RECENZJE / GRY
HALO3: ODST/MICROSOFT GAME STUDIOS
Tekst: Tomek Cegielski
2009.11.15
Czwarty FPS wydany w uniwersum legendarnego „HALO” nareszcie ujrzał światło dzienne. Ma on status jedynie dodatku do części trzeciej, niemniej zapewnia kilka godzin świetnej zabawy. Tym razem wcielimy się w żołnierzy z oddziału „Orbital Drop Shock Troopers” – tytułowego ODST, a fabuła przeniesie nas do afrykańskiego miasta Mombasa. Podczas zrzutu nie wszystko poszło jednak zgodnie z planem i cały oddział został rozsypany po terenie metropolii. Naszym zadaniem jest zebrać skład i ulotnić się z miejsca zdarzeń, przy okazji masakrując setki alienów okupujących miasto. W wielu aspektach „ODST” powraca do korzeni, czyli pierwszego „HALO”. Skasowano tak zwany dualing, czyli używanie dwóch broni naraz. Nie możemy też korzystać ze wszystkich gadżetów znanych z części trzeciej, czyli tarcz czy kul wysysających energię z przeciwników. Na pole bitwy powróciły także apteczki, a odnawialny shield zlikwidowano. W zamian za to wprowadzono tryb względnego free roamingu, czyli swobodnego poruszania się po mieście. Za jego sprawą gra stała się znacznie mniej liniowa, niż miało to miejsce w poprzednich częściach. Możemy teraz wybierać różne ścieżki, pokonując przeciwnika na różne sposoby. Znaczącą zmianą jest również wprowadzenie mapy oraz nowy HUD, którego używamy w ciemnościach. Odpowiednio różnymi kolorami podświetla przeciwników, sprzymierzeńców oraz leżący na ziemi sprzęt, co ułatwia walkę. W paru miejscach levele są jednak mimo wszystko zbyt ciemne. Momentami nie widać praktycznie nic i chodzimy prawie po omacku, co niezwykle irytuje. Tryb multiplayer praktycznie żywcem został przeniesiony z części trzeciej, dodano jedynie parę nowych map – co jednak wiadome było przed premierą, więc nie można tu mówić o rozczarowaniu. Innymi słowy: tryb online jest rewelacyjny, ale już go znamy. Wprowadzone w „ODST” zmiany z pewnością przypadną do gustu wielu graczom, a innych totalnie zniechęcą. Charakter epickich batalii, za które kochamy tę serię, nie zmienił się i to jest najistotniejsze. Cudowna muzyka Martina O'Donnella w dalszym ciągu sprawia, że ciarki chodzą po plecach, a symfonia wybuchów na ekranie przyprawia o bananowy uśmiech na twarzy. Czego chcieć więcej?
9/10



























