„W życiu może zdarzyć się
wszystko, a zwłaszcza nic” – napisał Michel Houellebecq w „Platformie”. Iwan
Wyrypajew w swoim kolejnym filmie udowadnia, że jak już się zdarza to wszystko,
to należy z całych sił się tego trzymać, robić to, co w naszej mocy, by jak
najdłużej trwał ten stan. Czasem będzie się to wiązać z pięknem, naiwnością,
szczęściem. Innym razem ze zbrodnią, okrucieństwem, bezkompromisowością.
Miłość dla niektórych jest jak
oddychanie. I jak się zaczynają dusić, to stać ich na ostateczne gesty.
Potrzeba doświadczania prawdziwych emocji, tych wielkich i najważniejszych,
bywa zgubna, ślepa, ale też wyzwalająca. Od kłamstwa, życia w kłamstwie. Płytki
oddech przestaje w końcu wystarczać. Przestał też Sańce, który zakochał się w
rudowłosej Sashy z wielkiego miasta i zatłukł łopatą swoją prowincjonalną żonę.
Gruszka i Filimonov wcielają się w
podwójne role. W rytmie hip-hopu prowadzą audycję w rosyjskim radiu, w której
opowiadają o nieszczęśliwych kochankach, których również grają. Paradoksalnie
najsłabiej wypada monolog aktorki wypowiedziany po polsku oraz nawiązania do
izraelsko-palestyńskiego konfliktu, choć w rezultacie prowadzony przez aktorów
przewrotny dialog – dekalog popkultury – i tak porywa widzów.
Iwan Wyrypajew, najbardziej okrutny ze współczesnych dramaturgów, nazywany następcą Dostojewskiego, przekonuje znowu niejako za Houellebecqiem: „A jeśli nie zrozumiałem, czym jest miłość, po cóż miałbym rozumieć resztę?”. Wdech. I wydech.
9/10




















