I rzeczywiście: „127 godzin” jest krokiem w kierunku kina kameralnego, naszkicowanego za pomocą kilku kresek, trzymającego jednak w napięciu i gwarantującego rozrywkę na najwyższym poziomie. Fabuła jest prościutka: Anton to beztroski poszukiwacz przygód, którego (dosłownie) przygniata przyroda. Robi to przy pomocy skały, która symbolicznie karze go (nas, ludzkość?) za pychę i brak pokory wobec sił natury. Ten nieproporcjonalny pojedynek buduje dramaturgię filmu, będącego bardziej optymistyczną wersją „Wszystko za życie” Seana Penna. Tam mieliśmy ponad dwie godziny pasji iście chrystusowej, tu – 90 minut dobrej zabawy. Z dreszczykiem. „127 godzin” to seans jednego aktora, i to nie byle jakiego. Wyrastający na pupila Hollywoodu, pracowity i urodziwy James Franco tylko w 2010 roku zagrał w dziesięciu filmach, zarówno rozrywkowych („Nocna randka”), jak i w ambitniejszych („Skowyt”). Franco ma nie tylko nazwisko hiszpańskiego dyktatora, talent i świetne warunki fizyczne, ale i skutecznego agenta, który doprowadził do tego, że to on poprowadzi tegoroczną galę oscarową.
reż. Danny Boyle
premiera : 18 lutego
7/10




















