z niewielkim jak na tamte czasy opóźnieniem, bo zaledwie półrocznym. Już w grudniu 1975 polscy widzowie mogli zachwycać się glamrockową dekadencją lub gorszyć upadkiem moralnym zachodniego społeczeństwa – wedle własnego osądu. Na scenie teatralnej „The Rocky Horror Show” miał okazję zagościć w naszym kraju dwukrotnie – w chorzowskim Teatrze Rozrywki oraz w krakowskim Teatrze Stu. Publika szalała z zachwytu i do dziś na forach internetowych wspomina niesamowite przeżycia związane z musicalem. Na kwiecień warszawski Och-Teatr zapowiedział wznowienie sztuki w reżyserii Tomasza Dutkiewicza. Krytyna Janda, do której teatr należy i która sprawuje artystyczną pieczę nad całym przedsięwzięciem, liczy zarówno na sukces artystyczny, jak i komercyjny (który zdaje się już przesądzony – w przeciwieństwie do losów samej sceny Och, borykającej się z problemami finansowymi). Rolę narratora, który odgrywa w musicalu postać znaczącą, bo dekonstruującą całą fabułę, zmieniającą jej tempo, a zarazem świetnie wpisującą się w konwencję spektaklu, dostał Rafał Bryndal. W głównych rolach zobaczymy aktorów niekoniecznie popularnych, ale z najwyższej półki (Tomasz Dutkiewicz, Kamil Dominiak, Wojciech Michalak i Aneta Todorczuk-Perchuć), a za scenografię, tak ważną w całym przedsięwzięciu, odpowiada Wojciech Stefaniak. O teksty piosenek w ojczystym języku również nie musimy się martwić – są w rękach Andrzeja Ozgi, który specjalizuje się w teatrze muzycznym i musicalach (pracował w Romie, a jego utwory wykonywali najwięksi polskiej piosenki aktorskiej). Czy opowieść o dwojgu narzeczonych wpadających w sidła kosmitów z transseksualnej Transylwanii trafi w gusta warszawskiej publiczności? Nie mam co do tego najmniejszych wątpliwości – „The Rocky Horror Show” bez wyrzutów sumienia można nazwać dziełem kultowym. Wytrzymało ono próbę czasu, zdobywa coraz to nowych miłośników, a ponadczasowy jest przede wszystkim niesamowity czar postaci. Zresztą współczesne dzieła kultury pop, czerpiące po części z campu, coraz cześciej sięgają po motywy obecne w sztuce O’Briena, a nawet po całą sztukę – twórcy bijącego rekordy popularności serialu „Glee” zrealizowali specjalny odcinek ze swoją wersją historii zatytułowaną „The Rocky Horror Glee Show”, który zdaje się być hołdem złożonym postaciom oryginału. Co ciekawe, stojący za sukcesem „Glee” Ryan Murphy ma ochotę nakręcić remake filmu Sharmana. Ale to nie może udać się, gdyż ideału nie ma sensu poprawiać.
























Nie ma jeszcze żadnych komentarzy...