Soczyste i
jaskrawe kolory, precyzyjnie nakreślona architektura oraz postaci o
cudnie siermiężnych bryłach i plastycznych twarzach sprawiają, że
nad stroną plastyczną „Mojego syna” można cmokać z zachwytu
godzinami. I choć treść pasuje idealnie do formy, to jednak
wyraźnie ustępuje jej miejsca na podium. Owszem, Schrauwen opowiada
o relacjach ojca z synem w bardzo dowcipny sposób, lecz mimo
sympatycznej puenty w finale, całość jest po prostu zbiorem paru
zabawnych historii. Ogromnym plusem jest fakt, że autor ma świetne
wyczucie absurdu i groteski, perypetie bohaterów są
nieprzewidywalne i szalone, a i tak – mimo tego natłoku
surrealizmu – jest tu miejsce na kilka inteligentnych konstatacji
na temat życia. Minusem jest jednak to, że w samej konstrukcji
fabularnej brakuje większego stężenia logiki, przez co ten galop
nietuzinkowej wyobraźni i humoru staje się zbyt szybką i ulotną
lekturą. Na tyle szybką i ulotną, że i te wspomniane konstatacje
mogą umknąć rozproszonemu farsą czytelnikowi. Ale – jak ponoć
mawiali słynni kastraci – nic straconego, bo nawet wtedy „Mój
syn” pozostaje albumem ze świetną grafiką i nieprzeciętnym
dowcipem.
7/10




















