W fonograficznie cywilizowanych krajach obchodzi się Dzień Sklepu Płytowego na równi z Dniem Matki i Dniem Ziemi. Trzecia sobota kwietnia to coroczna celebracja alternatywnych wydawnictw i niezależnej dystrybucji płyt. W tym roku towarzyszyły jej ekskluzywne winylowe edycje płyt Rolling Stones i premierowy, nagrany po siedmiu latach ciszy utwór Blur. Na limitowanej siedmiocalówce, w zgrzebnej kopercie Parlophone. Czyli raczej nie przelewki. W obliczu powagi sytuacji nagięliśmy formułę stron z recenzjami. „Fool’s Day” to pojedynczy, okolicznościowy kawałek, nawet nie obietnica pełnowymiarowej płyty. Ale to też wydarzenie – choć bardziej medialne niż muzyczne. I, bądźmy szczerzy, bardziej pioseneczka niż piosenka, celująca w britpopowe sentymenty, bez pretensji i wyrachowania, tyle że próżno tu szukać metafizycznej potęgi „Think Tank”.
Dziesięć lat temu Blur pokazali, że z grzywek i wesołkowatych refrenów można wyrosnąć z klasą, dziś pokazują, że w ogóle można. Też dobrze. „Fool’s Day” nie jest merytoryczną klęską. Dziwi jedynie odwrotem w przeszłość. I przegrywa z oczekiwaniami – a te srogo napuchły od czasu pierwszego newsa o powrocie marnotrawnego gitarzysty w zespołowe szeregi. Graham Coxon, pijak, neurotyk i geniusz, został usunięty ze składu jeszcze przed premierą wspomnianego „Think Tank”, ostatniej studyjnej płyty Blur. Bo sprawiał problemy. „Fool’s Day” – mimo straszącego profetyzmem „plane crash” w jednej z pierwszych linijek tekstu (a nagrywali w początku kwietnia) – to krzepiąca rzecz o tym, że nie ma takiego damona, tfu, demona, którego nie da się spacyfikować. To wyznanie wiary w miłość, przyjaźń i muzykę – podparte mądrą pokorą a nie szczeniackim naiwniactwem, choć bez gospelowej hymnowości „Tender”. Okej, nieistotne. Ważne, żeby na tym jednym nie spoczęli. Głupio tak kończyć karierę piosenką z prima aprilisem w tytule, więc bez żartów, panowie.
6/10




















